R jak ranczo

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

To, że większość wypasu bydła w Teksasie odbywała się historycznie w egalitarnym systemie open range, jest często powtarzanym mitem. W istocie rancza istniały od zawsze, to znaczy odkąd biały człowiek przybył na ziemie obu Ameryk z tym absurdalnym – dla czerwonoskórych – pomysłem, że ziemię można zawłaszczać, posiadać i odgradzać (kto by pomyślał?). Przydziałów w nowo utworzonej kolonii udzielała już korona hiszpańska, chociaż nieprzyjazne terytoria na północ od Rio Grande odstraszały wielu śmiałków. Ci, którzy osiadali w twardej rzeczywistości amerykańskich kresów, musieli być równie nieprzejednani. Już w tym wczesnym okresie mamy do czynienia ze stosunkowo dużą ilością kobiet-ranczerek. Według prawa hiszpańskiego, kobiety cieszyły się wieloma prawami, mogły dziedziczyć ziemię i rozporządzać nią według swojej gestii, niezależnie od męża i krewnych.

Henrietta Chamberlain King. Odziedziczyła po mężu wielkie ranczo liczące pół miliona akrów (i zadłużone na pół miliona dolarów). Ranczo istnieje do dziś jako legendarne King Ranch. Źródło
I tak na przykład w 1790 r. Doña Rosa Hinojosa de Ballí otrzymała w spadku 55 tys. akrów ziemii w dolinie Rio Grande i zajęła się wypasem bydła, koni, owiec i kóz. Stopniowo poszerzała swoje imperium, aż dorobiła się własnego miliona akrów (bagatelka, 4 tys. km kwadratowych, czyli jakieś pięć-sześć polskich powiatów). Inna tejańska pionierka, Doña María del Carmen Calvillo, przejęła ranczo po swoim ojcu i zarządzała nim z powodzeniem pośród kilku niemałych zawieruch, które wstrząsały Teksasem jedna po drugiej w pierwszej połowie XIX w. Podczas rewolucji meksykańskiej mąż Doñi Maríi opowiedział się po stronie rebeliantów i za zdradę został wyjęty spod prawa. Ona sama wydaje się być osobą bardziej pragmatyczną. Rozstała się z mężem i do śmierci w 1856 r. zajmowała się hodowlą bydła. Konsekwentnie utrzymywała pokój z miejscowymi Indianami, co w tamtych czasach było nielada wyczynem (dość wspomnieć, że to właśnie w tym okresie zaczyna być aktywny Geronimo). Przeżyła Rewolucję Teksaską i wstąpienie Teksasu do Stanów Zjednoczonych. Na terenie zarządzanego przez nią Rancho de las Cabras odbywają się obecnie wykopaliska archeologiczne.

Spęd bydła w Belle Fourche, uchwycony przez amerykańskiego fotografa Johna C.H. Grabilla, ca. 1887. Biblioteka Kongresu, {{PD US}}. Źródło
Ale nie każdy tejański ranczer wychodził z teksaskich zawieruch bez szwanku. W 1799 r. Doña Patricia de la Garza de León osiedliła się z rodziną w pobliżu rzeki Aransas i zaczęła wypasać bydło. Jako pierwsza w Teksasie posługiwała się oficjalnie zarejestrowanym piętnem dla bydła: splecionymi literami ES, od Espiritú de Jesús. W 1824 r. Doña Patricia razem z mężem założyła miasto Victoria, ufundowała kościół i czynnie udzielała się w życiu nowej osady, m.in. zakładając szkoły dla dzieci kolonistów. Podczas walki o niepodległość Teksasu, de la Garzowie opowiedzieli się po stronie autonomii. Dwaj synowie Doñi Maríi walczyli w szeregach rebeliantów, a rodzina zaopatrywała Teksańczyków w broń i amunicję. Rewolucja zakończyła się tryumfem – ale dla de la Garzów był to początek końca. Mimo zasług dla nowej republiki, padli ofiarą licznych szykan ze strony białych Anglos. Doña Patricia szukała schronienia w Nowym Orleanie. Gdy w 1845 wróciła do Victorii, nic nie zostało z jej majątku i pozycji. Umarła kilka lat później, w ubóstwie i zapomnieniu. Jej dom jest obecnie własnością ufundowanego przez nią kościoła, St. Mary’s Church w Victorii.

Znaczenie bydła, Grabill, jw. Źródło
Wielu tejańskich ranczerów spotkał po Rewolucji podobny los. Niepewni jutra i zniechęceni atakami ze strony białych Anglos, masowo wyzbywali się swoich ziem i uciekali do Meksyku. To właśnie wtedy przybysz ze Wschodu i kompletny greenhorn w sprawach bydła, kapitan Richard King, kupił sobie 15,500 akrów ziemi za śmieszną sumę $300 (2 centy za akr). Był to zalążek imperium, które w swoim największym kształcie osiągnęło ponad milion akrów. Jako pracowników King zaczął zatrudniać Meksykanów i zubożałych, bezziemnych Tejanos, którzy pozostali na ziemiach nowej republiki. Kowbojów zaczęto nazywać los kineños – ludzie Kinga. 

King Ranch istnieje w Teksasie do dziś i jest jednym z największych rancz świata. Niemałą zasługę w tym sukcesie miała żona kapitana Kinga, Henrietta, która zarządzała ranczem po śmierci męża, od 1885. (Już wtedy liczyło ono sobie pół miliona akrów i 40 tys. sztuk bydła). To Henrietta założyła przy ranczu miasto Kingsville, zbudowała kościół i szkołę, wspierała rozwój szpitali i uniwersytetów, dbała o wykształcenie dzieci los kineños. Sama była skromną kobietą, córką prezbiteriańskiego misjonarza, poprzestającą na małym i pełną współczucia dla wszystkich potrzebujących. Gdy kapitan raz podarował jej parę diamentowych kolczyków, kazała je poczernić, aby nie zwracały zbytniej uwagi. Po śmierci męża ubierała się wyłącznie na czarno. Gdy miała 79 lat, dom, w którym rodzina mieszkała na ranczu, uległ doszczętnemu spaleniu. Henrietta poleciła go odbudować, tym razem ogniotrwale. Imponująca budowla kosztowała 350 tys. dolarów (dzisiaj ok. 8 mln). (Pierwszym domem Henrietty na ranczu była gliniana chatynka, tak mała, że swoje przybory kuchenne musiała wieszać na zewnątrz. A jednak, jak napisała w swoim pamiętniku, „nie wierzę, że którakolwiek panna młoda miała tak piękny miesiąc miodowy, jak ja”).

Ukończony dom Kingów, tu na pocztówce z 1915 r. Stoi do dziś i używany jest jako luksusowy hotel dla udziałowców rancza. {{PD US}} źródło
Obecnie wycieczki do Kingsville to dla Teksańczyków niemal pielgrzymka. Historia klanu stanowi źródło inspiracji dla historyków i pisarzy. W swoich książkach sportretowali je James Michener i Matt Braun. Najsłynniejszym przykładem sztuki zainspirowanej rzeczywistością jest w tym przypadku powieść Giant, dzieło amerykańskiej pisarki Edny Ferber, która spędziła również kilka miesięcy na samym ranczu (zarządzanym wówczas przez Boba Kleberga, wnuka kapitana Kinga). W 1956 r. powieść przeniesiono także na srebrny ekran, z Liz Taylor i Rockiem Hudsonem w rolach głównych. Wszystkim miłośnikom starych filmów gorąco ten klasyk polecam. Ma naprawdę niepowtarzalny klimat i piękną muzykę, wykorzystującą motywy teksaskich szlagierów. (W końcowej scenie walki w dinerze, szafa grająca gra przebój z czasów wojny secesyjnej, „Yellow Rose of Texas”).


Obecnie już się oczywiście nie popełnia tego karygodnego błędu, by filmy kręcić w miejscach, które przedstawiają. Ale Giant faktycznie został nakręcony w Teksasie (okolice Marfy), więc można sobie popodziwiać autentyczne teksaskie krajobrazy. Jest to także ostatni film Jamesa Deana. Gwiazdor tak się wczuł w rolę zapijaczonego „białego śmiecia” (white trash, mówiąc językiem Amerykanów), że aż trzeba go było zdubbingować. Odwrotnie niż Przeminęło z wiatrem, Giant nie unika tematów rasowych i wyraźnie pokazuje dyskryminację brązowych przez białych (Anglos contra Tejanos, zob. tu). Ale nie jest moralizatorski, przeciwnie; zawiera w sobie wiele humoru, a także jest kopalnią zabawnych cytatów: „Powinieneś był gościa zastrzelić dawno temu – teraz jest zbyt bogaty na zabijanie”, albo: (w pociągu) „Kiedy będziemy w Teksasie? – Kiedy? Przecież jesteśmy w Teksasie już od ośmiu godzin”. 


Ranczo Kinga, choć obecnie największe i najprawdopodobniej najbardziej znane w Teksasie, nie jest największe historycznie. Ten tytuł należy do Rancza XIT, którego powierzchnia liczyła sobie 3 mln akrów (ponad 14 tys. km kwadratowych). Mówi się, że nazwa oznaczała „Ten in Texas” (dziesięć w Teksasie), bo ranczo rozciągało się na tereny dziesięciu teksaskich hrabstw. W istocie jednak była to nazwa piętna używanego przez ranczo: jego nietypowy kształt miał zniechęcić złodziei bydła do kradzieży. Mimo swojej wielkości, ranczo przetrwało bardzo krótko. Jego właścicielami byli głównie zagraniczni inwestorzy, spekulanci, którzy chcieli zarobić na „wołowinowej gorączce” (beef bonanza), która ogarnęła Dziki Zachód po wojnie secesyjnej. O niej już tu mówiliśmy. Z załamaniem się „bonanzy” i końcem ery open range, inwestycje okazały się klapą, a ranczo XIT uległo rozbiciu.

O zmiennych kolejach losu, które znoszą hodowcy bydła, pisze reporter S.C. Gwynne:

Ranczerzy od zawsze zdani byli na okoliczności zupełnie od nich niezależne. Druga połowa lat 80. XIX wieku to z jednej strony czas narodzin współczesnego rancza, a z drugiej okres ciężkich susz i zimowych śnieżyc, które uśmierciły na preriach dziesiątki tysięcy zwierząt. Drastyczny spadek cen wołowiny przypieczętował ruinę wielu świeżo upieczonych magnatów, którzy zbili fortunę na bydle. Hodowla bydła to wymagające, absurdalnie okrutne zajęcie. W tym biznesie zawsze pełno jest ludzi, którzy posiadają mnóstwo pieniędzy w ziemi, choć notorycznie brak im gotówki, i spędzają wyjątkowo dużo czasu narzekając na pogodę („Git Along, Lonesome Ranchers”, Texas Monthly, listopad 2012).

Obecnie w Teksasie nadal funkcjonuje sporo rancz – ponad 150 tys! Jednak z upływem czasu biznes ten staje się coraz mniej opłacalny i coraz bardziej niewdzięczny, zwłaszcza dla mniejszych przedsiębiorstw. Przeciętne teksaskie stado jest obecnie niewielkie – ok. 30 sztuk, co oznacza roczny zysk równy pięciu tysiącom dolarów – i to zakładając, że dopisze pogoda, rynek i zdrowie bydła. Największy sukces odnoszą rancza, które dywersyfikują źródła dochodów: wynajmują ziemię na polowania, idą do łóżka z koncernami naftowymi, uprawiają bawełnę i kukurydzę. (Tej właśnie strategii zawdzięcza swoje przetrwanie King Ranch). Rosnące ceny ziemi – a co za tym idzie, podatków – nie ułatwiają sprawy.

W ostatnich latach wśród teksaskiej elity modne się stało posiadanie kawałka ziemi za miastem na weekendowe „bawienie się w ranczo” – takie miejsce, w którym słońce zachodzi malowniczo nad prerią, a tu i ówdzie wałęsa się żałośnie porykujący longhorn albo (u nie tak dobrze sytuowanych) czerwona krowa z uroczym cielątkiem. Oczywiście, dla takich nabywców nie jest ważne, czy „ziemia” da im jakiekolwiek zyski. To podejście oznacza, że można zarobić o wiele więcej pieniędzy sprzedając wielkie ranczo działka po działce, niż pracując na nim w sposób tradycyjny. Gwynne nazywa wręcz teksaskie ranczerstwo jednym z najbardziej nielogicznych (romantycznych?) zawodów współczesnego świata. Czas pokaże, co stanie się z nim dalej.

Kowbojski obiad. Chuckwagonów (czyli kuchni na kółkach) używa się na ranczach do teraz, choć pickupy robią im sporą konkurencję. Kowboj zainteresowany pracą na danym ranczu pytał zwykle, kto obsługuje chuckwagon, czyli kto jest kucharzem. Odpowiedź potrafiła być decydująca! Ponownie zdjęcie Grabilla. Źródło 

***

Po pierwsze: koniecznie obejrzyjcie Giganta! Zdaje się, że można go nawet obejrzeć na youtubie, zależnie od tego, gdzie się znajdujecie.

Oczywiście, poza Gigantem czerpałam z wieeeeelu innych różnych miejsc:
Git Along, Lonesome Ranchers”, Texas Monthly, listopad 2012
The King's Palace”, Texas Monthly, luty 2016
kilka różnych haseł ze strony Texas State Historical Association
kilku nowych rzeczy o Henrietcie King dowiedziałam się również z tej strony, niestety bez źródeł
a także ze wspomnianej już przedtem książki: Acosta, Teresa Palomo - Ruthe Winegarten. 2003. Las Tejanas: 300 Years of History. Austin: University of Texas Press
Share /

1 komentarz

  1. Kilka razy oglądałam ten film z Jamesem Deanem i Elżbietą Krawiec:) To przecież klasyka. Stąd się wzięło wyobrażenie o wielkiej Ameryce ( między innymi)
    Myślałam dziś o Tobie i zamierzałam napisać list, ale wcześniej trzeba zobaczyć, co się dzieje u dalekiej, teksaskiej blogerki.
    Film z San Antonio jest dość niewyraźny na moim laptopie, ale myślę, że w oryginale zjawisko to musiało być piękne- tak jak piszesz. Pozdrawiam Cię w sierpniowy wieczór.

    OdpowiedzUsuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo