szukajcie najpierw Królestwa

poniedziałek, 4 lipca 2016

Z Denisem Johnsonem mam problem. Przeczytałam trzy książki i nadal nie wiem, czego po nim oczekiwać. Czasem pisze szczerze i dotkliwie, czasem popisuje się grafomaństwem: przeskakuję całe sekcje i obiecuję sobie, że nigdy więcej. A jednak. Facet potrafi uwieść. Jego książka Jesus’ Son doczekała się ekranizacji i faktycznie wydała mi się najlepsza, najuczciwsza. Może dlatego, że oparta jest na doświadczeniach autora: Johnson przeżył swoje lata dwudzieste na haju i w oparach alkoholu, zanim wreszcie wrócił do domu rodziców i wyczołgał się, mozolnie, na względną prostą. Jesus’ Son – której tytuł wzięty jest ze słów do Heroiny Velvet Undergroundu – to książka świetna: zdawkowa i absurdalna, urywana i chaotyczna jak faktyczny ćpuński żywot. Straszna bez krzty dydaktyzmu. Tym razem jednak nie będzie o niej, ale o zbiorze esejów Seek: Reports from the Edges of America and Beyond

Tytułowe „krańce” to sytuacje skrajne, powiązane ze sobą motywem poszukiwania ideału, raju, nieuchwytnego Królestwa. Johnson odnosi się w tytule do słów Chrystusa z Kazania na Górze (Mt 6:33). Motyw ten pozwala mu na zestawienie reportaży z różnych stron świata i o różnej tematyce: stworzenie firmowej, kubistycznej mozaiki. Johnson opisuje młodziutkich żołnierzy liberyjskiego kacyka (później prezydenta) Charlesa Taylora, którzy w zasłanej ciałami Monrowii, z kałasznikowami na plecach, biorą udział w porannym nabożeństwie i śpiewają gospelowe hymny, zanim wyjdą na codzienną rzeź. Opisuje coroczny hipisowski zlot Rainbow Gathering w Oregonie i zjazd chrześcijańskich motocyklistów z udziałem teleewangelisty Kennetha Copelanda. Opisuje nowożeńców poszukujących złota i szczęścia w nieprzyjaznych ostępach Alaski. Opisuje tajemniczą sektę oczekującą końca świata pośrodku pustyni w Newadzie. Opisuje poszukiwania nieuchwytnego zamachowca i antyaborcjonisty, Erica Rudolpha, który przez pięć lat ukrywał się przed władzami w Appalachach i zyskał tam wręcz sławę ludowego bohatera, współczesnego Billy the Kida. Mimo że jego bomby zraniły 120 osób i zabiły dwie, miejscowi mówili przed kamerami: „Nie wiemy, co on zrobił takiego złego. Nie wydalibyśmy go nawet za dziesięć milionów dolarów”.

Dobór tematów podoba mi się bardzo, same eseje – trochę mniej. Johnson pisze tak, jakby miał jakieś literackie ADHD: ma genialne pomysły, ale realizuje je po łebkach, myślą już przy kolejnym projekcie. Poza tym przeszkadza mi, że Johnson jest autorem, który się ukrywa. Uprawia irytujący, narratorski cross-dressing: pisze w pierwszej osobie, potem w trzeciej, czasem w obrębie jednego eseju; kryptonimicznie opisuje „mężczyznę z Idaho”, „reportera z Idaho”, albo bez słowa wytłumaczenia znika pod płaszczem wszechwiedzącego narratora, jakby nie pisał reportażu, a powieść, która tylko przypadkiem się ziściła.

Może dlatego najbardziej spodobał mi się artykuł „The Militia in Me”, w którym Johnson szczerze (?) przedstawia swoje rozdarcie między sympatią dla ideałów liberalnych a wyraźną świadomością, że zbytnia kontrola ze strony opiekuńczego rządu nieodwołalnie łączy się z gwałceniem praw jednostki. W kontekście tych rozważań autor przywołuje nie tylko swoje własne doświadczenia, ale także słynny incydent w Ruby Ridge, Idaho, gdzie drobny zatarg między sąsiadami zakończył się osiemnastomiesięcznym oblężeniem jednego domostwa przez władze federalne. Trudno tu nie pomyśleć również o teksaskim Waco, gdzie władze federalne otoczyły farmę zamieszkiwaną przez członków adwentystycznej sekty Gałąź Dawidowa. W wyniku strzelaniny i pożaru zginęło wówczas 80 osób, w tym kobiet i dzieci. Co ciekawe, dla moich teksaskich znajomych nie jest w ogóle kwestią to, że guru sekty był nieobliczalnym autokratą, który zastraszał wiernych, molestował nieletnich i gromadził broń. Oni skupiają się na czymś innym: „To byli ludzie, którzy chcieli żyć po swojemu, a rządowi się to nie podobało”. Innymi słowy, jest mit. Są męczennicy.

Warto przeczytać tę książkę, bo rzadko trafia się takie studium rozdwojonej amerykańskiej psyche, które jest równie celne, co zwięzłe, prostolinijne – i łatwe w odbiorze. Johnson pisze z sympatią i wrażliwością o sprawach, które na gruncie amerykańskim porusza się zwykle w kategoriach jadowitych i binarnych: dotyka kwestii aborcji, homoseksualizmu, dostępu do broni, terroryzmu. Paradoksalnie, jego wyważone podejście rzuca chirurgiczne światło na amerykański jad: wykazuje jego genezę, tłumaczy zwichnięcia. Nie nobilituje, ale uczłowiecza.

Co ciekawe, reportaże te, napisane w ostatnich dekadach ubiegłego wieku, w pewnym sensie wyjaśniają nowy-stary fundamentalizm wieku XXI. (Dziś czwarty lipca: amerykańskie Święto Niepodległości, a w wiadomościach zamachy w Bagdadzie i dwa w Arabii Saudyjskiej. Turcja liże rany). Dostęp do informacji, broni i transportu sprawił, że nigdy wcześniej nie było tak łatwo – tak upiornie łatwo – oddać życia za sprawę, jak teraz. Z każdą nową tragedią dyskurs publiczny utrzymuje, że zbrodnie terrorystów-samobójców są nie do pojęcia. Ale przecież to zdziwienie to zbiorowa ułuda, kiepska szczepionka przeciw kolejnym podobnym zamachom. Bo czy naprawdę idea męczeństwa, odkupienia przez krew jest dla Zachodu tak kompletnie niezrozumiała?

Pisze Johnson: „Ofiara krwawa: tak stara, jak stara jest ludzka duchowość. To motyw łączący Stary Testament z Nowym, motyw łączący chrześcijan z Bogiem, który kupił ich wolność od grzechu za krew swojego jedynego syna. Ale czy według Pisma Świętego cena nie została już uiszczona? A może błąkamy się tu sami, porzuceni, nieodkupieni i pomyleni, próbując rozszyfrować nowy święty tekst? Trzeci Testament, pozszywany z kawałków dwóch poprzednich i interpretacji, które nie wytrzymują bliższych oględzin”. Może i Johnsonowi szwankuje warsztat, ale intuicja go nie zawodzi.

***


Seek: Reports from the Edges of America and Beyond. 2001. New York: HarperCollins. Wyróżnienia w cytatach moje.

Denis Johnson urodził się w Monachium i wzrastał między innymi na Filipinach i w Japonii. Jest autorem licznych powieści, nowel i sztuk teatralnych. Pisze również wiersze. Na polski przetłumaczono jak dotąd nominowane do Pulitzera Drzewo dymu i inną powieść, Zagubione wybrzeże.

Co ciekawe, a dla mnie zabawne, przez dwa lata Johnson przewodniczył katedrze twórczego pisania na Texas State University w San Marcos, mieście, które słynie w Teksasie głównie z imponującego kompleksu markowych outletów.
Share /

2 komentarze

  1. Całe nasze zycie jest poszukiwaniem prywatnego raju czyli dobra, w nas samych, w rodzini, w przyjazniach, w miejscu pracy:-)
    Chyba jestes ostatnio bardzo zajęta bo jakby mniej Cię na blogu?Czy tylko tak mi sie wydaje?:-)
    Ps sluchakam ostatnio audycji z twojego bloga w aplikacji Audio-blog.
    Wiesz, tego bardzo dobrze się słucha :-) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Całe nasze zycie jest poszukiwaniem prywatnego raju czyli dobra, w nas samych, w rodzini, w przyjazniach, w miejscu pracy:-)
    Chyba jestes ostatnio bardzo zajęta bo jakby mniej Cię na blogu?Czy tylko tak mi sie wydaje?:-)
    Ps sluchakam ostatnio audycji z twojego bloga w aplikacji Audio-blog.
    Wiesz, tego bardzo dobrze się słucha :-) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo