O jak open range

poniedziałek, 18 lipca 2016

Kolejny termin, którego zdecydowałam się w Teksaskim Paszporcie nie tłumaczyć, choć byłoby to akurat w tym przypadku stosunkowo łatwe. Na szybko, bez przeglądania literatury powiązanej, mógłby być to po polsku „wolny wypas”. Z tym, że… w języku polskim staje się to natychmiast termin wąski, techniczny, nieprzyjemnie hodowlany i nadal nie do końca trafny. Tymczasem range ma po angielsku cały wachlarz (= range!) znaczeń: sygnalizuje jakąkolwiek przestrzeń otwartą bądź nie, a także przestrzeń metaforyczną w sensie zakresu, przekroju i możliwości. Open range jest więc terminem stricte związanym z amerykańską mitologią. Według niej Stany Zjednoczone to kraj, w którym wszystko jest możliwe, kraj wolny i w swojej wolności wyjątkowy. Na blogu wypominam czasem Ameryce ten samozachwyt dość zgryźliwie. Ale moje wypominki nie zmieniają faktu, że ta wiara to poczesny element amerykańskiej kultury, stały rys amerykańskiego autoportretu i miara, jaką przykładają Amerykanie do innych „starych” kultur. 

Znak drogowy informujących o tym, że wjeżdżamy na teren, na którym obowiązuje wolny wypas bydła, tzn. mogą bezkarnie wchodzić nam na drogę.  Tu w Arizonie. By User:$1LENCE D00600D, CC BY-SA 3.0. Źródło
Open range jako zjawisko wiąże się także z romantyczną ideą self-made mana, człowieka (w tym przypadku kowboja), który ciężką pracą własnych rąk przezwycięża pociski okrutnego losu, dorabia się własnej fortuny i sam jest sobie żeglarzem, sterem i bossem. W czasach tzw. wołowinowej (!) gorączki (beef bonanza) nie trzeba było mieć nawet pieniędzy na ziemię i związane z nią komplikacje. Wystarczyło zakupić stado rogatego bydła i popędzić je na północ, gdzie każda sztuka sprzedawała się za dziesięć razy tyle. Jak na jeden sezon, zysk zawrotny! Nawet współcześnie trudno powtórzyć taką stopę zwrotu. Nic dziwnego, że gdy na Zachód zawitał wreszcie banalny – można by pomyśleć – wynalazek taniego drutu kolczastego, kowboje przywitali go wrogo. Rozpoczęła się wręcz wojna o etos wolnego wypasu (znana jako fence-cutting war). Powstające ogrodzenia masowo wandalizowano. Pamiątką po tym okresie są prawa do dziś obowiązujące w niektórych hrabstwach Teksasu, zakazujące noszenia przy sobie nożyc do cięcia drutu (!).

Uwarunkowań open range było kilka. Ogromne znaczenie miała płynna granica kresów zachodnich i to, że spore połacie ziemi były jeszcze nierozparcelowane. Sprzyjało to wypasowi gdziekolwiek bądź, bez względu na własność ziemi. Poza tym, do momentu wynalezienia drutu kolczastego, ogradzanie rozległych terenów było po prostu nieopłacalne. Rozsądniej było po prostu odgrodzić to, co na pewno nie powinno zostać stratowane, niż opasywać całe wielkie ranczo kosztownym płotem. W rzeczy samej, w wielu stanach Dzikiego Zachodu, również w Teksasie, prawa open range funkcjonują do teraz, choć przez lata dodano do nich szereg praw towarzyszących, które regulują ich zastosowanie w praktyce

Longhorn zbudowany z odzyskanego metalu, rzeźba w Johnson w Teksasie
Złota era open range przypada na lata po wojnie secesyjnej. To właśnie wtedy na rynkach Północy rozpoczął się boom na wołowinę (przedtem powszechniejszym mięsem była tańsza wieprzowina). Miłośnicy muzyki country kojarzą na pewno klasyk, piosenkę „Old Chisholm Trail. A to właśnie był główny szlak, którym stada bydła pędzono z Teksasu do Abilene w Kansas. Tam zwierzęta wsadzano do pociągu i hajda na rynki Północy i Wschodniego Wybrzeża. Teksaskie longhorny świetnie nadawały się do tego zadania: były wytrzymałe, z mocnymi kopytami i długimi kończynami. Obecnie nie hoduje się ich już w celach komercyjnych, zastąpiły je gatunki bardziej przystosowane do hodowli stacjonarnej. Jednak ich charakterystyczna, długorożna sylwetka pozostaje do dziś jednym z nieśmiertelnych symboli Teksasu. Longhorn jest także maskotką University of Texas in Austin. 


Prawdziwym wizjonerem tej epoki okazał się Joseph McCoy, handlarz bydła z Chicago. To właśnie on przekonał amerykańskie koleje, aby zaangażowały się w transport bydła, a także wybudował w Abilene punkt przeładunkowy, hotel i bank. Zapraszał ranczerów, kowbojów i innych poszukiwaczy fortuny, aby korzystali z jego usług jako pośrednika. Gwarantował najlepsze ceny i faktycznie nie zawodził. Ponoć to właśnie od niego wzięło się amerykańskie powiedzenie the real McCoy, oznaczające interes uczciwy, autentyczny i „bez ściemy”. W ciągu kilku lat McCoy dostarczył północnym rynkom ponad dwa miliony sztuk bydła z zachodnich prerii. Abilene z jednej strony rozkwitło, z drugiej stało się typowym miastem Dzikiego Zachodu, pełnym kowbojów i poszukiwaczy przygód, którzy w jednym dniu otrzymywali zapłatę za cały swój sezonowy trud i wreszcie mogli zasmakować życia

Era open range zaczęła dogorywać we wczesnych latach 80. XIX w. Do jej zmierzchu przyczyniły się różnorodne czynniki. Niektóre z pozoru banalne, jak wynalezienie drutu kolczastego, a także chłodni – zwierząt nie musiano już transportować żywych z miejsca na miejsce. Innym było wynalezienie wiatraków, które wypompowywały na wierzch wodę gruntową. To praktycznie zrewolucjonizowało ranczerstwo! Oznaczało bowiem, że wypas i hodowla nie były już uzależnione od obecności wielkich zbiorników wody.

Inne powody zmierzchu open range były innego gatunku. W niektórych rejonach Zachodu boom na bydło, połączony z okresowymi suszami, spustoszył naturalnie występującą roślinność. Co ważniejsze, zima roku 1886/1887 okazała się okrutna – tysiące zwierząt i kowbojów zginęło w śnieżnych ostępach. Wywołało to kryzys, z którego beef bonanza już się nie podniosła. Skończył się czas chwały kowboja, przemierzającego połacie ziemi bez ograniczeń i panów. Nadeszła nowa era: era wielkiego rancza.

Nostalgiczne zdjęcie kowboja, autorstwa amerykańskiego fotografa Johna C.H. Grabilla, ok. 1887 r.

***

Szczegóły, dane, etc. z historyonthenet.com i ze strony Sid Richardson Museum. Korzystałam także z mojej niedawnej wizyty w Briscoe Western Art Museum w San Antonio. Jeśli będziecie w San Antonio, warto odwiedzić!
Share /

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo