dziewięć miesięcy w Bronxie

niedziela, 10 lipca 2016

Jak rodzi się dzieci w Ameryce? Jak wygląda dzieciństwo w Ameryce? Właśnie nie tak fajnie. To znaczy, pewnie znośnie, jeśli płaci się 1500 dolarów miesięcznie za ubezpieczenie zdrowotne. Jeśli matki nie stać na taką albo zbliżoną sumę, a na dodatek jest czarna albo brązowa i mieszka w jakimś miejscu złym, na przykład w Bronxie, to i ona, i dziecko są już częścią statystyki. Kilka lat temu BBC opublikowało zatrważający raport na temat śmiertelności niemowląt i dzieci w Stanach Zjednoczonych. Nie chodziło o przyczyny naturalne, ale o zaniedbanie, znęcanie się i wreszcie dzieciobójstwo. Na 100 tys. dzieci, 2.4 śmierci wskutek przemocy w rodzinie: najwięcej z krajów tak zwanych rozwiniętych, ponad dwa razy więcej niż w Wielkiej Brytanii, Niemczech albo Japonii. Teksas przoduje na tym tle dość niechlubnie: wskaźnik wynosi ponad 4 śmierci. W ciągu ostatnich dziesięciu lat zginęło więc w swoich domach cztery razy więcej dzieci, niż żołnierzy amerykańskich w Afganistanie i Iraku. Połowa zmarłych nie ukończyła nawet pierwszego roku życia.

Kadr z minidokumentu Anny Bressanin Nine months in the Bronx
Powody? Różne. Kiedy zapyta się przeciętnego Amerykanina, w czym przoduje jego kraj, prawdopodobnie powie, że w demokracji i wolności. Niezmienna odpowiedź, proszę wypróbować. W istocie przoduje w odsetku nastoletnich ciąży, populacji więziennej, napaści z bronią w ręku, osób żyjących poniżej średniej krajowej, a także osób, które nie ukończyły liceum. Wszystkie te czynniki, statystycznie rzecz biorąc, łączą się z większymi wskaźnikami różnych patologii. Poza tym większość Ameryki nadal szczyci się tym, że nie marnuje pieniędzy na krajową służbę zdrowia i ewenementy typu płatny urlop macierzyński albo pielęgniarki przychodzące do domów noworódek. Ciekawa różnica między liberalnym w tym względzie Vermontem a prawicowym Teksasem: w porównaniu do Vermontu, w Teksasie cztery razy tyle dzieci nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, dwa razy tyle nie skończy szkoły średniej, cztery razy tyle skończy w więzieniu, dwa razy tyle umrze na skutek zaniedbania albo przemocy w rodzinie.

To było kilka lat temu, choć problem oczywiście żyje i ma się dobrze. BBC dostało się wtedy za rzucanie kamieni w sąsiadów. Niech się Brytole złapią za swój własny nos – taki był wydźwięk amerykańskich komentarzy. Gospodarka amerykańska kuleje, więc wszelkie programy rządowe tym bardziej trzeba odchudzić, a że więcej dzieci przy tym zginie: no cóż, jedno to tragedia, milion to statystyka, jak by powiedział Papa Stalin. BBC, niezrażone, ciągnie temat i w tym roku wypuściło u siebie inny ciekawy raport: minidokument Nine Months in the Bronx (Dziewięć miesięcy w Bronxie).

Kadr z minidokumentu Anny Bressanin Dziewięć miesięcy w Bronxie
Pozostajemy w tym samym kręgu tematycznym, choć problematyka jest inna: dokument w sześciu krótkich odcinkach ukazuje zmagania dwudziestoletniej Afroamerykanki, której służby socjalne zamierzają odebrać jeszcze nie narodzone dziecko. Procedura standardowa. Urzędnicy przychodzą dzień-dwa po porodzie, wbrew wszelkim zasadom higieny – i fizycznej, i psychicznej. Oglądają dziecko, robią mu test na obecność narkotyków, wyznaczają termin konsultacji, zaczynają grzebać w przeszłości, kartotekach i papierach. Jeśli się ich nie przekona, dziecko trafia do systemu.

Felicia jest czarna i mieszka w typowym miejscu złym, czyli w Bronxie. Dwoje jej pozostałych dzieci, z polecenia sądu, wychowuje babcia. Problemem dla służb socjalnych nie jest Felicia, ale jej partner, który w kartotece ma zarzut zaniedbania. „Zaniedbanie” polegało na tym, że kiedy odwiedził Felicię w szpitalu po urodzinach pierwszego wspólnego dziecka, nie trzymał noworodka poprawnie, tylko „jak piłkę do rugby”. Teraz Felicia jest w ciąży i w strachu, bo nie chce stracić syna. Zrobi wszystko, aby został razem z nią.

Dokument jest zdawkowy i niejednoznaczny. Nawet przy oszczędności formy widać, że środowisko Felicii jest jak żywcem wyjęte z opowiadań Edwarda P. Jonesa, którego recenzowałam tutaj. W zarzucie zaniedbania postawionym jej partnerowi chodzi być może o więcej. (Z drugiej strony, nie byłby to pierwszy absurd urzędniczy). Poza tym we krwi Felicii wykryto raz, podczas rutynowego ciążowego badania, marihuanę. Już ten fakt to w większości Stanów, a w Nowym Jorku na pewno, spore wykroczenie, choć żadne badania nie wykazały jak dotąd negatywnego wpływu marihuany na płód. Ale oczywiście Amerykanie uwielbiają wsadzać młodych kolorowych do kicia za posiadanie zioła. W kiciu młodociani uczą się poważniejszego fachu i po wyjściu powielają statystyki, czyli ponownie, niech żyje system.

Praktyka odbierania dzieci czarnym rodzicom określana jest przez wielu czarnych aktywistów jako „kulturowe ludobójstwo” (cultural genocide). Tak samo nazywana bywa adopcja transrasowa, czyli sytuacja, w której białe małżeństwo adoptuje czarne dziecko. Trudno o bardziej chybioną metaforę, oczywiście. Ten frazes, jak wiele innych, przypomina mi, że pod względem historycznym Amerykanie to wielkie dzieciaki. Ludobójstwo ma konkretne znaczenie. Śmierć to śmierć, nie niby-śmierć. Ale jak widać, w Ameryce można użyć tego sensu także na potrzeby własnej nienawiści. Swoją drogą fajny frazes: wciska w fotel, zapada w pamięć przejmuje dreszczem. Jest prawdziwy, ale tylko o tyle, że świetnie przekazuje irracjonalny ładunek gniewu i nieufności, jaki istnieje między rasami w Stanach Zjednoczonych. O tej nieufności opowiada film.

***

Ten miniony tydzień był trudny dla relacji rasowych – „relacji” w sensie najbardziej ogólnym, nie implikującym żadnego dialogu ani kontaktu, a jedynie położenie w wielkim układzie współrzędnych. Jak to pisałam w zeszłym roku: dwa kroki do przodu, trzy do tyłu. Eskalacja nie zaskoczyła mnie ani nie wzruszyła. Gdy się tu żyje i słucha się gniewu - ocipiałego, nierozumnego gniewu - z jednej i drugiej strony, to człowiek zaczyna podświadomie oczekiwać, że „something’s gotta give”, coś musi pęknąć. Może rzeczywiście, jak mówi amerykański fundamentalista cytowany w książce Denisa Johnsona, wolność osiągnie się tylko przez krew. Jak dotąd, historia Stanów nie uczy nas niczego innego. Jedną wojnę domową już mieli. Być może lubią się tłuc.

[Statystyki i liczby wzięte z raportu BBC, podlinkowanego wyżej].
Share /

1 komentarz

  1. Smutna konkluzja. Zatem wracasz do Polski czy zostajesz? A jeśli zostajesz, to napisz, czego brakowałoby ci w Polsce?
    Ciekawej pracy? Masła orzechowego? Przyjaciół? A może słońca...Wiesz, słońce wiele wyjaśnia....Klimat wiele wyjaśnia....
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo