wsiąść do samolotu byle jakiego

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Nie wierzę czasem, w co ja wierzę. W ludzką inteligencję, w ludzką empatię, w to, że nikt nie jest oszołomem permanentnie i z zamiłowania, że wreszcie każdy dorasta i zaniechuje dziecinnych spraw. Ten miesiąc porządnie te mrzonki podtopił. Jeszcze wierzgają, ale płuca już pełne wody, i krwi.

Najpierw było nieszczęsne Orlando. Nieszczęsne tylko dla ofiar, bo dla mediów i lobbystów istna wyżerka: dostęp do broni, imigranci, domowi terroryści, LGBT, pełen bufet. Potem kolejny (który już?) projekt ustawy o ograniczeniu dostępu do broni palnej, umarł w amerykańskim kongresie. Co znaczy, że kiedy wsiadam do samolotu, zabiorą nawet wsuwkę do włosów, jeśli jest długa i ostra, ale jeśli jestem na liście podejrzanych o zapędy terrorystyczne, mam schizofrenię albo manię prześladowczą i chcę w spożywczaku kupić broń, to bardzo proszę. Zresztą, tu nie było akurat żadnego zaskoczenia: republikanie siedzą w kieszeni NRA (narodowe stowarzyszenie ds. broni palnej) i trudno wymagać, by działali przeciwko swoim sponsorom – proste. Dobiła mnie jednak wieść inna: prowizoryczna reforma Obamy w sprawie nielegalnych imigrantów została zakwestionowana przez Sąd Najwyższy. Co gorsza, to Teksas, pieprzony, zacofany, ograniczony Teksas, który oceniłam, mam wrażenie, tak łaskawie, z taką nadzieją, w tym poście, stanął na czele tych wszystkich republikańskich stanów, które zawlekły sprawę do sądu najwyższej instancji. Krew, krew zalewa mi płuca.

Co prawda – z tego co rozumiem – została zakwestionowana nie tyle wartość merytoryczna DACA i DAPA, a bardziej sam dekret prezydencki Obamy: to, że chciał zmiany wprowadzić sam, korzystając ze swoich wykonawczych prerogatyw, bez udziału kongresu. Kongres jednak o żadnej reformie systemu imigracyjnego od kilkunastu lat nie chce nawet rozmawiać. Nie chciał rozmawiać o DREAM Akcie, który był mu przedstawiany kilkakrotnie od 2001 r.; nie chciał rozmawiać o innym projekcie reformy, który w 2013 r. przeszedł senat i umarł bez dyskusji. Jest 2016 r. i nic się nie dzieje, nic się nie zmienia, dialogu nie ma, są tylko obustronne wyzwiska i strach. System kuleje i niedowidzi, niedowidzi zwłaszcza tych jedenastu milionów nielegalnych imigrantów, niech żyje system.

Pamiętam, jak dwa lata temu, właśnie wtedy, gdy zaczynałam pisać bloga, południową granicę Stanów masowo zaczęły przekraczać dzieci i kobiety. Kryzys humanitarny na granicy trwał niemal pół roku, ale ważniejszy od życia był, oczywiście, potencjał polityczny tego kryzysu: dzieci i kobiety to świetne mięso armatnie dla rozłamowej propagandy. Niezależnie od tego, czy to byli uchodźcy, czy materiał do deportacji, należało tych ludzi gdzieś tymczasowo upchnąć na czas, gdy system  jakże sprawny, jakże wydajny amerykański system  będzie ich przeżuwał.

Infrastruktura nadgraniczna była znikoma, więc zaczęto ich wysyłać w ciężarówkach do schronów federalnych i organizacji charytatywnych w całym kraju. Już ta, wydawałoby się, praktyczna i w założeniu neutralna decyzja okazała się kontrowersyjna. Amerykański Kowalski uważa najwyraźniej, że kto przeszedł przez granicę, tego należy natychmiast z powrotem przez nią przerzucić, jak w siatkówce. (Równocześnie chciałby, aby rząd prowadził drobiazgową dokumentację przechodzących recydywistów, wiedział, kto jest kim w systemie, sprawdzał facebooka, twittera, historię karalności i genealogię do kilku pokoleń wstecz, a także pomagał prawdziwie potrzebującym, żeby on miał spokój sumienia).

Tak czy inaczej. Jeden z budynków, w którym zamierzano umieścić część uchodźców, znajdował się pod Houston. Dojeżdżającemu do miasta autobusowi wyszli na spotkanie mieszkańcy i zaczęli protestować. My ich tutaj nie chcemy – krzyczeli. Precz do Meksyku. To inwazja. Co niesamowite, autobus po chwili konsternacji usłuchał. Zmienił trasę i pojechał dalej. Gdzieś na północy, daleko daleko, w Minnesocie czy w Michigan jakiś dom samotnej matki dał znać, że ma miejsce dla ładunku.

Całość obejrzałam przypadkiem w lokalnych wiadomościach. (Jeden z tych dni, kiedy siedzę w hotelu i w ramach pobudki katuję się oglądaniem żenujących amerykańskich newsów). Zrobiło mi się ohydnie. Tak ohydnie, jak wtedy, gdy dowiedziałam się o Gretnie, mieście pod Nowym Orleanem, które w 2005 r., po huraganie Katrina, ustawiło u wejścia do miasta blokadę, a policjanci z bronią w ręką zawracali ludzi uciekających od zniszczenia i nawałnicy. Czy taki poziom adoracji własnego pępka jest w ogóle możliwy? Brzmi jak baśń Grimma, jedna z tych, które mama zaznaczała w tomiku krzyżykiem, że nie są dla dzieci. Pamiętam ten gniew, transowy wręcz gniew sprzed dwóch lat, stan jak po kilku mocnych kawach: uniesienie, zawrót głowy, klarowność. Tak samo czuję się dzisiaj, teraz.

(Kiedy więc w piątek dowiedziałam się o Brexicie, byłam już na haju. Pomyślałam tylko z rozbawieniem, że w porównaniu z monumentalnym amerykańskim zatwardzeniem system brytyjski działa jak struś pędziwiatr: jest frustracja, tworzy się partia, partia zdobywa głosy, partia wchodzi do parlamentu, wywiera nacisk, puff: referendum, wszystko w przeciągu kilku lat. W Stanach natomiast… jest tylko frustracja: podczas wyborów zatykasz nos i głosujesz, ewentualnie możesz powystrzelać ludzi w klinice aborcyjnej albo w klubie gejowskim, jak coś ci się bardzo nie podoba. Nie wiadomo tylko, czy Brexit to faktycznie przejaw demokracji, jak krzyczą optymistycznie żurnaliści, czy raczej – pożyczając anglosaski idiom – skrajny przypadek nierozumnego ogona, który macha kotem).

Co ja się tak przejmuję? To jest pytanie mojego życia. Słyszę je od rodziny, partnerów i przyjaciół, więc prawdopodobnie jest w nim odrobina zasadności (tylko odrobina, nie więcej!). Co ja się tak przejmuję? Nie wiem. (Mogłabym raczej zapytać: Co ty się tak nie przejmujesz?). Myślę, że to gniew i tylko gniew, nie czerwone wino, nie olej kokosowy, nie szparagi, nie kolagen, nie koenzym Q10, tylko właśnie gniew stanowi tajemnicę wiecznej młodości. Gdy się gniewam, jestem młoda i nieśmiertelna, i wierząca. Leżę w łóżku czujna i niezłomna, promieniując energią jak po wypiciu butli złocistej oliwy. Gdy zacznę nad wszystkim przechodzić do porządku dziennego, okażę się stara, stężała i śmiertelna.

Dzisiaj w każdym razie chce mi się wsiąść do samolotu byle jakiego. Polecieć daleko, daleko. Do Brazylii, Wietnamu, Puny. Obciąć włosy, zostać mnichem. W kabinie samolotu połknąć pigułkę dzień-po i uwierzyć, że ten żałosny kraj, Ameryka, nigdy mi się nie przytrafił i że nigdy nie mieliśmy ze sobą nic do czynienia.


Share /

5 komentarzy

  1. masz niesamowite pióro! a poza tym widzisz, to w najgorszych miejscach i najgorszych okolicznościach budzą się największe talenty, może to dlatego tam jesteś

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi się tak wydaje. Ostatnio widzę to bardzo wyraźnie: pisanie to jedyna dobra rzecz, która mi się tu przytrafiła. Niewiele jest w życiu takich rzeczy, które mają same dobre strony. Pisanie sprawia tylko frajdę. Cieszę się, że do niego wróciłam.

      Serdeczności, Tymo, i - cała naprzód!!

      Usuń
  2. Weszlam na spotkanie z wieloletnimi przyjaciolmi, weszlam do domu jednego z nich. W Polsce. Pierwsze slowa, jakie uslyszalam: nie chcemy ciapatych, won z zydami, ewentualnie Ukraincy moga byc do sprzatania.
    Gniew, atraszny gniew i zal.
    I wiesz, mam juz troche lat, mam troje dzieci (doroslych i mniejszych). Nie zostane mnichem. Ale mam dosc.
    Juz pare razy sie zbieralam do odejscia, do kpuszczenia Europy.
    Ale teraz przyszedl ten czas.
    Szukam miejsca, szukam pracy. I znajde. Zawsze osiagam to, czego zapragne.
    Tak, zgadzam sie z Toba : gniew i niezgoda to przywilej mlodego ducha. Nie ma we mnie zgody na ponizanie.
    TW

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. TW - dziękuję za Twój głos. Cieszę się, że są osoby, które reagują jak Ty.

      Gniew potrafi być potężną i bardzo konstruktywną emocją. Nie zawsze wiemy, czego chcemy, czasem wiemy tylko, czego zdecydowanie nie chcemy. I to pcha nas we właściwym kierunku, daje siłę.

      Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę szczęścia w dalszych poszukiwaniach. W Europie i poza nią.

      Usuń
  3. Karolino -świetny tekst. Przeczytałam z przyjemnością. Co się z Tobą dzieje? Może napiszesz do mnie prywatnie...? Pozdrawiamy Cię oboje - Paweł i ja.

    OdpowiedzUsuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo