wsiąść do samolotu byle jakiego

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Nie wierzę czasem, w co ja wierzę. W ludzką inteligencję, w ludzką empatię, w to, że nikt nie jest oszołomem permanentnie i z zamiłowania, że wreszcie każdy dorasta i zaniechuje dziecinnych spraw. Ten miesiąc porządnie te mrzonki podtopił. Jeszcze wierzgają, ale płuca już pełne wody, i krwi.

Najpierw było nieszczęsne Orlando. Nieszczęsne tylko dla ofiar, bo dla mediów i lobbystów istna wyżerka: dostęp do broni, imigranci, domowi terroryści, LGBT, pełen bufet. Potem kolejny (który już?) projekt ustawy o ograniczeniu dostępu do broni palnej, umarł w amerykańskim kongresie. Co znaczy, że kiedy wsiadam do samolotu, zabiorą nawet wsuwkę do włosów, jeśli jest długa i ostra, ale jeśli jestem na liście podejrzanych o zapędy terrorystyczne, mam schizofrenię albo manię prześladowczą i chcę w spożywczaku kupić broń, to bardzo proszę. Zresztą, tu nie było akurat żadnego zaskoczenia: republikanie siedzą w kieszeni NRA (narodowe stowarzyszenie ds. broni palnej) i trudno wymagać, by działali przeciwko swoim sponsorom – proste. Dobiła mnie jednak wieść inna: prowizoryczna reforma Obamy w sprawie nielegalnych imigrantów została zakwestionowana przez Sąd Najwyższy. Co gorsza, to Teksas, pieprzony, zacofany, ograniczony Teksas, który oceniłam, mam wrażenie, tak łaskawie, z taką nadzieją, w tym poście, stanął na czele tych wszystkich republikańskich stanów, które zawlekły sprawę do sądu najwyższej instancji. Krew, krew zalewa mi płuca.

Amerykanie nie mogą przegrać

wtorek, 21 czerwca 2016

Doerrowi udało się w jednym celnym, kilkunastostronicowym opowiadaniu uchwycić fenomen amerykańskiej cywilizacji. Aż chce mi się go kopnąć! Nic tu po mnie, Doerr powiedział już wszystko, i to z taką lekkością, bez dogmatu. Opowiadanie „Fourth of July” (Czwarty lipca: święto niepodległości USA) to humorystyczny opis absurdalnego zakładu między amerykańskimi członkami elitarnego klubu wędkarskiego a ich brytyjskimi kolegami. Trochę karykatura karygodnej amerykańskiej naiwności, trochę metafora nieudolnej polityki zagranicznej, opowiadanie zachwyca przenikliwym humorem i bogactwem przekomicznych, przeautentycznych szczegółów.

W Helsinkach Amerykanie spędzają kilka nocy „pijąc koniak, dzwoniąc do Ameryki i płacąc za to jak za zboże… Pracownikom hotelu zlecają kupno zaopatrzenia na [wyprawę na ryby]: 13 kartonów szwedzkich batoników musli i 36 butelek norweskiej wódki”. W Wilnie „zamawiają w barze czipsy ziemniaczane, które obsługa dostarcza do pokojów w porcelanowych wazach”. Nad Jeziorem Popradskim odkrywają wreszcie „godne miejsce do wędkowania: luksusowy hotel w górach z wypchanym rysiem nad kominkiem, gencjanami w kryształowych wazonach, uśmiechniętymi słowackimi hostessami w białych fartuchach, które prowadzą ich do pokojów wyłożonych dywanami”. Kto miał kiedykolwiek okazję towarzyszyć Amerykanom za granicą, ten natychmiast rozpozna opisy ich Gore-Texowych wdzianek i pielgrzymek do McDonalda. Ale po całym tym śmiechu, jak by nie było, na amerykański koszt, Doerrowi i tak udaje się zakończyć na tryumfalnej nucie: „Nie przegrają, nie mogą przegrać; są Amerykanami, już wygrali”.

nie odstępuj ode mnie

czwartek, 16 czerwca 2016

Zastanawiam się, czy książka Strout mogłaby powstać w Polsce? Bo przepojona jest purytańską duchowością charakterystyczną dla amerykańskiego kontynentu – i być może w większości w Polsce egzotyczną. Ta gorliwa introspekcja, to pilne tropienie w sobie ułomności i grzechu, to ocenianie motywacji każdego czynu i demaskowanie ich jako nieczystych lub po prostu nie tak doskonałych, jak mogłyby być – czy to religijne skupienie nie wydaje się aż patologiczne, aż nerwicowe, zarezerwowane tylko dla tych najświętszych i najbardziej umartwionych? A jednak, im dłużej przebywam z Amerykanami i im dłużej w ich kraju mieszkam, tym bardziej mi się wydaje, że dla wielu ludzi to wewnętrzne zmaganie to etos, norma. Nieważne, czy wierzą ortodoksyjnie czy niezobowiązująco, czy też zupełnie się tej wiary wypierają, Amerykanie mają w sobie coś takiego, co można by nazwać kompleksem Boga: kompleksem czynienia tego, co (wobec Niego) właściwe. Żartuję czasem, że nie ma lepszego miejsca na przeżycie jakiejś życiowej katastrofy niż Stany. Ci ludzie zawsze pomogą, zawsze można liczyć na ich poczucie winy, na to, że gdzieś w środku, niezależnie od wierzeń, niezależnie od przekonań, czują, że mogliby starać się bardziej, żyć lepiej, jeszcze sprawniej oddzielać groch od maku, w jeszcze większej mierze zasłużyć na swój dobry los.

mężna kobieta liczy coup

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Liczenie coup: zwyczaj powszechny wśród Indian prerii. Polegał na liczeniu gestów odwagi wobec wroga przy jak najbardziej minimalnych stratach dla siebie. Za najwyżej oceniane coup uchodziły akty bezkrwawe, np. dotknięcie wroga specjalną pałeczką i umknięcie cało.

Mężna Kobieta była jedyną córką swego ojca, wodza Siuksów Hunkpapa. Jej ojciec był nieoceniony w bitwie i w radzie, szanowany jako dawca dóbr, szczodry gospodarz i rozsądny zarządca. Poza Mężną Kobietą miał jeszcze trzech synów. Ci starali się iść w ślady ojca, ale nie było to takie proste. Próbowali tak zapamiętale i z takim oddaniem, że w końcu jeden za drugim zginęli w walkach z wrogim plemieniem Wron. Ich siostra została sama u boku ojca.


Powiedzmy sobie szczerze: poza granicami stanu, opinia o Teksasie nie jest najlepsza. Teksas uchodzi za stan ultrakonserwatywny, ultrarepublikański i ultrazacofany, taki amerykański odpowiednik krainy moherowych beretów, tyle że oczywiście w Teksasie każdy moher posiada broń! Jest to trochę przykre, ale też trochę zabawne. Pamiętam, jak raz w nowojorskiej restauracji miałam nieszczęście usiąść przy stoliku obok grupy rozchełstanych, rozemocjonowanych garniturów. W pewnym momencie jeden z podchmielonych panów zaczął opowiadać o nieobecnym koledze: „Wiecie, gdzie on się urodził? W jakiejś zapadłej dziurze na Południu, w Teksasie!” – tu przerwał dla efektu i ściszył głos, jakby zdradzał zebranym jakąś fantastyczną zbrodnię. Poza tym, nikt w Nowym Jorku nie wierzył, że jesteśmy z Teksasu. Wyglądaliśmy chyba zbyt normalnie: ani kapelusza, ani kowbojek, ani transparentów z Sądem Ostatecznym; gęby też w miarę inteligentne, więc skąd Teksas? Po chwili dezorientacji padało pytanie: „Aha… pewnie z Austin?”. Bo gdzieś tam w skołowanej nowojorskiej łepetynie mrygała lampka, że Austin, stolica Teksasu, to ostoja liberalizmu i hipsterskości pośród morza „republikańskiego uwstecznienia”. No ale to jest Nowy Jork: nieprzeciętnie brudny, wręcz plugawy, głośny, prostacki i prowincjonalny. Zwłaszcza dla kogoś, kto przyzwyczaił się do klimatu Południa, gdzie ludzie, chociaż może i „zacofani”, może i „konserwatywni”, może i głosują, o zgrozo, prawicowo, ale odnoszą się do innych z szacunkiem i nie zapominają o dobrych manierach. No i zawsze cię nakarmią.

Symbole partii republikańskiej i demokratycznej. Barwą republikańskiej jest czerwień, demokratycznej: błękit.
By DonkeyHotey, CC BY 2.0. Źródło

plyndze w Schilo's

czwartek, 2 czerwca 2016

O Tex-Mex wiedzą wszyscy – nawet podłe poznańskie pseudorestauracje, które sądzą, że jeśli podgrzeją w mikrofali puszkę fasolki po bretońsku, zmieszają z wczorajszymi mielonymi i wyślą talerz przez kościstą kelnerkę w falbaniastej spódnicy z polyestru, to będzie chili Tex-Mex. A Niemcy w Teksasie? O tym już mniej wiadomo, choć też można by ukuć jakiś chwytliwy skrót na zbyt zagraniczny, Teuto-Tex, na przykład, sprzedawać etos porządku, jałmużny i sałatki ziemniaczanej.

„Podczas burzliwych dziesięcioleci między rokiem 1830 a 1860 do Teksasu przybyło około dwudziestu tysięcy Niemców. Z ojczyzny wygnała ich bieda, a do Teksasu przyciągnęła ich dostępność wielkich działek taniej ziemi. Wystarczyło za symboliczną sumę zakupić sobie tytuł własności – i każdy imigrant już mógł się poszczycić szmatem ziemi większym niż posiadłości niejednego niemieckiego księcia. Pierwsza fala imigrantów osiedliła się w dolinach rzek Brazos i Colorado… Ich pobratymcy założyli miasta New Braunfels i Fredericksburg i rozprzestrzenili się po całym Hill Country… Przybysze przynieśli ze sobą swój język, swoje zwyczaje i swoje zamiłowanie do muzyki. Większość niemieckich osiedli w Teksasie miała Stadtkapelle, miejską kapelę, albo Gesangverein, miejski chór”. (Lonn Taylor w Texas Monthly, „The Great Pyramide”, grudzień 2015, s. 88).

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo