samochód
od meksykańskiego kartelu

poniedziałek, 30 maja 2016

Uwaga, będzie trochę prywaty. Kupiliśmy samochód od meksykańskiego kartelu. Tak przynajmniej podsumował to Mężczyzna po podpisaniu papierów. Nie zabrał mnie ze sobą, bo stwierdził, że osiedle jest złe. Ale i tak wszystko mi dokładnie opisał. Naprzeciw małego dilera H&H – mały bar z dużym ogródkiem. Godzina późna, mieszkańcy wracają z pracy, zwykle fizycznej, zwykle ciężkiej, zwykle brudnej, zwykle bez klimatyzacji, i zaglądają do baru na piwo albo agua fresca z prądem, zastygają na stołkach umorusani, w lśniących od smaru wycieruchach. Z szerokich kapeluszy leci zmierzwiona słoma. Rzędy kolorowych, kwadratowych chorągiewek, rozpostarte nad ogródkiem w kilku warstwach, trzepoczą na wieczornym wietrze. Wąska droga między dilerem a barem wysypana jest ubitym żużlem. Raz po raz przechadza się po niej kura, majestatycznie, niefrasobliwe, a to coś tam sobie dziubiąc pro forma, a to przyszpilając Mężczyznę badawczym spojrzeniem czerwonego oka. Mężczyzna, choć Meksykanin, odcina się od każdego tłumu, coś jakby Latynos, coś jakby Arab, coś jakby izraelski komandos; w każdym razie wszyscy wiedzą, że nie stąd.

królowa tejano,
królowa serc

poniedziałek, 23 maja 2016

Szesnasty kwietnia, dzień urodzin królowej tejano, został przez ówczesnego gubernatora Teksasu, George’a W. Busha, ogłoszony Dniem Seleny. (Decyzja nie przeszła bez lokalnych histerii: najwyraźniej niektórzy Anglosi byli tym faktem oburzeni, bo szesnasty kwietnia przypadał w Niedzielę Palmową, a poza tym, kim była Selena? Słuchali jej „tamci ludzie”, a nie my). Od tragicznej śmierci Seleny mija obecnie ponad dwadzieścia lat, ale miłość fanów wcale nie słabnie, przeciwnie. Jej piosenki śpiewają tacy artyści, jak Gloria Estefan, Jennifer Lopez, Shakira, Bruno Mars czy Selena (!) Gomez. Doczekała się pomników, biograficznego filmu (z Jennifer Lopez w roli głównej, bo Salma Hayek z szacunku odmówiła), musicalu i oczywiście niezliczonych festiwali, koncertów, murali, piosenek i programów telewizyjnych na swoją cześć, a niedługo - trasy koncertowej z udziałem hologramu.

Mural na cześć Seleny w stolicy Teksasu, Austin. Źródło
Ta nowelka – niewiele ponad sto stron – to jedna z książek dla mnie najważniejszych. Czytałam ją zaraz po wydaniu, czyli sześć lat temu. Dopiero niedawno, na potrzeby tego cyklu, przejrzałam nieliczne, krążące w internecie recenzje i z pewnym zaskoczeniem odkryłam, że nowela Chang uważana jest powszechnie za książkę „o pisaniu poezji”. Jakoś tego wąskiego czytania nie kupuję – ale może to moje zboczenie. Nie potrafię poważnie potraktować idei studiów magisterskich, na których rozintelektualizowani młodzi gniewni uczą się pisać poezje i dyskutują bez ironii o tym, kim jest „prawdziwy poeta”. Być może jest to przepaść kulturowa; uniwersytety amerykańskie oferują takie i podobne studia jak najbardziej poważnie. Ale ja natychmiast uznałam, że realia opisywane przez Chang to tylko i wyłącznie pretekst do medytacji o czymś innym, głębszym. Jeśli mam rację i Chang faktycznie analizuje mit najdroższy amerykańskiemu sercu – mit sukcesu – to poezja, w której ćwiczą się główni bohaterowie, jest dla autorki tylko metaforą. Metaforą bardzo celną, bo świetnie podkreśla efemeryczność całego przedsięwzięcia. Co sprawia, że osiąga się sukces, a William Carlos Williams to kultowy amerykański poeta? Nikt nic nie wie. Talent. Warsztat. Nastrój. Wyczucie czasu. Ciężka praca. Subiektywna reakcja odbiorców. Układ gwiazd. Tabaka w rogu. W języku greckim poieo, słowo, od którego wzięła się nasza „poezja”, to po prostu „czynię, robię”. To tylko świat zachodni z biegiem czasu uznał poezję za szczyt niepraktyczności.

Nikt dokładnie nie wie, kto powiedział to pierwszy, ale w Stanach powtarzano to z przekonaniem już na początku wieku XX. W Stanach Zjednoczonych wszystko wydaje się większe: „małe” mieszkania pomieściłyby kilka rodzin, biurowce giną w chmurach, porcja dla jednej osoby nakarmiłaby dwie albo trzy, dwupasmowa jednokierunkowa szosa jest już ciasnawa. Więc dlaczego akurat „wszystko jest większe w Teksasie”? Prawdopodobnie ma to coś do czynienia ze spektakularnym rozmiarem samego stanu, który do momentu kupna Alaski szczycił się mianem największego stanu w całej unii (i dla nieuków, którzy przespali to wydarzenie, nadal nim jest). A może jest to kwestia rozległych przestrzeni i wielkich rancz, które uczyniły Teksas tym, czym jest teraz. W każdym razie Teksańczycy (i inni Amerykanie) z upodobaniem to hasło powtarzają. Pamiętam, że gdy przejeżdżałam przez jakieś pasmo górskie w Kolorado, natrafiliśmy na wielkie usypisko pokryte ogromnymi wapiennymi kamulcami. Wyglądało to niemal jak składowisko asfaltowych bloków przed rozpoczęciem budowy. Przewodniczka, która zdążyła nam już kilkakrotnie oznajmić, że pochodzi z Teksasu, ogłosiła przez megafon: „A teraz proszę spojrzeć za okno, po lewej stronie widzicie państwo to, co my w Teksasie zwykle nazywamy żwirem”.


Santa Muerte

poniedziałek, 9 maja 2016

Otwieram drzwi do mieszkania i uwalniam mały kolorowy kartonik, który spada na ziemię, trzepocząc jak motyl. Podnoszę, obracam. Curandera y consejera, uzdrowicielka i doradca, Señora Carmen. Kartonik zwraca się do mnie uprzejmie, per pani.

„Chce Pani zyskać miłość, sukces i pieniądze? Cierpi Pani z jakiegoś nieznanego powodu? Myśli Pani, że szczęście Panią opuściło? Szuka Pani odpowiedzi, ale bezskutecznie? Chce Pani odzyskać utraconego partnera? Mamy odpowiedź na wszelkie problemy, nieważne jak wielkie. Odczyniamy rzucone uroki, usuwamy zawiść i na nowo łączymy to, co się rozpadło”.

Lokalny numer telefonu. Na odwrocie zodiak i pragmatyczna zachęta: „Z tym kuponem czyszczenie aury za darmo”.

Po jednej stronie tekstu La Guadelupana, brązowa Matka Boska w gwiaździstym płaszczu, po drugiej Santa Muerte, Święta Śmierć, meksykańska patronka wszystkich poszkodowanych, prześladowanych i potępionych, odmieńców i samobójców, homoseksualistów i innych queersów, straceńców i przestępców, i pieprzonych indywidualistów. Opiekuje się tymi, którzy pracują w nocy i narażeni są na bezsensowną przemoc: chroni taksówkarzy, policjantów, przemytników, prostytutki, barmanów i mariachis, nocnych muzykantów.

Wyznawcy Santa Muerte przy sanktuarium w Mexico City. By Thelmadatter, CC BY-SA 3.0, źródło 

biel: konsekwencje

poniedziałek, 2 maja 2016

Cykl rozważań o bieli zainspirowany został The Whiteness Project. Obecnie na stronie można obejrzeć nie tylko wypowiedzi mieszkańców Buffalo, NY, ale także młodych ludzi z Dallas w Teksasie. Warto posłuchać. Na przykład wypowiedzi białego Connora, aresztowanego około dwudziestu razy.

Odcinek drugi: Czy odczuwa Pani konsekwencje swojej bieli?


O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo