saga na murach katedry

czwartek, 4 sierpnia 2016

Dzisiaj post wizualny – zapraszam Was do obejrzenia przepięknego, dwudziestominutowego pokazu wyświetlanego latem na fasadzie katedry San Fernando w samym sercu San Antonio. Oczywiście, kto odwiedza Teksas, tego serdecznie zapraszam do obejrzenia widowiska w realu, naprawdę warto! A kto nie ma szans i/lub planów, by zawitać w te strony, to tym bardziej niech obejrzy nagranie. Kiedy jestem latem w mieście, oglądam pokaz po kilka razy w tygodniu. Towarzyszy mu również rewelacyjna, nastrojowa muzyka, idealnie dopasowana do przedstawianych zdarzeń. Naprawdę nie mogę się go nachwalić! Nawet przy wrzucaniu go na bloga nie mogłam się oprzeć pokusie puszczenia go sobie w tle, żeby miło i muzycznie zacząć dzień. Xavier de Richemont odwalił kawał dobrej roboty.

Mam cichą nadzieję, że po lekturze Teksaskiego Paszportu jesteście w stanie rozszyfrować (mniej więcej) wydarzenia, do których odnosi się twórca. W ramach ściągi polecam wpis o Rewolucji i – w mniejszym stopniu – wpisy o Tejanos (I i II) i opowiadania o skarbach.

Sama jeszcze nie do końca rozgryzłam, kto dokładnie pojawia się na fasadzie, bo nie zawsze jest to jasne: oczywiście Geronimo, oczywiście Frederick Douglass i prezydent Lincoln, chyba też Sam Houston, generał Santa Ana, Davie Crockett, może Steven Austin? Jest tych twarzy sporo, zwłaszcza wtedy, gdzie Xavier pokazuje lawinę słynnych Tejanos. Zapraszam więc do robienia własnych odkryć! (I wyzwanie: czy dojrzycie w potoku imigrantów flagę polską?).


R jak ranczo

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

To, że większość wypasu bydła w Teksasie odbywała się historycznie w egalitarnym systemie open range, jest często powtarzanym mitem. W istocie rancza istniały od zawsze, to znaczy odkąd biały człowiek przybył na ziemie obu Ameryk z tym absurdalnym – dla czerwonoskórych – pomysłem, że ziemię można zawłaszczać, posiadać i odgradzać (kto by pomyślał?). Przydziałów w nowo utworzonej kolonii udzielała już korona hiszpańska, chociaż nieprzyjazne terytoria na północ od Rio Grande odstraszały wielu śmiałków. Ci, którzy osiadali w twardej rzeczywistości amerykańskich kresów, musieli być równie nieprzejednani. Już w tym wczesnym okresie mamy do czynienia ze stosunkowo dużą ilością kobiet-ranczerek. Według prawa hiszpańskiego, kobiety cieszyły się wieloma prawami, mogły dziedziczyć ziemię i rozporządzać nią według swojej gestii, niezależnie od męża i krewnych.

Henrietta Chamberlain King. Odziedziczyła po mężu wielkie ranczo liczące pół miliona akrów (i zadłużone na pół miliona dolarów). Ranczo istnieje do dziś jako legendarne King Ranch. Źródło

O jak open range

poniedziałek, 18 lipca 2016

Kolejny termin, którego zdecydowałam się w Teksaskim Paszporcie nie tłumaczyć, choć byłoby to akurat w tym przypadku stosunkowo łatwe. Na szybko, bez przeglądania literatury powiązanej, mógłby być to po polsku „wolny wypas”. Z tym, że… w języku polskim staje się to natychmiast termin wąski, techniczny, nieprzyjemnie hodowlany i nadal nie do końca trafny. Tymczasem range ma po angielsku cały wachlarz (= range!) znaczeń: sygnalizuje jakąkolwiek przestrzeń otwartą bądź nie, a także przestrzeń metaforyczną w sensie zakresu, przekroju i możliwości. Open range jest więc terminem stricte związanym z amerykańską mitologią. Według niej Stany Zjednoczone to kraj, w którym wszystko jest możliwe, kraj wolny i w swojej wolności wyjątkowy. Na blogu wypominam czasem Ameryce ten samozachwyt dość zgryźliwie. Ale moje wypominki nie zmieniają faktu, że ta wiara to poczesny element amerykańskiej kultury, stały rys amerykańskiego autoportretu i miara, jaką przykładają Amerykanie do innych „starych” kultur. 

Znak drogowy informujących o tym, że wjeżdżamy na teren, na którym obowiązuje wolny wypas bydła, tzn. mogą bezkarnie wchodzić nam na drogę.  Tu w Arizonie. By User:$1LENCE D00600D, CC BY-SA 3.0. Źródło

dziewięć miesięcy w Bronxie

niedziela, 10 lipca 2016

Jak rodzi się dzieci w Ameryce? Jak wygląda dzieciństwo w Ameryce? Właśnie nie tak fajnie. To znaczy, pewnie znośnie, jeśli płaci się 1500 dolarów miesięcznie za ubezpieczenie zdrowotne. Jeśli matki nie stać na taką albo zbliżoną sumę, a na dodatek jest czarna albo brązowa i mieszka w jakimś miejscu złym, na przykład w Bronxie, to i ona, i dziecko są już częścią statystyki. Kilka lat temu BBC opublikowało zatrważający raport na temat śmiertelności niemowląt i dzieci w Stanach Zjednoczonych. Nie chodziło o przyczyny naturalne, ale o zaniedbanie, znęcanie się i wreszcie dzieciobójstwo. Na 100 tys. dzieci, 2.4 śmierci wskutek przemocy w rodzinie: najwięcej z krajów tak zwanych rozwiniętych, ponad dwa razy więcej niż w Wielkiej Brytanii, Niemczech albo Japonii. Teksas przoduje na tym tle dość niechlubnie: wskaźnik wynosi ponad 4 śmierci. W ciągu ostatnich dziesięciu lat zginęło więc w swoich domach cztery razy więcej dzieci, niż żołnierzy amerykańskich w Afganistanie i Iraku. Połowa zmarłych nie ukończyła nawet pierwszego roku życia.

Kadr z minidokumentu Anny Bressanin Nine months in the Bronx

szukajcie najpierw Królestwa

poniedziałek, 4 lipca 2016

Z Denisem Johnsonem mam problem. Przeczytałam trzy książki i nadal nie wiem, czego po nim oczekiwać. Czasem pisze szczerze i dotkliwie, czasem popisuje się grafomaństwem: przeskakuję całe sekcje i obiecuję sobie, że nigdy więcej. A jednak. Facet potrafi uwieść. Jego książka Jesus’ Son doczekała się ekranizacji i faktycznie wydała mi się najlepsza, najuczciwsza. Może dlatego, że oparta jest na doświadczeniach autora: Johnson przeżył swoje lata dwudzieste na haju i w oparach alkoholu, zanim wreszcie wrócił do domu rodziców i wyczołgał się, mozolnie, na względną prostą. Jesus’ Son – której tytuł wzięty jest ze słów do Heroiny Velvet Undergroundu – to książka świetna: zdawkowa i absurdalna, urywana i chaotyczna jak faktyczny ćpuński żywot. Straszna bez krzty dydaktyzmu. Tym razem jednak nie będzie o niej, ale o zbiorze esejów Seek: Reports from the Edges of America and Beyond

wsiąść do samolotu byle jakiego

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Nie wierzę czasem, w co ja wierzę. W ludzką inteligencję, w ludzką empatię, w to, że nikt nie jest oszołomem permanentnie i z zamiłowania, że wreszcie każdy dorasta i zaniechuje dziecinnych spraw. Ten miesiąc porządnie te mrzonki podtopił. Jeszcze wierzgają, ale płuca już pełne wody, i krwi.

Najpierw było nieszczęsne Orlando. Nieszczęsne tylko dla ofiar, bo dla mediów i lobbystów istna wyżerka: dostęp do broni, imigranci, domowi terroryści, LGBT, pełen bufet. Potem kolejny (który już?) projekt ustawy o ograniczeniu dostępu do broni palnej, umarł w amerykańskim kongresie. Co znaczy, że kiedy wsiadam do samolotu, zabiorą nawet wsuwkę do włosów, jeśli jest długa i ostra, ale jeśli jestem na liście podejrzanych o zapędy terrorystyczne, mam schizofrenię albo manię prześladowczą i chcę w spożywczaku kupić broń, to bardzo proszę. Zresztą, tu nie było akurat żadnego zaskoczenia: republikanie siedzą w kieszeni NRA (narodowe stowarzyszenie ds. broni palnej) i trudno wymagać, by działali przeciwko swoim sponsorom – proste. Dobiła mnie jednak wieść inna: prowizoryczna reforma Obamy w sprawie nielegalnych imigrantów została zakwestionowana przez Sąd Najwyższy. Co gorsza, to Teksas, pieprzony, zacofany, ograniczony Teksas, który oceniłam, mam wrażenie, tak łaskawie, z taką nadzieją, w tym poście, stanął na czele tych wszystkich republikańskich stanów, które zawlekły sprawę do sądu najwyższej instancji. Krew, krew zalewa mi płuca.

Amerykanie nie mogą przegrać

wtorek, 21 czerwca 2016

Doerrowi udało się w jednym celnym, kilkunastostronicowym opowiadaniu uchwycić fenomen amerykańskiej cywilizacji. Aż chce mi się go kopnąć! Nic tu po mnie, Doerr powiedział już wszystko, i to z taką lekkością, bez dogmatu. Opowiadanie „Fourth of July” (Czwarty lipca: święto niepodległości USA) to humorystyczny opis absurdalnego zakładu między amerykańskimi członkami elitarnego klubu wędkarskiego a ich brytyjskimi kolegami. Trochę karykatura karygodnej amerykańskiej naiwności, trochę metafora nieudolnej polityki zagranicznej, opowiadanie zachwyca przenikliwym humorem i bogactwem przekomicznych, przeautentycznych szczegółów.

W Helsinkach Amerykanie spędzają kilka nocy „pijąc koniak, dzwoniąc do Ameryki i płacąc za to jak za zboże… Pracownikom hotelu zlecają kupno zaopatrzenia na [wyprawę na ryby]: 13 kartonów szwedzkich batoników musli i 36 butelek norweskiej wódki”. W Wilnie „zamawiają w barze czipsy ziemniaczane, które obsługa dostarcza do pokojów w porcelanowych wazach”. Nad Jeziorem Popradskim odkrywają wreszcie „godne miejsce do wędkowania: luksusowy hotel w górach z wypchanym rysiem nad kominkiem, gencjanami w kryształowych wazonach, uśmiechniętymi słowackimi hostessami w białych fartuchach, które prowadzą ich do pokojów wyłożonych dywanami”. Kto miał kiedykolwiek okazję towarzyszyć Amerykanom za granicą, ten natychmiast rozpozna opisy ich Gore-Texowych wdzianek i pielgrzymek do McDonalda. Ale po całym tym śmiechu, jak by nie było, na amerykański koszt, Doerrowi i tak udaje się zakończyć na tryumfalnej nucie: „Nie przegrają, nie mogą przegrać; są Amerykanami, już wygrali”.

nie odstępuj ode mnie

czwartek, 16 czerwca 2016

Zastanawiam się, czy książka Strout mogłaby powstać w Polsce? Bo przepojona jest purytańską duchowością charakterystyczną dla amerykańskiego kontynentu – i być może w większości w Polsce egzotyczną. Ta gorliwa introspekcja, to pilne tropienie w sobie ułomności i grzechu, to ocenianie motywacji każdego czynu i demaskowanie ich jako nieczystych lub po prostu nie tak doskonałych, jak mogłyby być – czy to religijne skupienie nie wydaje się aż patologiczne, aż nerwicowe, zarezerwowane tylko dla tych najświętszych i najbardziej umartwionych? A jednak, im dłużej przebywam z Amerykanami i im dłużej w ich kraju mieszkam, tym bardziej mi się wydaje, że dla wielu ludzi to wewnętrzne zmaganie to etos, norma. Nieważne, czy wierzą ortodoksyjnie czy niezobowiązująco, czy też zupełnie się tej wiary wypierają, Amerykanie mają w sobie coś takiego, co można by nazwać kompleksem Boga: kompleksem czynienia tego, co (wobec Niego) właściwe. Żartuję czasem, że nie ma lepszego miejsca na przeżycie jakiejś życiowej katastrofy niż Stany. Ci ludzie zawsze pomogą, zawsze można liczyć na ich poczucie winy, na to, że gdzieś w środku, niezależnie od wierzeń, niezależnie od przekonań, czują, że mogliby starać się bardziej, żyć lepiej, jeszcze sprawniej oddzielać groch od maku, w jeszcze większej mierze zasłużyć na swój dobry los.

mężna kobieta liczy coup

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Liczenie coup: zwyczaj powszechny wśród Indian prerii. Polegał na liczeniu gestów odwagi wobec wroga przy jak najbardziej minimalnych stratach dla siebie. Za najwyżej oceniane coup uchodziły akty bezkrwawe, np. dotknięcie wroga specjalną pałeczką i umknięcie cało.

Mężna Kobieta była jedyną córką swego ojca, wodza Siuksów Hunkpapa. Jej ojciec był nieoceniony w bitwie i w radzie, szanowany jako dawca dóbr, szczodry gospodarz i rozsądny zarządca. Poza Mężną Kobietą miał jeszcze trzech synów. Ci starali się iść w ślady ojca, ale nie było to takie proste. Próbowali tak zapamiętale i z takim oddaniem, że w końcu jeden za drugim zginęli w walkach z wrogim plemieniem Wron. Ich siostra została sama u boku ojca.


Powiedzmy sobie szczerze: poza granicami stanu, opinia o Teksasie nie jest najlepsza. Teksas uchodzi za stan ultrakonserwatywny, ultrarepublikański i ultrazacofany, taki amerykański odpowiednik krainy moherowych beretów, tyle że oczywiście w Teksasie każdy moher posiada broń! Jest to trochę przykre, ale też trochę zabawne. Pamiętam, jak raz w nowojorskiej restauracji miałam nieszczęście usiąść przy stoliku obok grupy rozchełstanych, rozemocjonowanych garniturów. W pewnym momencie jeden z podchmielonych panów zaczął opowiadać o nieobecnym koledze: „Wiecie, gdzie on się urodził? W jakiejś zapadłej dziurze na Południu, w Teksasie!” – tu przerwał dla efektu i ściszył głos, jakby zdradzał zebranym jakąś fantastyczną zbrodnię. Poza tym, nikt w Nowym Jorku nie wierzył, że jesteśmy z Teksasu. Wyglądaliśmy chyba zbyt normalnie: ani kapelusza, ani kowbojek, ani transparentów z Sądem Ostatecznym; gęby też w miarę inteligentne, więc skąd Teksas? Po chwili dezorientacji padało pytanie: „Aha… pewnie z Austin?”. Bo gdzieś tam w skołowanej nowojorskiej łepetynie mrygała lampka, że Austin, stolica Teksasu, to ostoja liberalizmu i hipsterskości pośród morza „republikańskiego uwstecznienia”. No ale to jest Nowy Jork: nieprzeciętnie brudny, wręcz plugawy, głośny, prostacki i prowincjonalny. Zwłaszcza dla kogoś, kto przyzwyczaił się do klimatu Południa, gdzie ludzie, chociaż może i „zacofani”, może i „konserwatywni”, może i głosują, o zgrozo, prawicowo, ale odnoszą się do innych z szacunkiem i nie zapominają o dobrych manierach. No i zawsze cię nakarmią.

Symbole partii republikańskiej i demokratycznej. Barwą republikańskiej jest czerwień, demokratycznej: błękit.
By DonkeyHotey, CC BY 2.0. Źródło

plyndze w Schilo's

czwartek, 2 czerwca 2016

O Tex-Mex wiedzą wszyscy – nawet podłe poznańskie pseudorestauracje, które sądzą, że jeśli podgrzeją w mikrofali puszkę fasolki po bretońsku, zmieszają z wczorajszymi mielonymi i wyślą talerz przez kościstą kelnerkę w falbaniastej spódnicy z polyestru, to będzie chili Tex-Mex. A Niemcy w Teksasie? O tym już mniej wiadomo, choć też można by ukuć jakiś chwytliwy skrót na zbyt zagraniczny, Teuto-Tex, na przykład, sprzedawać etos porządku, jałmużny i sałatki ziemniaczanej.

„Podczas burzliwych dziesięcioleci między rokiem 1830 a 1860 do Teksasu przybyło około dwudziestu tysięcy Niemców. Z ojczyzny wygnała ich bieda, a do Teksasu przyciągnęła ich dostępność wielkich działek taniej ziemi. Wystarczyło za symboliczną sumę zakupić sobie tytuł własności – i każdy imigrant już mógł się poszczycić szmatem ziemi większym niż posiadłości niejednego niemieckiego księcia. Pierwsza fala imigrantów osiedliła się w dolinach rzek Brazos i Colorado… Ich pobratymcy założyli miasta New Braunfels i Fredericksburg i rozprzestrzenili się po całym Hill Country… Przybysze przynieśli ze sobą swój język, swoje zwyczaje i swoje zamiłowanie do muzyki. Większość niemieckich osiedli w Teksasie miała Stadtkapelle, miejską kapelę, albo Gesangverein, miejski chór”. (Lonn Taylor w Texas Monthly, „The Great Pyramide”, grudzień 2015, s. 88).

samochód
od meksykańskiego kartelu

poniedziałek, 30 maja 2016

Uwaga, będzie trochę prywaty. Kupiliśmy samochód od meksykańskiego kartelu. Tak przynajmniej podsumował to Mężczyzna po podpisaniu papierów. Nie zabrał mnie ze sobą, bo stwierdził, że osiedle jest złe. Ale i tak wszystko mi dokładnie opisał. Naprzeciw małego dilera H&H – mały bar z dużym ogródkiem. Godzina późna, mieszkańcy wracają z pracy, zwykle fizycznej, zwykle ciężkiej, zwykle brudnej, zwykle bez klimatyzacji, i zaglądają do baru na piwo albo agua fresca z prądem, zastygają na stołkach umorusani, w lśniących od smaru wycieruchach. Z szerokich kapeluszy leci zmierzwiona słoma. Rzędy kolorowych, kwadratowych chorągiewek, rozpostarte nad ogródkiem w kilku warstwach, trzepoczą na wieczornym wietrze. Wąska droga między dilerem a barem wysypana jest ubitym żużlem. Raz po raz przechadza się po niej kura, majestatycznie, niefrasobliwe, a to coś tam sobie dziubiąc pro forma, a to przyszpilając Mężczyznę badawczym spojrzeniem czerwonego oka. Mężczyzna, choć Meksykanin, odcina się od każdego tłumu, coś jakby Latynos, coś jakby Arab, coś jakby izraelski komandos; w każdym razie wszyscy wiedzą, że nie stąd.

królowa tejano,
królowa serc

poniedziałek, 23 maja 2016

Szesnasty kwietnia, dzień urodzin królowej tejano, został przez ówczesnego gubernatora Teksasu, George’a W. Busha, ogłoszony Dniem Seleny. (Decyzja nie przeszła bez lokalnych histerii: najwyraźniej niektórzy Anglosi byli tym faktem oburzeni, bo szesnasty kwietnia przypadał w Niedzielę Palmową, a poza tym, kim była Selena? Słuchali jej „tamci ludzie”, a nie my). Od tragicznej śmierci Seleny mija obecnie ponad dwadzieścia lat, ale miłość fanów wcale nie słabnie, przeciwnie. Jej piosenki śpiewają tacy artyści, jak Gloria Estefan, Jennifer Lopez, Shakira, Bruno Mars czy Selena (!) Gomez. Doczekała się pomników, biograficznego filmu (z Jennifer Lopez w roli głównej, bo Salma Hayek z szacunku odmówiła), musicalu i oczywiście niezliczonych festiwali, koncertów, murali, piosenek i programów telewizyjnych na swoją cześć, a niedługo - trasy koncertowej z udziałem hologramu.

Mural na cześć Seleny w stolicy Teksasu, Austin. Źródło
Ta nowelka – niewiele ponad sto stron – to jedna z książek dla mnie najważniejszych. Czytałam ją zaraz po wydaniu, czyli sześć lat temu. Dopiero niedawno, na potrzeby tego cyklu, przejrzałam nieliczne, krążące w internecie recenzje i z pewnym zaskoczeniem odkryłam, że nowela Chang uważana jest powszechnie za książkę „o pisaniu poezji”. Jakoś tego wąskiego czytania nie kupuję – ale może to moje zboczenie. Nie potrafię poważnie potraktować idei studiów magisterskich, na których rozintelektualizowani młodzi gniewni uczą się pisać poezje i dyskutują bez ironii o tym, kim jest „prawdziwy poeta”. Być może jest to przepaść kulturowa; uniwersytety amerykańskie oferują takie i podobne studia jak najbardziej poważnie. Ale ja natychmiast uznałam, że realia opisywane przez Chang to tylko i wyłącznie pretekst do medytacji o czymś innym, głębszym. Jeśli mam rację i Chang faktycznie analizuje mit najdroższy amerykańskiemu sercu – mit sukcesu – to poezja, w której ćwiczą się główni bohaterowie, jest dla autorki tylko metaforą. Metaforą bardzo celną, bo świetnie podkreśla efemeryczność całego przedsięwzięcia. Co sprawia, że osiąga się sukces, a William Carlos Williams to kultowy amerykański poeta? Nikt nic nie wie. Talent. Warsztat. Nastrój. Wyczucie czasu. Ciężka praca. Subiektywna reakcja odbiorców. Układ gwiazd. Tabaka w rogu. W języku greckim poieo, słowo, od którego wzięła się nasza „poezja”, to po prostu „czynię, robię”. To tylko świat zachodni z biegiem czasu uznał poezję za szczyt niepraktyczności.

Nikt dokładnie nie wie, kto powiedział to pierwszy, ale w Stanach powtarzano to z przekonaniem już na początku wieku XX. W Stanach Zjednoczonych wszystko wydaje się większe: „małe” mieszkania pomieściłyby kilka rodzin, biurowce giną w chmurach, porcja dla jednej osoby nakarmiłaby dwie albo trzy, dwupasmowa jednokierunkowa szosa jest już ciasnawa. Więc dlaczego akurat „wszystko jest większe w Teksasie”? Prawdopodobnie ma to coś do czynienia ze spektakularnym rozmiarem samego stanu, który do momentu kupna Alaski szczycił się mianem największego stanu w całej unii (i dla nieuków, którzy przespali to wydarzenie, nadal nim jest). A może jest to kwestia rozległych przestrzeni i wielkich rancz, które uczyniły Teksas tym, czym jest teraz. W każdym razie Teksańczycy (i inni Amerykanie) z upodobaniem to hasło powtarzają. Pamiętam, że gdy przejeżdżałam przez jakieś pasmo górskie w Kolorado, natrafiliśmy na wielkie usypisko pokryte ogromnymi wapiennymi kamulcami. Wyglądało to niemal jak składowisko asfaltowych bloków przed rozpoczęciem budowy. Przewodniczka, która zdążyła nam już kilkakrotnie oznajmić, że pochodzi z Teksasu, ogłosiła przez megafon: „A teraz proszę spojrzeć za okno, po lewej stronie widzicie państwo to, co my w Teksasie zwykle nazywamy żwirem”.


Santa Muerte

poniedziałek, 9 maja 2016

Otwieram drzwi do mieszkania i uwalniam mały kolorowy kartonik, który spada na ziemię, trzepocząc jak motyl. Podnoszę, obracam. Curandera y consejera, uzdrowicielka i doradca, Señora Carmen. Kartonik zwraca się do mnie uprzejmie, per pani.

„Chce Pani zyskać miłość, sukces i pieniądze? Cierpi Pani z jakiegoś nieznanego powodu? Myśli Pani, że szczęście Panią opuściło? Szuka Pani odpowiedzi, ale bezskutecznie? Chce Pani odzyskać utraconego partnera? Mamy odpowiedź na wszelkie problemy, nieważne jak wielkie. Odczyniamy rzucone uroki, usuwamy zawiść i na nowo łączymy to, co się rozpadło”.

Lokalny numer telefonu. Na odwrocie zodiak i pragmatyczna zachęta: „Z tym kuponem czyszczenie aury za darmo”.

Po jednej stronie tekstu La Guadelupana, brązowa Matka Boska w gwiaździstym płaszczu, po drugiej Santa Muerte, Święta Śmierć, meksykańska patronka wszystkich poszkodowanych, prześladowanych i potępionych, odmieńców i samobójców, homoseksualistów i innych queersów, straceńców i przestępców, i pieprzonych indywidualistów. Opiekuje się tymi, którzy pracują w nocy i narażeni są na bezsensowną przemoc: chroni taksówkarzy, policjantów, przemytników, prostytutki, barmanów i mariachis, nocnych muzykantów.

Wyznawcy Santa Muerte przy sanktuarium w Mexico City. By Thelmadatter, CC BY-SA 3.0, źródło 

biel: konsekwencje

poniedziałek, 2 maja 2016

Cykl rozważań o bieli zainspirowany został The Whiteness Project. Obecnie na stronie można obejrzeć nie tylko wypowiedzi mieszkańców Buffalo, NY, ale także młodych ludzi z Dallas w Teksasie. Warto posłuchać. Na przykład wypowiedzi białego Connora, aresztowanego około dwudziestu razy.

Odcinek drugi: Czy odczuwa Pani konsekwencje swojej bieli?


dzieci ciotki Hagar

czwartek, 28 kwietnia 2016

Przyciągnął mnie tytuł. Do teraz nie wiem, czy „wszystkie dzieci ciotki Hagar” to idiom powszechnie na Południu znany, czy też jest to po prostu barwne określenie należące do idiolektu cioci Penny, jednej z postaci opisywanych przez Jonesa. Tak czy inaczej, powinno dać do myślenia, że dla rozmówców Penny znaczenie tej frazy jest oczywiste. Motywy biblijne są na Południu przejrzyste nawet dla niepraktykujących. „Dzieci ciotki Hagar”: dzieci tej gorszej, dzieci niewolnicy. Oczywiście, są traktowane jednakowo. Oczywiście, nie mogą się równać z tym obiecanym, wyczekiwanym synem prawowitej żony. Oczywiście, gdy sięgną po to, co nie dla nich, prosto z przyjęcia zostaną wygnane na pustynię z jednym bukłakiem wody. Aksjomaty.

w poszukiwaniu
amerykańskiej psyche

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Najpierw lata całe słyszymy od rodziców i mentorów, że „możemy wszystko” i z rozłożonej talii kart, jaką oferuje nam życie, możemy naprawdę wybrać każdą kartę, nawet kilka równocześnie! To jest fajny okres. Potem ani się oglądamy, a nadchodzi taki moment, gdy czas pewne opcje na amen przyklepuje. Pewne perspektywy przeterminowywują się bardzo szybko i w sposób oczywisty (nie zostanę baletmistrzem), inne – wolno i subtelnie. Teoretycznie mogę jeszcze zostać neurochirurgiem, internistą albo antropologiem sądowym: co to dla mnie! Prawdopodobnie jednak, rozwijając się w moim obecnym zawodzie i zbierając lata doświadczenia, nie starczy mi już godzin dnia ani pamięci operacyjnej na karierę na równoległym poziomie: pewien pociąg odjechał. Urok rzeczywistości złożonej z opcji binarnych.

Podobnie, być może, jest z zainteresowaniami. Chyba czas sobie uświadomić, że nie znam się na literaturze polskiej i jest to stan stały, a nie przejściowy. Chociaż otrzymałam w Polsce wykształcenie i napisałam godziwą rozprawkę na maturze, to nadal czuję, że po rodzimych obsesjach literackich poruszam się po omacku, z doskoku – i z biegiem czasu coraz bardziej niechętnie (bo im dłużej ten stan trwa, tym bardziej wypadam z polskiego rytmu; teraz już nawet nie podpieram ściany, jestem na zewnątrz, daleko poza dansingiem, nie słyszę już nawet muzyki). Tak, mam kilku ulubionych polskich autorów, ale tworzą oni naprawdę mały, zamknięty, ekskluzywny klub, w którym na dodatek od lat nie krąży już żadna nowa krew. Mimo wybitności jego członków panuje w nim więc trochę stęchła atmosfera.


srebro Black Jacka
w Big Bendzie

piątek, 22 kwietnia 2016

Ostatnia dekada XIX w. została ochrzczona epoką „gejowską”. Oczywiście, jest to tylko taki semantyczny smaczek, bo na początku XX w. przymiotnik „gay” nie miał w języku angielskim żadnych homoseksualnych konotacji; oznaczał po prostu beztroskę, radość i ogólne zadowolenie z życia. W rzeczywistości jednak schyłek XIX w. mało miał wspólnego z beztroską, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Zmagania gospodarcze, kształtowanie się granic zachodnich terytoriów, wielokrotne strajki robotnicze, niektóre krwawe, inne zakończone skutkiem wręcz odwrotnym do zamierzonego. Ostatnie zrywy niepodległościowe amerykańskich Indian, gorączka złota w Klondike i apogeum kolei, choć pojawiły się już pierwsze automobile, a także – uwaga – skromny rower. Beztroska, okres niewinności i raj utracony? Być może, zwłaszcza z perspektywy XX w. Horror I wojny światowej uczynił wszystkie poprzednie zmagania banalnymi, a czas zrobił swoje: przeszłość zawsze ładniej wychodzi na zdjęciach.

Pocztówka ukazująca pociąg linii Sunset Limited między SF a LA w Kalifornii ok. 1910 r. Kurs od Zatoki Meksykańskiej do Pacyfiku funkcjonuje do teraz w ramach oferty Amtraku{{PD US}}

K jak kuchnia

wtorek, 19 kwietnia 2016

No wreszcie! Na ten temat ostrzyłam sobie zęby (sic!) już od dawna, tylko nigdy nie mogłam się zdecydować, od jakiej strony go ugryźć :)

A teraz nadarza się świetna okazja, bo za każdym razem, gdy przyjeżdżam z powrotem do Teksasu, odkrywam tutejszą kuchnię na nowo. Zabawne jest to, że zmieniając kontynent, z dnia na dzień praktycznie zaczynam jeść zupełnie inaczej. (Poza owsianką. Dzień bez owsianki na śniadanie to dzień na opak. Lepiej więc nie kusić licha). Chociaż w Polsce można obecnie dostać wiele produktów dostępnych w Teksasie, to i tak niektóre potrawy pozostają niezastąpione. W Polsce zwłaszcza brakuje mi cudownie dojrzałych awokado, taniutkich batatów, świeżej kolendry na zawołanie, zatrzęsienia różnorodnej zieleniny, a także… całej alejki pełnej puszek z gotowaną fasolą (czarna! biała! masłowa! nakrapiana! z oczkiem! adzuki! szparagowa! cieciorka! w sosie! w innym sosie! w jeszcze innym sosie! z bekonem! bez soli! organiczna! Mała rzecz, a niesamowicie ułatwia przygotowywanie wszelkich potraw, bo nie trzeba się bawić w żmudne namaczanie i kilkugodzinne gotowanie fasoli, w moim przypadku zawsze połączone z wielkim kipieniem i obsmarowaniem całego garnka).

H jak huragan

piątek, 15 kwietnia 2016

Po upartej złej passie wyczerpujących wiadomości i przeżyć, podładowuję się pozytywnie. Dziś temat dla niektórych być może trochę egzotyczny, ale dla Teksańczyków jak najbardziej realny!

Największą klęską żywiołową w dziejach Stanów Zjednoczonych nie była Katrina, lecz bezimienny huragan nazywany przez Teksańczyków po prostu „wielkim sztormem 1900 roku”. Życie straciło przynajmniej 6 tys. ludzi; niektóre źródła podają dwa razy tyle. Huragan zniszczył niemal doszczętnie przepiękny port Galveston, ówczesnego tygrysa Zatoki Meksykańskiej, którego główna ulica nosiła nawet kiedyś dumną nazwę Wall Streetu Południa. Miasto z czasem odbudowano. Leży około czterdziestu minut drogi od Houston i w sezonie letnim pełni rolę ośrodka wypoczynkowego dla okolicznych wczasowiczów. Rozwija się prężnie. Zwłaszcza od 2008 r., kiedy do miasta zaczęły wpływać niemałe środki z pomocy federalnej i z prywatnych kieszeni charytatywnych – po zniszczeniach zadanych przez huragan Ike, który podwoił liczbę osób żyjących poniżej minimum socjalnego w nadbrzeżnych teksaskich hrabstwach. Mieszkańcy Galveston wyczekują kolejnego huraganu. Taki wielki zdarza się średnio raz na 15 lat. Czyli to tylko kwestia czasu, kiedy coś znowu łupnie.

Widok na zalane Galveston. Architektura charakterystyczna dla nadwodnych domów. By USAF Sgt. James L. Harper {{PD}} via Wikimedia Commons

rekonesans rutyny

wtorek, 12 kwietnia 2016

Jeśli rezygnacja to pierwszy stopień do szczęścia, to jestem niemal w połowie.

Wpuszczono mnie do kraju bez problemów, jedynie z upomnieniem, że coś tam, i następnym razem mam załatwić jakieś niesamowicie ważne dokumenty, bo coś tam. Znając życie, będzie to kolejny kwadratowy przepis, który nie przewidział mojego rozwartokątnego życia. Ale czym mam się martwić dziś, będę się martwić dopiero za jakieś trzy-cztery miesiące, więc mam mnóstwo czasu swawolnego. Już drugiego dnia byłam w moim ulubionym sklepie indyjskim, narkotyzując się cynamonem, kurkumą i sandałowcem. Zdecydowanie są takie przyjemności, które pomagają mi przełknąć tę amerykańską pigułkę goryczy.

A. wybiera śmierć

czwartek, 7 kwietnia 2016

Na blogu nie piszę o depresji, bo uważam temat za mocno indywidualny. Poza tym depresja nie jest już częścią mojej tożsamości. Być może pasożytuje sobie gdzieś jeszcze po kątach, ale szczerze mówiąc, jej obecność bądź nieobecność, przypływ bądź odpływ mało mnie teraz obchodzi. Nie jest to w każdym razie temat, który by mnie twórczo rajcował.

kobieta wybiera śmierć

niedziela, 3 kwietnia 2016

W wielu mitach, indiańskich i nie tylko, przewija się myśl, że śmierć to wynik okropnej pomyłki. Założenie było takie, że ludzie mieli żyć wiecznie. Ewentualnie kłaść się do snu na dłuższą chwilę, a potem szybko zmartwychwstawać, odświeżeni i wypoczęci. Ale coś poszło nie tak. Różne plemiona przedstawiają tę pomyłkę inaczej. W niektórych mitach szyki psuje Stwórcy nieprzyjaciel, w innych błaznujący Kojot, w jeszcze innych to człowiek własnym nierozgarnięciem bezmyślnie unicestwia pierwotne założenia.

Niemcy warzą

poniedziałek, 15 lutego 2016

Babcia jest Niemką.

„Ale taką prawdziwą Niemką, czy Niemką z Mazur?” - zapytał mnie starszy Niemiec-imigrant, w którego piekarni kupowałam chleb wieloziarnisty i kilka obiecujących bułeczek obsypanych ziarenkami, ale, jak się później okazało, zabarwionych karmelem. Szyld na zewnątrz ogłaszał po angielsku, że znalazłam się w niemieckiej piekarni i kawiarni, i eksponował flagę teksaską i niemiecką. Miejsce obwieszone było niemieckimi suwenirami, zestawionymi bez większego ładu i składu. Tu kamionkowe, pękate kubki malowane w kwiaty, tam ozdobne deski do krojenia chleba, stos podniszczonych, niemieckich Pań Domu, rzeźbiona fajka, barometr z panią i panem w bawarskich ubraniach, szklanica na napiwki w czarno-żółto-czerwonej skarpecie. Na jednej ze sklejkowych szafek leżał na grzbiecie teksaski armadillo (pancernik) z butelką wściekle różowego szampana w łapach. „A kim jest pan?” - chciało mi się zapytać. Zwłaszcza po spróbowaniu piekarnianego Bratwursta.

pocztówka ze słońca

poniedziałek, 8 lutego 2016

To chyba było na drugim albo trzecim roku studiów. Marzec albo początek kwietnia. Wiatr na plaży potrafił być jeszcze całkiem lodowaty. Pogoda jednak na tyle wiosenna, że ku zgrozie Mamy pojechałam w króciutkiej ortalionowej kurteczce podszytej wiatrem i polarem. Wysłałam wykładowcom emaila, że przez tydzień mnie nie będzie. W sumie było to niepotrzebne, bo każdy student miał prawo do dwóch niewyjaśnionych nieobecności, ale ja nie lubię zostawiać spraw nieprzyfastrygowanych, siepiących się niechlujnie. Coś tam trzeba było oddać, nie oddałam; czymś tam się przejmować, u mnie nastąpił już przesyt.


bagatelka nie do przeskoczenia

poniedziałek, 1 lutego 2016

To były pierwsze Święta, które spędzałam z dala od rodziny, i czułam się z tego powodu podle. Bardziej niż sam fakt mojej nieobecności bolało mnie to, że nie wolno mi było wrócić.

Myślę, że to jedna z tych rzeczy, dla których nie ma przeskoczenia ani pojednania, ani odkupienia.

Tak, zdecydowanie jestem duszą niepokorną. Inne osoby przyjeżdżają na krótkofalową wizę i zostają, później kilkanaście, kilkadziesiąt lat nie mogą przekroczyć granicy. W odległym kraju ojczystym, najbliżsi pobierają się, rodzą dzieci, chorują i umierają, a ich tam nie ma. Moje półtora roku nie ma co stawać w szranki z takim przebiegiem. A jednak myślę, że czas nie ma tu znaczenia, i nie ma znaczenia większa lub mniejsza rogatość duszy. Takie uczucie ubezwłasnowolnienia, więcej: arbitralnego gwałcenia ludzkiej woli, niszczy umysł. Tylko tak jestem w stanie opisać moje uczucia z tych dwudziestu miesięcy, podczas których wydział do spraw cudzoziemców decydował, czy nie jestem zagrożeniem dla imperium.

honor na dnie kanionu

piątek, 29 stycznia 2016

Żywot pospolitego kowboja wcale nie był takim emocjonującym zajęciem, jak wynikałoby z powieści Zane Greya i Maxa Branda. Poza żelaznymi nerwami i parą porządnych cojones, trzeba było umieć mało sypiać, harować jak wół i nie brzydzić się żadną, nawet najbardziej niewdzięczną robotą, a głównie to zaciskać pasa, bo pieniędzy nie było z tego prawie żadnych! Przekonał się o tym Fergus Dooley, gdy jako młodzieniaszek porzucił ojczystą Indianę i udał się na Dziki Zachód w poszukiwaniu przygody i dolarów.

M jak Margarita

wtorek, 26 stycznia 2016

Kolejny wpis, który pół roku spędził w twórczym inkubatorze i dopiero teraz wychodzi na światło dzienne. Zwłokę należy tym razem przypisać prawdopodobnie temu, że z Margaritami mam wybitnie nie po drodze, jak i z całą resztą przesłodzonych napojów - i alkoholowych, i dziewiczych. Dobra (czyt. klasyczna) Margarita nie jest zła, ale, jak podsumował ironicznie magazyn Texas Monthly, „zbyt często to, co podaje się jako Margaritę, wygląda jak slurpee, smakuje jak lemoniada i uderza do głowy mniej więcej tak samo, jak poncz na baptystycznym weselu”. (Porównanie środowiskowe. Powszechne na amerykańskim Południu ugrupowanie protestanckie Southern Baptists uchodzi za bardzo konserwatywne w sprawach obyczajowych, więc siła uderzeniowa ponczu na kościelnym przyjęciu byłaby - jeśli to możliwe - wręcz ujemna).

R jak rodeo

wtorek, 19 stycznia 2016

Dawno nie było nic z serii Teksaskiego Paszportu, a więc śpieszę naprawić ten problem - pomysł na wpis o rodeo już dawno podsunęła mi Karolina z zaprzyjaźnionego bloga Pora Arbuza (o słonecznej Italii). Z powodu moich wojaży wpis ciągle odkładany na „półkę jutra” aż do teraz, gdy nadchodzi teksaska wiosna, a wraz z nią sezon na rodeo. Tak, w Teksasie luty i marzec to początek sezonu wiosennego, ulubionego przez wszystkich, bo nie tak upalnego jak nieznośne letnie temperatury, ciągnące się czasem aż do października. Czas więc najwyższy na wpis!

Otwarcie rodea dla juniorów w Indianie. Flaga!

prezydent wie, gdzie mieszkam

czwartek, 14 stycznia 2016

Dziś tekst wygrzebany, jeszcze z sierpnia. Posty piszę w jednym dokumencie wordowskim, zaczynając w różnych miejscach: zwykle od początku, ale równie często gdzieś od środka, zależnie od tego, czy akurat nie poprawiam jakichś poprzednich szkiców albo prób. Zdarza się więc tak, że jakiś tekst zostaje przysypany kolejnymi, chwila mija, ja publikuję coś pilniejszego - a staroć nieapetycznie stygnie. Nie za bardzo lubię też publikować starsze teksty, bo ideą bloga było mobilizowanie mnie do pisania - a jeśli opublikuję asa w rękawie, to nie będę miała bata, by pisać nowe. Ale niech będzie. Tęsknię już do tych nowoorleańskich stron, może dlatego.

Gdy przy okazji artykułu o plantacjach w Luizjanie zaczęłam bliżej przyglądać się plantacji Melrose, zaintrygowało mnie pewne zdjęcie z muzealnego archiwum. Czarno-białe, nieostre, nieopisane. W tle trapezowy dach Domu Afrykańskiego, jednej z budowli wzniesionych na posesji. Na pierwszym planie kobieta. Do obiektywu zwrócona profilem. Ustawiona tak przez fotografa lub uchwycona przypadkiem w niezobowiązującym półobrocie. Jej sylwetka scala się ze ścianą domu w tle, staje się integralną częścią jego konstrukcji. Ramiona nietypowo wyprostowane, królewskie. Kobiety mają zwykle tendencję do kulenia barków, do uległego, opadającego obojczyka.

tego nie da się przetłumaczyć

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Chyba jeden z ostatnich, jeśli nie ostatni tekst o Słowenii, choć mam nadzieję jeszcze tam pojechać. Już nie służbowo (mam nadzieję), a bardziej rekreacyjnie. Służbowo na razie nie wiem, co dalej. W 2016 są widoki na Serbię, Hiszpanię albo Włochy. Ale się nie nastawiam, bo doświadczenie każe mi przypuszczać, że ostatecznie wygra ukryta (i na razie nie wiadoma) opcja numer cztery.

W ostatni wieczór przed wyjazdem idziemy na Trg Francoske Revolucije do Le Petit Café: teoretycznie na kompletnym luzaku, wręcz w poadrenalinowym letargu, jeszcze ze śpioszkami w kącikach oczu, spakowani plus minus, bez żadnych zaległych rozmów o projekcie, który w DHL-owskiej kopercie przemierza już Atlantyk. Nasz Słoweniec ma świeżo przystrzyżone włosy, bo przez dwa ubiegłe miesiące zarósł tak, że pod koniec nagrań przydługie kosmyki sterczały mu niesfornie spod czapki bejsbolówki. Pijemy specjalność zakładu, nieprzetłumaczalną na język angielski spuściznę chronicznych socjalistycznych braków: kawę zbożową. Ale taką uwzniośloną, puszystą, nie szarą inkę w obtłuczonym kubku przed snem: w Le Petit podają ją w wielkich pękatych filiżankach, z korzeniami, ze spienionym mlekiem wystającym na opuszek palca ponad szklany brzeg. Siedzimy ściśnięci przy oknie, rozmowa rwie się ze zmęczenia, patrzymy na lśniący od deszczu skwer; każdy po cichu wyciera wąsy od mleka na górnej wardze; nie chce nam się wychodzić: bo tym razem oznacza to faktyczny i definitywny koniec.

innego końca świata nie będzie

czwartek, 7 stycznia 2016

Opowiadanie Siuksów o końcu świata zauroczyło mnie już dawno. Prawdopodobnie dlatego, że to, co współcześni przedstawiają zwykle jako mrożący krew w żyłach kataklizm, kulminację jak najbardziej innowacyjnego zła i medialnego wrzasku, opowiadanie to wyobraża jako scenę zaciszną, kameralną, niemal przytulną (rozgrywającą się, nota bene, w ukryciu, z dala od ciekawskich oczu). Zupełnie nie pasuja ta wizja do paranoicznego, rozhisteryzowanego wieku XXI, który swój schyłek i krach węszy na każdym kroku i przekonany jest o własnej ostateczności (nowsze pokolenia czeka zagwozdka terminologiczna: jak nazwać epokę nadchodzącą po tej, która siebie już nazwała, solipsystycznie, postwspółczesną?).

facebook i bańka znaczenia

poniedziałek, 4 stycznia 2016

W ramach noworocznego rachunku sumienia, trzeba podnieść pewną kwestię od paru miesięcy coraz bardziej oczywistą: nie ma mnie na facebooku. (Piszę to wyjaśnienie również z myślą o tych Czytelnikach, którzy wchodzili na bloga i/lub obserwowali go za pośrednictwem facebooka, lub o tych Czytelnikach, którzy znają mnie osobiście). Od czterech miesięcy nie wchodzę ani na profil prywatny, ani na stronę bloga. Nie ma mnie, nie ma, a im dłużej mnie nie ma, tym bardziej się w tym niebyciu robię twardogłowa. Jak z tym językiem, którego naukę się rozpoczęło, a potem - z różnych względów - niepostrzeżenie porzuciło. I z każdym dniem i tygodniem coraz trudniej wrócić, bo ma się świadomość, że po tak długiej przerwie znowu trzeba będzie odkurzyć podstawy (i foldery z podstawami): alfabet, słówka, wzory odmian, wymowę, która kołkiem staje w gardle, zacina się na skołowaciałym języku.

Im dłużej mnie na facebooku nie ma, tym trudniej mi zabierać się za wracanie. A i sens tego wracania coraz mniej wygodnie leży mi w ręce.

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo