deszcz co jest

środa, 23 grudnia 2015

Liście w Teksasie nie mają warunków na butwienie. Ledwie trochę zmokną, już kolejna, szybka fala ciepła suszy je na wiór, w trymiga czyni z nich bezwonne teksaskie potpourri. Nie to co w Polsce. Liście marynują się całymi tygodniami: a to w pokapującym deszczu, a to w wilgotnych, pochmurnych dniach między jedną mżawką a drugą. Po wielokrotnych zmianach koloru wreszcie osiągają docelowy odcień: śliwkowych powideł. Zapach tylko niespożywczy, kliniczny: permanentnie niewyschniętych akwareli nałożonych jedna na drugą, zespolonych, cieknących burą farbą i treścią. Gdy wreszcie przyjdzie zima, taka uczciwa, z temperaturami poniżej zera, zacznie się długi proces zamrażania i rozmrażania powideł, aż wreszcie pochłonie je łasa na słodycze ziemia

film jest o nas

piątek, 18 grudnia 2015

Miguel zaprasza nas na mszę do św. Jakuba, jednego z najstarszych kościołów w mieście, dwie minuty od rzeki. W listopadzie obchodzono w nim czterysetletnie urodziny parafii. Raz w miesiącu ojciec Rafael z hiszpańskiej Galicji prowadzi w barokowym wnętrzu mszę dla małej argentyńskiej diaspory mieszkającej w Lublanie. Trudno mi go zrozumieć, bo nie dość, że sepleni przy niektórych głoskach, jak przystało na Galicyjczyka, to jeszcze nie trafia w mikrofon. Jego głos rozmywa się w akustycznych murach kościoła jak niewyraźny szept. Ratuje mnie jedynie tekst liturgii, wyświetlany na cyfrowym wyświetlaczu na białej ścianie po prawej stronie ołtarza - i ciche głosy wokół mnie, odpowiadające rytmicznie kapłanowi.

święte prawa rynku

środa, 16 grudnia 2015

Ślub był huczny. Matka pana młodego wydała na ten szczytny cel wszystkie swoje skromne oszczędności i kilka przyszłych rent, żeby nie stracić twarzy. Wesele wyprawiono w małym miasteczku niedaleko San Antonio, o egzotycznej niemieckiej nazwie. W XIX wieku osiedlali się w tych stronach emigranci, a teraz urokliwa architektura zaspanych zabudowań nakręca biznes turystyczny: w małych drewnianych domkach otwierają się hipsterskie hotele, butiki, ekskluzywne spożywczaki z miodem, mydłem i olejami lokalnej produkcji, restauracje, a także sklepy z antykami i różnorodnym artystycznym fiu-bździu. Większość tych przedsiębiorstw otwiera podwoje jedynie w sezonie turystycznym, bo Amerykanie tradycyjnie bardzo się starają, aby ich święte prawa wolnego rynku chroniły rozwój tylko wielkich korporacji; zwiedzanie małych przedsiębiorstw staje się więc coraz częściej li i jedynie atrakcją dla znudzonych wielkimi markami turystów.

miasto w obiektywie II

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Z nosem na szybie taksówki przyglądam się, jak ogrodnik montuje ozdobne zielone kule rosnące w donicach przed hotelem. Dzień jest pochmurny; ogrodnik także. Zaabsorbowany jest swoimi kulami, przygląda się im zza grubych okularów; poza podłużnym gruboziarnistym klombem nie ma dla niego świata. Nie wiedziałam, że te kule są puste w środku; że okrągłe, wiecznie zielone listki ostrokrzewu rosną na solidnych łupinach przypominających zdekonstruowane astrolabium. Ogrodnik ma chyba trudności z przymocowaniem jednej półkuli do drugiej. Próbuje różnych kątów nacisku; kręci głową, stęka. Wokół niego, na wąskiej ulicy, parkują taksówki, samochody, hotelowi goście taszczą walizy, ciągną trzeszczące metalowe wózki, z których zwisają garnitury i płaszcze.

sprawa intymna, prosta

czwartek, 3 grudnia 2015

Kupiłam je w podwarszawskim outlecie. Ceny nie pamiętam, ale znając siebie, nie mogła być zbyt wygórowana. Nie pamiętam też marki. Powinnam była zapisać i ślubować wierność. Meldować się co pięć lat i kupować to samo, bo dobre. Choć być może w obecnych czasach to już niemożliwe. Modowe koło fortuny kręci się dalej: sześć lat później, szukam podobnego fasonu i kręcę nosem. Białe podeszwy, psiakrew. Skórka cienka jak plastik: nie znoszę tego lateksowego efektu. Na złączeniach widzę rozmazany smark kleju. Czy to-to się nie rozleci, gdy się z nim kilka razy przebiegnę po mieście?

(Bo ja po ziemi stąpam twardo: piętami uderzam mocno w podłoże, odpycham się zawzięcie z palców stóp. Po jednym sezonie na większość obuwia trzeba przybić nie tylko nową zelówkę, ale i odbudować część obcasa. Szewcy cmokają z dezaprobatą. Tańsze, cieńsze, bardziej giętkie podeszwy sandałków i trampek pękają bezpowrotnie).


O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo