miasto w obiektywie I

poniedziałek, 30 listopada 2015

„Fajnie byłoby opublikować te zdjęcia, zanim się kompletnie zdezaktualizują...” - pomyślałam, kiedy dostałam te zdjęcia od brata na początku listopada, podczas ostatnich barwnych podrygów jesieni.

Mamy grudzień, więc chyba już trochę na to za późno, chociaż - jak powtarzał reżyser naszego projektu, gdy zbliżaliśmy się do końca i coraz wyraźniej uświadamialiśmy sobie, że nie wyrobimy się w terminie - czas jest iluzją. Mimo tej iluzoryczności, brak kolorowego bluszczu na kamiennych stokach nad Ljubljanicą wydaje mi się dojmująco realny. Tak samo gołota wysokich drzew i brak wielkich liści spadających bezczelnie na talerze i spodki. („Czuję się tak, jakby strzelał do mnie nieudolny zamachowiec” - stwierdził Mężczyzna podczas jednego z bardziej rozpadanych liściem dni: Po czym dodał, podnosząc ogromny liść klonu ze swojego hamburgera: „Jak myślisz, czy to coś odbiera sygnał telewizyjny?”).


zima jednak

niedziela, 29 listopada 2015

Zima zwlekała z przyjściem. Ponoć w pierwszych tygodniach listopada spada w Lublanie pierwszy śnieg, a tu nic i nic. Listopad piękniejszy wręcz od października, mniej pluchowaty, cieplejszy. Schowałam prochowiec, chodziłam w jesiennym płaszczyku. Dla tubylców rzecz niepojęta, bo przecież zima tuż tuż, a ona w maleńkich skarpetkach, z gołymi kostkami na wietrze i oczywiście bez czapki. Znajomy z biura sądząc, że nie mam żadnych zimowych rzeczy, przyniósł mi z domu od żony wielką siatę swetrów, szalików i wełnianych skarpet. Jestem urzeczona tym gestem, więc nie przyznaję się, że cieplejsze rzeczy co prawda mam, ale oszczędzam na prawdziwe mrozy, bo gdy biegnę przez miasto przy czterech stopniach powyżej zera, nie potrzebuję nawet swetra. Poza tym, czyż mama nie mówiła, że najważniejsze to aby było ciepło w nerki, szyję i stopy? To mam solidnie zapatulone. Znajomy jednak swoje wie.

jesienne klisze
z Bled

poniedziałek, 9 listopada 2015

W weekend wyrwaliśmy się z Lublany do Bled na kremówki.

Znajomy Słoweniec, słysząc to, zawyrokował kpiąco: Nie mogliście sobie wybrać bardziej słoweńskiej kliszy.

Ale czy człowiek zawsze musi być taki alternatywny? Bez przesady

Pojechaliśmy.


stopy poniosą odpowiedzialność

piątek, 6 listopada 2015

„Spotkanie w Samarze” to dla wprawionych literatów, okazuje się, bardzo rozpoznawalna metafora. A ja zetknęłam się z tą historią dopiero niedawno i jak zwykle przypadkiem. Przytacza ją w jednym ze swoich dramatów William Somerset Maugham i ta chyba wersja znana jest najbardziej (?). Na Bliskim Wschodzie opowiada się ją jednak od dawna. Od dobrego tysiąca lat, albo i dłużej. Zawiera ją babiloński Talmud. Opowiada ją wielki sufita Fudail ibn Ayad, żyjący na przełomie VIII i IX w. n.e. Podaje ją Idrys Shah, wspomniany już Maugham, John O’Hara, Victor Frankl, a nawet Terry Pratchett. Zmieniają się miasta, bohaterowie i szczegóły, sens pozostaje.

pogoda dla przegranych

wtorek, 3 listopada 2015

Mżawi tu regularnie. Co tam Londyn, co tam Seattle! To właśnie Lublana powinna otrzymać tytuł miasta, w którym zawsze pada. Dlaczego nikt nic mi o tym nie powiedział? Jednego takiego mżawiącego dnia wchodzę do biura z mokrymi włosami (wypadłam bez parasola), przemoczonymi nogami (wysłużone kozaki mają swoje lata i przepuszczają wodę dość przewidywalnie, zwłaszcza gdy właścicielka prze na oślep przez kałuże) i ogólnie z podkulonym ogonem. W nastroju pod tytułem: „Nie odzywaj się do mnie, aż nie wyschnę”. Mokry prochowiec rzucam na sofę i patrzę za okno. Szary półmrok, szara gorycz, szary letarg sączy się z tej aury prosto w rozespany jeszcze krwioobieg. A tu dopiero dziewiąta rano, krótko po dziewiątej, bo trochę się przez ten deszcz spoźniłam. Dramat! Jęczę w duchu i chyba też, mimowolnie, trochę na głos, bo od biurka obok obraca się do mnie José, znajomy Argentyńczyk, z którym porozumiewam się firmową mieszanką portugalskiego i hiszpańskiego. Obraca się, ale z taką energią i z taką miną, że jakbym patrzyła w lustro. Patrzymy na siebie w milczeniu, oboje nastroszeni, zziębnięci i przemoczeni, oboje pełni głębokiej urazy do życia i do tej paskudnej słoweńskiej mżawki, i cóż: po kilku sekundach wybuchamy spontanicznym, współczującym śmiechem przegranych. Jak pech, to pech! W rozpaczy tylko śmiech pozostaje.

Niby ładnie, ale jak widać słońce wyraźnie zapomniało wstać. Tu tak zwany poranek

świat pełen espresso

niedziela, 1 listopada 2015

Ze Szwajcarii przyjechał brat, przywiózł urządzenie, które powinno stanowić niezbędny element wyposażenia każdej domowej apteczki: plastikowy lejek do robienia kawy przelewowej. Być może trudno w to uwierzyć, ale pierwszy miesiąc pobytu w Lublanie okazuje się miesiącem intensywnego kawowego głodu. Symptomy tłumione trochę licznymi stresami związanymi z obecnym projektem, ale w krótkich chwilach międzystresowego relaksu uderzają ze zdwojoną siłą. „Kave z mlekom” można dostać, owszem, i to w każdej praktycznie instytucji gastronomicznej, w rozsądnej cenie (plus minus) jednego euro; można dostać też americano i nieco lepszą dla mnie longo, ale kawy przelewowej, aka „filtrowej”, próżno szukać. Wszyscy piją malutkie espresso lub jakiś jego podejrzany wariant. Kto lubi, tego zysk. Kto nie lubi, ma odwyk. Jak ja. Espresso nie podnieca mnie zupełnie, w żadnej swojej odmianie. Wodniste, cienkie, mało aromatyczne, zwykle - ze względu na swój rozmiar - w okolicach trzeciego łyka już zimnawe; jakieś takie, brzydko powiem, niedopieprzone. O kawie niby przebąkuje, niby ją w tyle języka nadmienia, ale na dwuznacznym peep show się kończy: człowiek pozostaje niezaspokojony i z tym większą chcicą. Można oczywiście espresso i dwoić, i troić - smak zyskuje na ostrości, ale nie na głębi. Uderza w bebechy i już go nie ma, żałość nadal nieutulona.

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo