miasto umarłych,
miasto świętych

niedziela, 28 czerwca 2015

Śmierć w Nowym Orleanie to wyjątkowo kosztowna impreza. Tak kosztowna, że nasza pani przewodnik z całą powagą oświadcza nam, że od kilku lat stara się o miejsce w grobowcu, w którym spoczywają już szczątki kilkunastu obcych jej ludzi. Na nagrobku długa kolumna imion, a nazwisko jednej osoby jest takie same, jak jej. Być może to tylko przypadkowa zbieżność, bo Kari nie ma pojęcia, kim jest zmarła. Ale całkiem możliwe, że parafia opiekująca się cmentarzem uzna tożsame nazwisko za dowód pokrewieństwa i pozwoli Kari skorzystać z grobowca. To znacznie ograniczyłoby koszty pochówku. Niektóre osoby potrafią za rodzinny grobowiec zapłacić aż 200-250 tys. dolarów. Przy okazji zakupu, warto też szarpnąć się na opcję wiecznej opieki: parafia będzie dbać o grób przez teoretyczne wieki. Znacznie zwiększa to cenę grobowca, ale należy to traktować jako pewną inwestycję. Z zakupu może później korzystać cała rodzina, przez dobrych kilka pokoleń. Warto więc o tym pomyśleć.

kufer audiowspomnień

środa, 24 czerwca 2015

Kiedy z blokowiska na Grunwaldzie przeprowadziliśmy się za miasto, przez pierwsze miesiące trudno mi było zasnąć. Było tak cicho! Cisza wypełniała szczelnie wszystkie kąty jak miękki zamszowy izolator. Na jej tle odzywało się od czasu do czasu stłumione szczekanie okolicznych psów. Nad ranem piał kogut, bo jeszcze wtedy przy pętli autobusowej było takie quasi-gospodarstwo. W wietrzne dni w pokoju odzywały się przeciągłe tąpnięcia: to wiatr zasysał niedokończone listwy przypodłogowe.

fotografia,
moja antypatia

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Prawnik, który kilka lat temu zajął się naszą sprawą, załamał na tę informację ręce. „Żadnych zdjęć?” - powtarzał. - „Żadnych, naprawdę żadnych zdjęć?”. Wtedy mieliśmy chyba jedno wspólne, zrobione komórką przez znajomego. Musieliśmy go namierzyć z drugiego końca świata i prosić o wysłanie fotki w eter. Prawnik pokręcił nad nami głową, pocmokał z dezaprobatą i wreszcie zwrócił się do mnie z tą uprzejmą impertynencją, typową dla zawodów skazanych na pracę w warunkach wysoko nacechowanych emocjonalnie: „A może jest pani w ciąży? Bo to by mi bardzo ułatwiło zadanie”.

Jim Bowie
i srebro w San Saba

środa, 17 czerwca 2015

Aby oszczędzić na prochu i nie nadużywać zbytnio swojej rusznicy, Jim Bowie przywykł chwytać swoją zdobycz na lasso, a potem dobijać ją nożem, z bliska i intymnie. Oczywiście nie wiedział, że z czasem jego nazwisko stanie się znane na cały świat jako nazwa długiego noża z solidnym trzonkiem i wymodelowanym ostrzem. W swojej długości i poręczności nóż Bowie jest być może wcieleniem szkockiego sztyletu, bo właśnie z tamtych stron pochodziła rodzina Jima. Ale na dobrą sprawę jego początki i ewolucja są niepewne - tak jak niepewne są fakty z życia człowieka, od którego nóż bierze swoje imię. Bowie zostawił po sobie niewiele dokumentów i zginął stosunkowo wcześnie, na dodatek w okolicznościach, które niemal momentalnie stały się kanwą wielkiej teksaskiej legendy - jakby mało było opowiastek krążących na temat jego życia!

Komiks autorstwa Joe Simona i Jacka Kirby'ego: twórców m.in. Kapitana Ameryki. Źródło

chwila we Fleur-de-lis

piątek, 12 czerwca 2015

W świetle dnia Nowy Orlean nie jest już tak fotogeniczny, jak wieczorem; wychodzi na jaw popękany asfalt, szczerbaty chodnik, wypaczone drewno drzwi i okien, farba łuszcząca się na framugach, fasady nadgryzione zębem czasu. Za dnia szczególnie kłują w oczy samochody, parkujące równolegle na wąziutkich uliczkach Francuskiej Dzielnicy: zdecydowanie stwierdzam, że mogłaby zostać zamknięta dla ruchu, bo trudno zrobić ładne zdjęcie staremu budynkowi, gdy stoi przed nim nowoczesny automobil. Knajpka, której szukam, nazywa się, dość banalnie, Fleur-de-lis: kwiat lilii. Motyw wszechobecny w Nowym Orleanie, dostał się nawet na flagę miasta: trzy złote kwiaty lilii na szerokim białym tle, z wąskim niebieskim paskiem na dole i wąskim czerwonym paskiem na górze. Flaga powiewa z wielu budynków, zwykle w towarzystwie trzech innych: amerykańskiej, francuskiej i stanowej, luizjańskiej: na niebieskim tle biały pelikan, chrześcijański symbol Zbawiciela i pobożności.


wraca się coraz lepiej

środa, 10 czerwca 2015

Jak na osobę, która przynajmniej raz w miesiącu leci gdzieś albo jedzie, to wcale nie lubię podróżować. To taki mój mały sekret, który ukrywam przed światem zewnętrznym. Czasem zdarza mi się, że ktoś pyta mnie o radę, jak się spakować, co zabrać, czego oczekiwać. Padają słowa: „Bo dla ciebie to już pewnie taka rutyna”. Trochę oczywiście prawda, ale jednak wcale nieprawda. Ja lubię w konkretnym miejscu być i żyć, na dłużej. Miesiąc przynajmniej, a najlepiej to ponad. Dwa dni spędzone w centrum konferencyjnym i hotelu to w moich oczach bardzo oszukana podróż. Lubię wracać do nowo poznanych miejsc, za każdym razem tę znajomość pogłębiać. Tworzenie „listy życzeń” z miejscami i miastami do sukcesywnego odhaczania nie ma dla mnie większego sensu: nie ta osobowość. Być może nie pociągają mnie przygody na jedną noc. Jestem raczej typ mocno relacyjny: czujny słuchacz i cierpliwy obserwator.
Taka pluskwa, którą przykleja się pod biureczko na dłużej, żeby jej żaden ważny szczegół nie umknął.

mieć i czekać

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Większość swojego krótkiego życia, ojciec Grega pracował dla rafinerii Exxonu nad Zatoką Meksykańską; wspinał się po tych nadwodnych rusztowaniach, które nocą wyglądają jak lipna panorama Nowego Jorku i odbijają się tysiącem świateł w gęstej od zanieczyszczeń tafli zatoki. Wspinał się, wspinał, aż powinęła mu się noga i spadł z dużej wysokości. Do końca życia Greg dostaje teraz od Exxonu rentę za zmarłego ojca. Całkiem sporą rentę. W sumie to nie musi pracować, co bardzo dobrze się składa, bo w wieku nastoletnim zaczął eksperymentować z narkotykami i teraz oprócz comiesięcznej wypłaty ma także schizofrenię. Mieszka razem z matką, ojczymem i przyrodnią siostrą w małej dwupokojowej przybudówce. Ostatnio odwiedziła ich policja, bo Greg zupełnie stracił głowę i zaczął grozić nożem sobie i małej Hester. Jednak do czasu, gdy pojawili się funkcjonariusze, Greg zupełnie się uspokoił. Nóż schował w sobie tylko znane miejsce. Nic nie można było zrobić. Policjanci zatrzymali go na dobę, a potem wypuścili bez stawiania żadnych zarzutów - ku wielkiemu rozczarowaniu jego ojczyma, Jethro.

R jak Rewolucja

czwartek, 4 czerwca 2015

Kiedy kilka lat temu Mike dowiedział się, że obchody amerykańskiego Dnia Niepodległości będą sponsorowane przez koncern British Petroleum, nie posiadał się ze szczęścia. „Czy ty rozumiesz tę ironię?” - pytał mnie raz za razem. - „To tak, jakby Deutsche Bank sponsorował obchody zakończenia II wojny światowej”. I chichotał w kułak, jakby chodziło o animozje jak najbardziej aktualne, a nie sprzed trzystu lat. Coś mu tam chciałam powiedzieć, ale poczułam się ostatecznie rozbrojona. Jest coś w tym, że narody, które swoją niepodległość wywalczyły na drodze pospolitego ruszenia, są z tego powodu niesamowicie dumne. Francuzi do teraz chyba czują się z powodu swojej rewolucji narodem wybranym, mimo wielu niechlubnych kart tamtego okresu. Teksańczycy natomiast mogą być dumni podwójnie: jako Amerykanie mogą się, oczywiście, poszczycić Rewolucją Amerykańską, ale mają także swoją własną: Rewolucję Teksaską.

Claudio Aguillón, Gallos, 2001. Kogucie zatargi i inne cyklony na granicy Meksyku i Stanów Zjednoczonych. Miło by tu powiedzieć, że to tylko taki zgryźliwy historyczny komentarz, ale niestety tendencje są do teraz jak najbardziej aktualne. W: Arte Tejano, s. 27

Longmire prosto w ton

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Seriale oglądam tylko w Stanach, w Europie w ogóle. Przestaję z dnia na dzień, a później z dnia na dzień zaczynam od nowa. Być może to ta cisza ścieląca się gęsto po kątach mieszkania. Na jej tle irytuje mnie głośny klimatyzator i akustyka nędznego amerykańskiego budownictwa. Ściany z dykty wibrują jak niskie akordy modulowane na strunach gitary. Buczą drzwiczki do łazienkowych szafek. Rezonuje przestrzeń małej garderoby. Drzwi do niej muszą być otwarte pod określonym kątem, w przeciwnym razie dźwięk potężnieje i kołuje tak, że nie sposób spać.

A muzyka nie wszystkie te problemy rozwiązuje. Ciszę zakłóci skutecznie tylko dobra fabuła: otumani wyostrzone nocą zmysły i zmartwienia.

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo