woda idzie

czwartek, 28 maja 2015

Parkujemy przed oszklonymi drzwiami gabinetu podiatrycznego; na drzwiach długa lista specjalistów, nazwiska sugerują rejon Indii: może Nepal, może Pakistan? W rejonie NASA sporo jest takich klimatów. Gdy pojedzie się trochę dalej, to na autostradzie nr 3 trafi się na trzy wielkie indyjskie spożywczaki, niemal jeden za drugim. Można kupić ryż w ogromnych dziesięciokilogramowych pakach, mięso halal, korzenie hurtem, kadzidło w setkach duszących zapachów, wodę różaną i pomarańczową, hennę, amlę, suplementy ajurwedyjskie, Brooke Bonda, ziołowe oleje do włosów... dopiero zielonkawe banknoty przypominają współrzędne geograficzne. Gabinet, przed którym parkujemy, jest ciemny, w głębi pełni nocną straż posępna jarzeniówka. Wchodzimy pod arkady w stronę restauracji. „Pachnie Polską” - szepce Mężczyzna. I faktycznie, od kuchni pachnie ciepłym oleistym biryani, tak jak w naszej ulubionej indyjskiej knajpie w Warszawie na Jana Pawła. I te arkady niemal takie same. Chodziliśmy tam wiernie, aż knajpę zamknięto z powodu awarii wodociągu i już nigdy jej nie otwarto. Dawno już, a i tak czuję przykrość. Na tym odcinku zawsze trudno było utrzymać biznes. Poza sexshopami i striptizerniami mało co urzęduje tam konsekwentnie. Chyba tylko Kebab King.

o mężczyznach i motylach

wtorek, 26 maja 2015

Z okazji setnego posta mam coś, co dawno już chodziło mi po głowie: początek serii „Indiańskie bajanie”, z mitami i legendami rdzennych Amerykanów.

Dzisiejsze opowiadanie pochodzi z plemienia Maidu, zamieszkującego pierwotnie rejony północnej Kalifornii.

Pewnego dnia, kobieta z plemienia Tolowa wyszła z dzieckiem szukać pożywienia. Słońce wspięło się już wysoko i w południowym upale dziecko wydawało jej się coraz cięższe; postawiła więc nosidełko na ziemi i wbiła jego drzewce w ziemię, żeby trochę sobie ulżyć. Pomyślała: „Przeszukam okolicę, nie odejdę daleko”. Ale wtem zauważyła, jak na niskim krzewie przysiada piękny motyl. Na mgnienie oka rozwarł skrzydła i błysnął kolorami. Zamierzyła się, by go chwycić, ale chybiła: motyl umknął. Dostrzegła go między drzewami. Trzepotał się jak rozdygotane serce. Nie myśląc, rzuciła się za nim w pogoń. Po drodze zrzuciła swoją pelerynę; sztywna skóra krępowała jej ruchy. Już-już miała go w rękach, ale on za każdym razem odfruwał coraz dalej. Pomyślała: „Dosięgłabym go, gdyby nie ta ciężka spódniczka”. Zdjęła ją więc i goniła za motylem, dopóki cienie nie zaczęły się wydłużać, a światło słońca nie zamieniło się w miód. Kobietę ogarnęła ogromna senność. Położyla się pod drzewem i natychmiast zasnęła. O dziecku zupełnie zapomniała. 


wspomnienie
o śladach na piasku

piątek, 22 maja 2015

Przedwczoraj portal informacyjny Globo wita mnie wieścią, że w odległym zakątku brazylijskiego stanu Minas Gerais odnaleziono ciało lokalnego dziennikarza. Evany José Metzker miał skrępowane ręce, a jego głowę znaleziono jakieś sto metrów od ciała. Nie zabrano portfela, dowodu osobistego ani kosztowności. Kilka źródeł podaje, że ciało wykazywało ślady tortur. Kilka innych, że poza dekapitacją nie było żadnych ran.

Wchodzę na bloga Metzkera i po raz kolejny uderza mnie, jak daleko, mimo całego entuzjastycznego gadania o globalnej wiosce, leży Zachód od krajów rozwijających się. Strona krzykliwa i naćkana, w pierwszej chwili trudno mi się w niej połapać, bo jestem w trybie zachodnim i oczekuję porządku i przejrzystości pojmowanego na sposób zachodni.

srebro w Los Chisos

środa, 20 maja 2015

Prawo zwlekało z przyjściem na najdalej wysunięte fronteras Nowej Hiszpanii; zanim w 1729 r. generał Pedro de Rivera y Vilallón dokonał gruntownej inspekcji nowohiszpańskich presidios (twierdz granicznych) i zaczął egzekwować zakaz niewolenia Indian, zdążono podjąć wiele arbitralnych, uwarunkowanych potrzebami chwili decyzji, a i później nie zawsze się tej oficjalnej wersji prawa trzymano. Weźmy na przykład takie Presidio de San Vicente, położone na południowym brzegu Rio Grande, około trzydzieści kilometrów od Emory Peak w górach Los Chisos. Presidio założono pierwotnie jako przyczółek walk z wędrownymi plemionami Komanczów i Apaczów; jak w każdej twierdzy tego typu, stacjonował tam oddział żołnierzy, garstka przyjaznych, nawróconych na chrześcijaństwo Indian i oczywiście kilku księży, a w samym środku tej niedużej, kwadratowej najczęściej osady stał imponujący kościół.

Kaplica Presidio La Bahia w obecnym Goliad, w Teksasie. Zdjęcie z 1936 r. Źródło

B jak bumper stickers

poniedziałek, 18 maja 2015

Dziś post króciutki, ale treściwy (gdyby tak można było zawsze w polityce!). Z okazji zawirowań okołowyborczych, w polskich mediach zrobiło się bardzo zjadliwie, bardzo zgryźliwie i bardzo konfrontacyjnie, a więc atmosfera idealna, by pomówić o amerykańskich naklejek na zderzaki. Według Amerykanów, tylny zderzak to świetne miejsce do podzielenia się ze światem swoimi przekonaniami - politycznymi, religijnymi i społecznymi, najlepiej w sposób jak najbardziej ironiczny i zaczepny. Swoją drogą, ciekawe, czym chcieliby się podzielić ze światem Polacy, gdyby zwyczaj zaklajstrowywanego zderzaka przyjął się w Polsce? Czy w ogóle takie niczym nie skrępowane wyrażanie własnych opinii miałoby szansę u nas przetrwać? (Downloading... Please wait...).

Panie i Panowie, teksaski krajobraz poglądowy przez pryzmat najciekawszych naklejek na zderzaki. Niektóre pamiętałam z realu, inne zasłyszałam od znajomych, jeszcze inne znalazłam w internecie. Miłego przymrużania oka :)

P jak pickup

środa, 13 maja 2015

moim pickupie pisałam na blogu jakoś na samym jego początku, bo chyba musiałam się wygadać; od tamtego czasu niewiele się zmieniło, nadal siedzi się wysoko i parkuje wszawo, ale poza tym bardzo tego potwora lubię. Jest zaskakująco zwrotny i wbrew pozorom całkiem oszczędny; części (dla Dodge’a) są tanie, a konstrukcja mało skomplikowana, więc przyjazna wszelkim naprawom. Tyle z wynurzeń osobistych. Już przy pisaniu tamtej notki wiedziałam jednak, że do tematu powrócę, bo trudno o coś bardziej amerykańskiego, a zarazem bardziej teksaskiego niż pickup! Spokojnie można założyć, że jeśli na ulicach widać więcej pickupów niż osobówek, a przed budynkami powiewa więcej flag z dumną samotną gwiazdą niż z pozostałymi pięćdziesięcioma, to niechybny znak, że właśnie wwiało was do Teksasu. ¡Bienvenidos y’all!

Takie znalezisko, na parkingu w Houston. Właściciel autentycznie jeździ nim codziennie do pracy, więc to nie żaden muzealny eksponat, żeby nie było

medytacja o sieci

wtorek, 12 maja 2015

Rzecz zadziała się w małej wiosce, której nazwę zna tylko powieściopisarz: być może David Davidar, być może Arundhati Roy. Nie mam niestety ze sobą mojego księgozbioru, żeby rzecz zweryfikować. Wioski nie widać jej na mapie, wpadła gdzieś w jakieś zagniecenie obszernego Półwyspu Indyjskiego, a poza tym i tak była tak maleńka i trudno dostępna, że zawieruchy zewnętrznego świata przewalały się obok niej, ledwo na nią wpływając. Życie w wiosce od dziesięcioleci toczyło się swoim własnym, niespiesznym rytmem; mieszkańcy utrzymywali się z płodów ziemi i lasu, przestrzegali starożytnych tradycji i szanowali strefy tabu. Aż nadeszły późne lata 90. Jeden z synów tego zapomnianego przez wszystkich kawałka ziemi, powrócił do domu z wielkiego miasta i aby zrobić przyjemność matce-staruszce, zainstalował jej w domu telewizor i podłączył kablówkę. I tak oto nagle, bez uprzedzenia, do maleńkiej wioski wdarł się świat. Spikerzy z kamienną twarzą opisujący niezrozumiałe wydarzenia w niezrozumiale skonstruowanych miastach, nieodgadnione mapy z nieodgadnioną legendą; produkty, bez których nie sposób osiągnąć szczęścia, rozebrane kobiety tańczące bez wstydu do agresywnej muzyki, historie pełne obcych namiętności, ludzie bełkoczący obcymi językami; niewytłumaczalne sploty ciał; jasnoczerwona farba tryskająca ze zmaltretowanych manekinów.
Cały świat, bez retuszu, zaćmienia, prezerwatywy ani litości.

zaginiona kopalnia Mescalerów

czwartek, 7 maja 2015

Drodzy Czytelnicy! Jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka „Texas Tales of Lost Mines and Buried Treasures” (Teksaskie opowieści o zagubionych kopalniach i pogrzebanych skarbach). Napisana przez zawodowego poszukiwacza skarbów, Carlosa Savoya, ma raczej mało wspólnego z literackością. Widać jednak po niej, że autor dość gruntownie zbadał krążące po Teksasie opowieści i legendy. Podaje wiele drobiazgowych szczegółów i łączy ze sobą różne wersje w jedną spójną całość. Według niego, to właśnie w Teksasie znajduje się najwięcej autentycznych, a nieodkrytych jeszcze bogactw. Tylko szukać i brać!

Mimo dość przewidywalnego stylu, książkę połknęłam i z ogromną (!!!) przyjemnością stwierdziłam, że niektóre opowieści Savoya są łudząco podobne do fabuł Karola Maya, którym zaczytywałam się jako dziecko. Niebezpieczne kaniony, ciągnące się kilometrami pustkowia (w tym znane z „Old Surehanda” Llano Estacado), Komancze żywcem skalpujący swoich wrogów, zaginione wśród skał złoto Apaczów Mescalero, doświadczeni traperzy i gotowi na wszystko bandyci. Jest nawet więcej: azteckie złoto, bogactwa Meksyku, karaibscy piraci i różni bohaterzy ludowi. Niektóre historie aż proszą się o ponowne opowiedzenie, tym razem z innej perspektywy; nie tak zafiksowanej na skarbach per se, ale na ludzkich snach - wcale nie wyłącznie amerykańskich; przeciwnie: bardzo przystępnych i bliskich. I cóż - nie oparłam się temu wołaniu. Uległam!

Zapraszam zatem na jedną z teksaskich historii o skarbach, a kto chce, niech przyjeżdża do mnie z kilofem, a nuż szczęście się do niego uśmiechnie. Jak to mówi mój znajomy-tejano... „od stu drzwi odeślą cię z kwitkiem, otworzą ci sto pierwsze”.


T jak Tejanos II:
Anglo contra Tejano

poniedziałek, 4 maja 2015

Wszystkiego najlepszego z okazji Cinco de Mayo, czyli meksykańskiej majówki! Jest to święto o tyle ciekawe, że o wiele chętniej obchodzone za granicą niż w rodzimym Meksyku. Cinco de Mayo upamiętnia bitwę pod Pueblą z 1862 r., kiedy to mizerne siły meksykańskie przeciwstawiły się doborowemu wojsku francuskiego najeźdźcy - i wygrały! Dwa tysiące Meksykanów pokonało sześciotysięczną armię, która na dodatek od pięćdziesięciu lat nie znalazła sobie równej na kontynencie europejskim. Jest moc, jak to mówi dzisiejsza młodzież!

Niestety, okazało się, że Meksykanie wykorzystują swoje zwycięstwa równie dobrze jak Polacy: bitwa pod Pueblą nie zapobiegła okupacji francuskiej, która trwała w Meksyku dwa lata. Z Francuzami ostatecznie rozprawił się Benito Juárez. Cinco de Mayo natomiast, jako święto, zostało odkryte na gruncie amerykańskim przez ruch Chicano, aktywny w Stanach Zjednoczonych w latach 60. Zjawisko jest oczywiście o tyle zabawne, że jest to chyba jedyne święto obchodzone w Stanach, które nie ma nic wspólnego z amerykańską historią. Mimo tego drobnego szczegółu, obchodzone jest dosyć hucznie, zwłaszcza w rejonach, które historycznie mają z Meksykiem wiele wspólnego, czyli między innymi właśnie w Teksasie.
Daniel Maldonado, Mi Tierra, 2001. W: Arte Tejana, s. 30. Bezcenna jest ironia tego przekazu: wydaje mi się, że wielu Angloamerykanów do teraz tak właśnie postrzega kulturę latynoską w ogóle. Zwróćcie uwagę na seksowną Latinę w tle

barrio de mayo

niedziela, 3 maja 2015

W sobotę rano na moje osiedle zajeżdża jakiś kamikadze i zaczyna puszczać tejano: typowo teksaski, rześki miks poleczki i akordeonu z hiszpańskimi słowami. Muzyka jest głośna, tak głośna, że trochę boję się o jego życie. Jakby nie było, spluwę może mieć tu teoretycznie każdy, a głośna muzyka w weekendowy poranek to nie bagatelka, zwłaszcza jeśli normalnie wstaje się do pracy przed szóstą. Z drugiej strony, na osiedlu, które z szerokimi ramionami przyjmuje osoby z fatalną zdolnością kredytową, większość mieszkańców jest być może dostatecznie udupiona i woli się losowi nie narażać. W pozwy, sądy, kryminały to mogą sobie pykać ludzie plus minus ustawieni. Kto ma, ten chce jeszcze więcej; kto nie ma, ten woli chronić tę żałość, co myśli, że ma.

Sobota nie jest dla mnie wolnym dniem. Ale w weekendy dzieje się na moim osiedlu sporo dobrej karmy, zwłaszcza teraz, w te ulotne, magiczne dwa-trzy miesiące między deszczową zimą a czterdziestostopniowymi upałami. Ptaki ćwierkają, trawa jest zielona i jeszcze nie spalona słońcem na rdzawy, wymęczony kolor, dzieci hasają na dworze. Czasem trafi się jakaś impreza, ale raczej z gatunku tych rozgadanych, ze śmiechami, krzykami, żartami i rozmowami o życiu i śmierci. Poza tym, jak mawiała moja znajoma, sobota międzynarodowym dniem sprzątania. Z tego powodu ani w sobotę, ani tym bardziej w niedzielę nie warto się nawet zapuszczać do osiedlowej pralni. Wszystkie sześć maytagów buczy zadziornie, a suszarki łomoczą. Raz załapałam się na pralkę, ale nie na suszarkę, więc oczywiście całe mieszkanie - klamki, krawędzie drzwi i szaf, wolne wieszaki, wystające gzymsy - słowem, wszystko zostało starannie obwieszone mokrą bielizną, T-shirtami i wielkimi płachtami pościeli, bo metalowej suszarki nie posiadam już od dawna. Od czasu tego incydentu pranie robię w dni tygodnia, gdy cała reszta świata jest w pracy. Freelancing ma swoje niezaprzeczalnie dobre strony.

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo