zmiana, kilka kroków wstecz

czwartek, 30 kwietnia 2015

„Nie, synu, to nie rozmowa o tym, skąd się biorą dzieci. Chodzi nam tylko o to, żebyś wrócił do domu żywy. Jesteś jeszcze dzieckiem, ale wielu ludzi może cię wziąć za dorosłego. Za dorosłego, który może być niebezpieczny i na pewno jest winny, nawet jeśli w rzeczywistości nie zrobił nic złego. Tak więc jeśli policjant cię zatrzyma, z jakiegokolwiek powodu, zrób to, co mówi. Jeśli nie rozumiesz dobrze, o co mu chodzi, nie podchodź bliżej, żeby się upewnić. Nie wyciągaj komórki, żeby do nas zadzwonić. Nawet jeśli będzie na ciebie krzyczał, jeśli wyciągnie pistolet, jeśli to cię przestraszy: pamiętaj, nie uciekaj. Po prostu podnieś ręce do góry... Chcemy, żebyś wrócił do domu żywy”

- „The Talk”, mem Derricka Janxa umieszczony na Twitterze
po śmierci kolejnego czarnego aresztowanego w Baltimore

T jak Tejanos

wtorek, 28 kwietnia 2015

Określenie Tejano, Tejana pojawiło się na blogu kilkakrotnie jako pewien skrót myślowy z mojej strony, ale nigdy go do końca nie wyjaśniłam. Wypadałoby jednak napisać trochę więcej, bo chodzi o ważną kartę historii Teksasu - tak ważną, że bez niej trudno dalej ciągnąć uiszczanie Teksaskiego Paszportu. Później ma być A jak Alamo, ma być M jak Meksyk, ma być R jak republika i jak ranczo, z którym kojarzy się przecież Teksas - ale zanim przy ognisku usiadł cowboy z menażką kawy w dłoniach, był meksykański vaquero i jego historia, i jego kultura, która w tym zakątku świata - w Teksasie - splotła się nierozerwalnie z historią Stanów Zjednoczonych. Zatem najpierw T jak Tejanos - kilka najważniejszych maźnięć w tle, zanim z czasem przejdziemy - mam nadzieję - do zawiłych konkretów. Lubię układać takie mozaiki.
David Moreno, Mona Maya, 2000. W: Arte Tejano

rzecz o pierworództwie

czwartek, 23 kwietnia 2015

...od dłuższego czasu kładę się spać późno. Sny są intensywne i złowrogie: wielki biały ekran, rzędy przypisów tasowanych w nieskończoność, według tajemnego klucza. Co chwila budzi mnie irytacja, że mój sen nie spełnia wymagań wypoczynku głębokiego i ośmiogodzinnego. Potem, na dwie godziny przed pobudką, zasypiam naprawdę. Wówczas śni mi się coś realnego, z wciągającą fabułą. Nie chce mi się wstawać.

Niedawno, dokładnie w punkcie G mojego snu, przez dwie godziny śni mi się, że jem ziemniaki. Ziemniaki są w szorstkich mundurkach: sen jest bardzo wierny sensorycznie. Buchają ciepłem i parą. Trzymam je na odległość widelca i obieram nożykiem. Opuszki mam przyjemnie poparzone. Obok mnie leży kostka twardego masła (polska kostka, nie amerykański sztyk) i otwarta solniczka. Nie taka z dziurkami, tylko w formie małego cebrzyka, wypełniona kryształkami. Zanurzam w niej palec, wilgotny od pary, i próbuję posypać obrany ziemniak. Sól zostaje mi między palcami, czule drapiąc. Kawałek masła, który dałam na czubek, rozpływa się momentalnie i zjeżdża mi w dół na dłoń.

Nie chce mi się wstawać.

biel:
świadomość

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Cykl rozważań o bieli zainspirowany został The Whiteness Project. Reżyser projektu, Whitney Dow, w jednym z wywiadów oświadczył: „Rasa to cecha definiująca...”. Nie, przepraszam, użył rodzajnika określonego: „Rasa to jedyna, podstawowa cecha definiująca”.

Odcinek pierwszy: Czy czuje pani przynależność do rasy białej? Jak odczuwa pani swoją biel?

Wzrastałam w Europie Środkowo-Wschodniej, na początku lat 90. W kraju, w którym przedstawiciele ras innych niż kaukaska nadal stanowią znikomy procent mieszkańców, trudno mówić o świadomości rasowej w sensie przynależności czy znacznika. Świadomość rasowa kształtuje się raczej negatywnie: dość szybko wiedziałam, że nie jestem ani czarnoskóra, ani czerwonoskóra, ani nawet ciemnoskóra. Chodziłam do podstawówki w epoce supermodelek: koleżanki zachwycały się Naomi Campbell. Ja się nie zachwycałam, bo Mama nigdy nie kupowała telewizyjnych gazetek; natomiast razem z siostrą uwielbiałyśmy bawić się w Indian. Z blokowiskowego podwórka przynosiłyśmy gołębie pióra i wtykałyśmy sobie w opaski; w lesie skakałyśmy po bezdrożach, czatowałyśmy na wrogie plemiona, uprawiałyśmy zapasy i wydawałyśmy dzikie okrzyki. Ach, ci Indianie to mieli życie! Później przyszła fascynacja Romami. Chciałam jak Esmeralda tańczyć z bębenkiem na ulicach Paryża. Rzeczywistość była jednak nieubłagana: w lustrze normalność i absencja koloru (choć jeszcze nie biel. Biel była dużo później. Kto wie, być może nigdy jej do końca nie przyjęłam).


nigdy nie pada, zawsze leje

piątek, 17 kwietnia 2015

Już czwarty dzień w tym tygodniu Pete’a wylało z roboty. „Wylało” w sensie przez deszcz - w czasie ulewy i grzmotów nie sposób pracować na budowie. Kilkunastu robotników meldowało się co dzień na rozgrzebanej działce, bladym świtem, spoglądało w niebo i przestępywało z nogi na nogę. Będzie czy nie? Ci wierzący ściskali medaliki, a ci, którzy zwykle lubili myśleć, że są ponad takie zabobony, na trzeci dzień skłonni byli już do wszelkich paktów z bogami, duchami i diabłami. (Przy znaku „Baytown City Limits”, tradycyjnie, na rozdrożach, pod wielkim wiaduktem, przykucnął spalony teksaskim słońcem Belzebub, ogon zwinął w węzełek i schował pod wyświechtanymi portkami. Kopyto wetknął w kowbojkę, zasłonił się transparentem, „Materace za $99” albo coś. Tylko czekać, aż zjawią się klienci, desperaci z czarnymi duszami w stwardniałych dłoniach).

Henry i psiarnia USA

czwartek, 16 kwietnia 2015

„To było w Cloverleaf, takiej dziurze niedaleko nas. Uwierz mi, kiedy ja jeździłem tam z listami, to naprawdę było dziwne miejsce, pełne pomyleńców, śmieciarzy, zainfekowanych dziwek z wrzodami na ramionach i typków spod najciemniejszej gwiazdy. Podobno to dlatego, że kiedyś w tej okolicy bracia żenili się z siostrami. Ja tam nie wierzę w te gadki, ale to by sporo wyjaśniało. Pamiętam jedną kobietę, która po prostu mieszkała w chaszczach na czyimś zarośniętym poletku. W okolicznych sklepach nakradła wózków do zakupów i zrobiła sobie z nich chatynkę. Metalową kratkę poprzetykała gałęziami, kółeczka wkopała w ziemię. W sumie całkiem pomysłowe to było, a ile pracy! W roli dachu rozciągnęła płachtę brezentu. Mówię ci, takich rzeczy się nie zmyśla. Na skraju poletka stała, jakby nie było, całkiem przyzwoita skrzynka na listy. Co miesiąc przychodził do starej czek z emeryturą - i to wszystko. Na poczcie mówili mi: „Nie doręczaj, bo ona nie ma tam meldunku”. Ale co miałem zrobić? Ta emerytura to wszystko, co miała. Gdy tylko wkładałem list do skrzynki, babinka już wychodziła ze swojego domku. Zawsze w tej samej sukience, prawdopodobnie niemytej od wieków. Psim swędem wiedziała, że przyjechały jej pieniądze. Doręczałem listy na zmianę z jeszcze jednym gościem i oboje baliśmy się jednego: że któregoś pięknego dnia ta sukienka zaskrzypi i spadnie z niej w kawałkach, oczywiście na naszych niewinnych oczach.


P jak przestrzeń

niedziela, 12 kwietnia 2015

Jednym z moich ulubionych filmów o amerykańskim Dzikim Zachodzie jest epickie (prawie trzygodzinne) dzieło z Gregorym Peckiem, Charltonem Hestonem i Jean Simmons w rolach głównych: western „The Big Country” (Wielki kraj) z 1958 roku. (Gregorym Peckiem zaraził mnie Tata. Do teraz opowiada, jak w starym, komunistycznym telewizorze, w starym, komunistycznym M-1 („M” jest tu ewidentnym naciągnięciem znaczenia) oglądał ze swoim ojcem okrojoną wersję filmu „Działa Nawarony”. Akcja tak ich przejęła, że finał oglądali na stojąco, przestępując z nogi na nogę: nie mogli wytrzymać napięcia).

Źródło
Tytuł filmu wziął się od zwrotu, który bohater, James McKay, słyszy na Zachodzie wiele razy. Jako outsider nie jest oczywiście zaznajomiony z realiami miejsca, do którego przyjechał. Dziwi go wiele rzeczy, a tubylcy odpowiadają mu, jakby to było wytłumaczenie uniwersalne: „Cóż, to wielki kraj”.

Vegas html

środa, 8 kwietnia 2015

Miałam pisać o Wielkim Kanionie, ale Las Vegas bez pardonu wcięło się w kolejkę. Typowe. Celem było spędzić wielkanocną niedzielę na południowym skraju Kanionu, może nawet załapać się na wschód słońca. Niestety, ceny lotów do Phoenix albo Flagstaff w Arizonie, skąd łatwo jest dojechać do punktów widokowych, były przez weekend mocno wywindowane. Zostało więc Las Vegas, z którego bardzo prosto jest wskoczyć w malutki samolot i przefrunąć do Arizony. Bilety lotnicze do światowej stolicy rozrywki są przeważnie bardzo tanie. Tak na zachętę, bo założenie jest takie, że i tak zostawi się w tym mieście masę pieniędzy.

I tak wylądowałam w Vegas, baby! Nieporadnik do potęgi entej, bo po świecie amerykańskiej rozrywki poruszam się zupełnie po omacku, tak zresztą jak po scenie polskiej (nie wiem, kim jest Olejnik, jaka to Mucha, a Kominek? Marmurowy czy żeliwny?). Zaraz z lotniska taksówkarz wywiózł mnie gdzieś w gąszcz zachęcających bilboardów, a ja poczułam się bardzo, bardzo nieswojo. (Coś jak wtedy, gdy staram się coś zmienić w kodzie html mojego bloga: straszno!). Poza okrągłą kępą włosów nieśmiertelnej Diany Ross nic nie wyglądało znajomo. Komicy, magicy, didżeje, przedstawienia, nazwiska, równiutkie amerykańskie uzębienie odsłonięte w seksownym uśmiechu: kto to, co to, czego ode mnie chce?

miłosz

czwartek, 2 kwietnia 2015

„Dzień taki szczęśliwy.”

Wstaję wcześnie, staję w psie, staję na głowie, staję na rękach, wstawiam wodę w pękatym fajansowym czajniku. Kroję cebulkę na poranną jajecznicę. Do szeleszczącego filtra wsypuję kawę o zapachu amaretto. Rozwieram szeroko żaluzje. Szyba zimna aż strach, słońce ciepłe i wiosenne. Dzień, jakby powiedział Tata, idealny na odkurzenie całego mieszkania: powietrze pełne świetlistego pyłu. Zapatruję się. Wdycham głęboko pył: oskrzeliki budzą się jak ukwiał. Zastygam w oczekiwaniu na świst. Najpierw zażenowany oddech astmatyka stojącego w kręgu modlitewnym. Potem gwizdanie na palcach, tryumfalne i zbuntowane, które wwierca się w powietrze jak dłuto. Czajnik młodnieje mi w uszach. Przywołuję go do porządku. Zalewam kawę i owsiankę.

Filter popuszcza, cicha woda, kap kap kap kap kap.

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo