świat naprawiam śrubokrętem

poniedziałek, 30 marca 2015

Kto czyta bloga od początku jego istnienia, ten pamięta, że do jego powstania wydatnie przyczynił się ważki problem roztoczy unoszących się w powietrzu i zagadka odkurzacza stojącego przy drzwiach mojego sąsiada. (Dwa miesiące temu doczekałam się wreszcie rozwiązania: ku wielkiemu rozczarowaniu mojego wewnętrznego id, odkurzacz faktycznie okazał się zepsuty. Sąsiad postawił go obok osiedlowego śmietnika, gwałcąc przy tym wyraźny zakaz wyrzucania tam wszelakich sprzętów AGD. Ale cóż: przepisy sobie, a my muzom. Typowe).

Tata poinstruował mnie przez telefon, że mam kupić odkurzacz marki Miele i tylko Miele. Oczywiście, tata ma zawsze rację, ale ja pomyślałam sobie cichaczem, że jasny szlag mnie trafi, jeśli coś jednak stanie się z tym fantastycznym odkurzaczem i będę zmuszona wysłać go do serwisu w innym stanie w wielkiej i kosztownej paczce. „A co ma się stać? Nic się nie stanie” - zapewnił mnie optymistycznie mój rodzic. - „Miele się nie psuje”. Ja jednakowoż celowo kupiłam plastikowe badziewie dostępne w supermarkecie. Recenzje nie były złe, a - ponownie - jeśli coś się stanie, serwis jest na miejscu i w ostateczności nie będzie tak szkoda, jak przy odkurzaczu wartym kilkaset dolarów.

Ja chyba zawsze w moim życiu z takim upodobaniem oczekuję jakiejś tragedii.

summertime für Papa

czwartek, 26 marca 2015

Kiedy zapytałam Tatę o jazz, Tata mnie ofuknął. „Jazz? Co ty. Nie słuchaliśmy. Płyty były takie drogie, a my mieliśmy was. Ciężkie czasy, naprawdę ciężkie czasy. Gdzie byśmy tam słuchali jazzu”.

A jednak śpiewał mi „Summertime”. Piosenkę-zaklęcie.

Letni czas - żyje się tak prosto...
Skaczą ryby, wybujała bawełna
Tatuś jest bogaty, a mama przepiękna
Więc nie płacz, maleństwo, cicho, uspokój się


Melodia przypływa i odpływa miarowo, unosi mnie nieśpiesznie w dobrą, senną dal. Tata czasem zapominał słów; sztukował wtedy: „Pogoda jest piękna, a tatuś przystojny...”, bo do tej piosenki łatwo jest tak od niechcenia improwizować, dobrze życzyć sobie i światu.

Do teraz, gdy słyszę śnięte kadencje „Summertime”, patyna tego całego zewnętrznego jazgotu złuszcza się wielkimi płatami i zostaje tylko tamten czas - na zawsze ocalony, wciąż potrzebujący ocalenia.


D jak dialekt

poniedziałek, 23 marca 2015

Jakiś czas temu znajoma pożyczyła mi książkę „Wałkowanie Ameryki” Marka Wałkuskiego (korespondenta Polskiego Radia w Waszyngtonie). Gdzieś na początku tego pokaźnych rozmiarów tomu, autor opisuje przemówienie ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, George’a W. Busha. Wałkuski jest zdumiony, że prezydent nie jest w stanie „prawidłowo” wymówić słowa „nuclear” i zamiast [nukliar] mówi [nukiular], a dziennikarze jakby tego błędu nie słyszeli. Na tej podstawie Wałkuski snuje daleko idące teorie dotyczące nastawienia, jakie media i naród amerykański w ogóle mają względem warstwy rządzącej. A tymczasem to właśnie kłania się południowy akcent, którego Bush, mimo lat spędzonych w Białym Domu, nigdy się nie wyzbył. Drobne przeinaczenia w wymowie „nuclear” i wielu innych słów, to nie błędy czy wada wymowy, ale dobro właściwe dialektu, którym posługuje się na co dzień ludność ponad piętnastu stanów amerykańskiego Południa (i nie tylko, istnieje np. spora grupa użytkowników tego dialektu na południu Kalifornii, gdzie w latach trzydziestych XX w. osiedlili się robotnicy z tzw. Dust Bowl, co opisuje Steinbeck).

rzecz własna

czwartek, 19 marca 2015

Pamiętam dni, dalekie dni, pożółkłe, zblakłe, jak ogromnie stary film,
I zapomnienia się odwija w tych marzeniach wyblakły film mych dawnych dni.
Powraca znów zgubiony czas, powraca młodość, która bywa tylko raz,
Ta zapomniana, niedorzeczna, zakochana, jak piękny film, co przeżył nas...
[Fogg, Pamiętam dni]

Włóczymy się po Francuskiej Dzielnicy zupełnie bez celu. Zawsze w Nowym Orleanie zostawiamy sobie taki dzień na bezsensowne włóczęgostwo i zawsze okazuje się, że wybieramy na to strasznie, ale to strasznie krótki dzień. Dopiero wstaliśmy z łóżka, dopiero śniadaliśmy na tradycyjnym połączeniu „shrimp & grits”, tu kawka, tam dekawka, uliczka jedna, druga i znienacka już godzina piąta. Czas na początku przelewa się leniwie jak połyskliwa molasa, a potem nagle śluuuuuuurp - i tyle go widzieli. Łyżeczka stuka o dno, poszedł cały słoik, nie wiadomo kiedy! Na tym polega urok tych dni, w które się nic nie robi.

C jak country

poniedziałek, 16 marca 2015

Z country tak jak z jazzem: jego odcieni jest naprawdę sporo, a historia gatunku długa, złożona i nawarstwiona jak tatarski sękacz; Descarga Cubana rewelacyjnego Cachao różni się dość znacznie od całuśnych standardów Jane Monheit, a i tak obie płyty mogą leżeć obok siebie w sklepie muzycznym i w sumie obie można mieć. Na potrzeby tej notki interesuje mnie głównie country w odsłonie najbardziej popularnej, bo to ona właśnie pełni w Teksasie rolę muzyki uniwersalnej. Do niej się pije w barze, do niej się tańczy two-stepa i jive’a, do niej się stoi w popołudniowym korku, do niej się ogląda rodeo i je krwistego steka w jednej z licznych teksaskich restauracji serwujących grillowane mięsiwo. To właśnie country puszcza się na cały regulator w trailerhoodach (skupiskach mieszkalnych przyczep kempingowych, zamieszkiwanych przez tzw. białe śmieci) i podczas tailgate’ów, czyli pikników wyprawianych na opuszczonych tylnych klapach od pickupa.

nowoorleaństwo puka w okno

wtorek, 10 marca 2015

Nowoorleaństwo puka w okno. Godzina trochę późna i szumi wiatr, taki wielki. NOLA o coś się tam dopomina. Zamykam żaluzje. Pracuję i łomoty mnie rozpraszają. A te dalej. „Hola, wpuść nas, wpuśćże nas, pochmurnooka”.

No i mam. Po co przyjeżdżałam? Trzeba było siedzieć w domu. Nie bredzić, że uda mi się wślizgnąć do Big Easy z pracą przemyconą pod pachą.

***

Nowy Orlean jak wiersze Gałczyńskiego: rozchachany, absurdalny, przedmuchany jak dźwięk trąbki w ragtimie, a strona dalej (winkiel dalej) już niespodziewanie liryczny. Umarł Stalin i Zaczarowana dorożka, zaczarowany dorożkarz, zaczarowany koń. (Fraza tak melodyjna, że aż chce się do niej gwizdać).

8 sierpnia 2011, San Antonio

czwartek, 5 marca 2015

Sporo czasu spędzam ostatnio w instytucjach typu extended stay (długi pobyt), idealnych dla ludzi, którzy zatrzymują się w jakimś mieście dłużej niż tydzień i nie chcą płacić stawek dniowych, tylko tygodniowe. Idealnych także dla tych, którzy mają powody chcieć zniknąć. Nie zostawiać żadnych śladów na papierze ani w cyberprzestrzeni, nie podpisywać umów o gaz czy internet, wypiąć się na konsekwentne budowanie zdolności kredytowej, płacić pomiętą gotówką wyciągniętą spod materaca, nie podawać (prawdziwego) numeru identyfikacyjnego, słowem, zadbać o to, by w systemie nie było na ich temat żadnej informacji zwrotnej. Get off the grid.

Ostatnio chodzi mi po głowie mój tekst, naskrobany w podobnych okolicznościach w San Antonio, kilka lat temu, w innym języku.


Wczesnym rankiem, por la madrugada, mężczyzna w pokoju obok siaduje przed drzwiami i pali. Wolno, precyzyjnie, maniakalnie.

D jak diner

poniedziałek, 2 marca 2015

W ramach Teksaskiego Paszportu, czyli zbioru pojęć i zjawisk niezbędnych do prawidłowego ogarnięcia teksańszczyzny stosowanej, omawiamy dziś kolejną sprawę z gatunku podstawowych.

Mesdames et messieurs, D jak diner!

Bardzo nie lubię zostawiać w tekście nieprzetłumaczonych słów, ale bez sensu też rzecz przekłamywać. Diner (czyt. /dainer/, nie mylić z „dinner”, obiadem) to ani stołówka, ani jadłodajnia, ani bar mleczny, ani restauracja. Na ścianie mojego ulubionego lokalu tego typu widnieje nawet napis: „‘Dobry wieczór’ w restauracji, ‘Jak leci?’ w dinerze”. I co z tym fantem zrobić?

Al Mac's Diner w Massachusetts. Konstrukcja charakterystyczna dla wczesnych dinerów. Źródło

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo