ta historia nie doczeka się końca

piątek, 16 stycznia 2015

Znienacka myślę dziś o dziewczynie na poboczu autostrady. Czy przeżyła wypadek? Niewiele krwi. Uraz w jamę brzuszną - istnieje szansa, że najważniejsze arterie się uchowały. Być może to tylko kwestia zszycia pęknięcia, ułożenia wszystkiego z powrotem na właściwym miejscu.

Włączam płytę Lhasy, którą kupiłam w Polsce rok temu i nie zdążyłam jej jeszcze w spokoju przesłuchać. Ostatnie dokonanie artystki. W styczniu 2010 roku, po niespełna dwuletniej walce z chorobą, przegrała z rakiem piersi. Trzydzieści osiem lat. Nie tak mało, ale strasznie mało. Słucham i wyczuwam w płycie przygotowania do odejścia. Pod koniec 2009 roku zespół Lhasy mówił oględnie o chorobie wokalistki, o tym, że już jest lepiej, ale że jednak odwołują europejską trasę koncertową, żeby nie zaburzać procesu jej powrotu do zdrowia... Oświadczenia prasowe jak zwykle podrasowują rzeczywistość. A Lhasa? Czy wiedziała?

wielbłąd codzienny

wtorek, 13 stycznia 2015

Taksówkarz cieszy się na widok mojej walizki. „Widzę, że jedziemy na lotnisko?” - pyta wesoło, wkładając ją do bagażnika. Markotnieje wyraźnie, kiedy wyprowadzam go z błędu. „Na dworzec to będzie kiepsko, zwłaszcza o tej godzinie” - zerka na mnie z niepokojem w lusterku. Wnętrze taksówki jest wyjątkowo zadbane. Nie zalatuje ani skwaśniałym dymem papierosowym, ani kamieniem nazębnym po przepracowanej nocce, ani wódeczką. - „Na Nad Wierzbakiem wykopali przy przystankach wielką dziurę i nikt za bardzo nie wie, co tam zamierzają zrobić. Ruch się rozślimaczył. Na dodatek, pamięta pani, tam można było sobie w razie czego zrobić skok w bok przez Sołacz, uciec uliczką równoległą, a tu cała Wielkopolska zamknięta przez ten wykop, więc nic z tego. Trzeba grzecznie stać i się wciskać. Kiedy ma pani pociąg?”

Mówię mu. „A, to mnie pani uspokoiła. Stać i tak będziemy, ale powinniśmy zdążyć.”

Stoimy więc. Najpierw na przejeździe kolejowym, później w gigantycznym zatorze wiodącym do centrum. Faktycznie, tak wielkiego korku nie widziałam od czasów podstawówki, kiedy pokonywałam tę trasę z rodzicami każdego poranka. Mój kierowca uskutecznia wątpliwy etycznie proceder wciskania się na początek; czyni to całkiem zręcznie, ale swoje i tak musimy odstać. Słuchamy radia. Akurat trwają wiadomości. Prezenterka czyta o systemie drogowskazów, który zakupił sobie (za niebagatelną sumę pół miliarda złotych) zarząd miasta Szczecin. Kłopot polega na tym, że nietanie znaki wskazują drogę nieprawidłowo. Oboje parskamy spontanicznie śmiechem, słysząc tę nieoczekiwaną puentę.

stołecznie, charakternie

piątek, 9 stycznia 2015

Małe pomieszczenie do załatwiania różnych ważkich spraw. Jedno okienko do informacji, jedno do warszawskiej karty miejskiej, jedno nieczynne i jedno do zakupu biletów PKP. W małym pomieszczeniu, luźny obwarzanek kolejki. Wchodzę i pytam, kto jest ostatni. (Pierwszy dzień w Polsce, prosto niemal z lotniska, w prochowcu zalatującym piwnicą, na lekkim niedospanym gazie). „Ja” - oznajmia pani z drugiego końca małego pomieszczenia, okutana we wrzosowy płaszcz z mechatej wełny. Przedostatni jest ktoś przy drzwiach. Starszy pan, który jest trzeci od końca, przycupnął sobie na jednym z pięciu twardych plastikowych siedzeń w środku pomieszczenia. I tak dalej. Kolejka jak gra w klasy: skacz gdzie bądź.

Stoję pośrodku pomieszczenia, bo nie ma gdzie indziej, i ukradkiem śledzę panią we wrzosowym płaszczu, po której mam prawo podejść do mojego okienka. Za chwilę wchodzi kolejna osoba i przeprowadziwszy wstępny wywiad, wypowiada magiczne: „To ja po pani!” i zaczyna skrzętnie obserwować mnie. Chcę kupić bilet na pociąg, więc po cichu wydaje mi się, że jedna kolejka nie ma większego sensu, skoro każdy ma, podejrzewam, nieco inną sprawę do różnych okienek. Ale odpływam już w przyjemny marazm rozmazanej odpowiedzialności.

Warsza no. 5

wtorek, 6 stycznia 2015

Żegnamy się na Centralnym. Bardzo bolą mnie poduszeczki stóp. Pociąg kolei regionalnych zatrzymuje się w pierwszym i drugim sektorze, a mi obcasy przyrastają do kafli i nie chce mi się daleko podchodzić, bo tu jest moje oswojone miejsce. Macham Ci więc rękawiczką z oddali. Wskakujesz lekko do środka, siadasz w prawie pustym wagonie, wyjmujesz książkę, jakiś opasły paperback. Nie chce mi się patrzeć. Dworzec zalega wilgoć, jak Syberię wieczna zmarzlina. Pod sufitem kołacze się zapodziany gołąb, w konsternacji, gdzie podziało się niebo. Sufit kiedyś był ciemny i tajemniczy, a teraz po remoncie zawieszono pod nim rząd płaskich stalowych głośników i zrobiło się jewropejsko.

Powinnam zacząć korzystać z Warszawy Wschodniej. Ten paskudny centralny wyświechtałam już pożegnaniami i powitaniami. Trudno powiedzieć, które z tych dwóch nieszczęść jest bardziej opłakane w skutkach.

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo