siostra robi szatana

czwartek, 4 grudnia 2014

Siostra robi szatana. Tak mocnego, że w zęby daje. Wlewam go do mojego ulubionego czarnego kubasa, który tak naprawdę wart jest półtora zwykłego kubka, i już widzę, że strumyk się lekko ciągnie, a na powierzchni skrzą się jakieś maleńkie farfocle. Zupa po prostu, nie kawa. Nieważne, ile mleka dolewam, i tak dostaję nadkwasoty. Potem muszę myć zęby dwa razy, żeby zedrzeć ten osad z jamy ustnej.

Na dodatek z biegiem lat następuje, zdaje się, eskalacja tego diabelstwa. Ostatnią kawę, którą dla mnie zaparzyła, ledwo mogłam przełknąć. A przecież i moja kawa jest całkiem mocna, nie każdy ją wypije; na pewno nie ci, co w kawiarni zamawiają wielkie latte i podniecają się, że „bez kawy to oni żyć nie mogą”. Nie chciałam przy siostrze bezczelnie pluć w garść, więc łyk, który wzięłam, grzecznie trzymałam w buzi i po troszeczku sobie dozowałam, żeby tak doszczętnie nie zgorzknieć. Resztę w filiżance, oddałam jej. Na szczęście tego dnia siostra zaprosiła mnie także na naleśniki, które skutecznie tego szatana prześwięciły.

Ostatnie śniadanko z naleśnikami. Szatan poza kadrem.
Kiedy jeszcze mieszkałyśmy razem, przerzucanie się kawowym obowiązkiem stało się pewnego rodzaju rytuałem. Która pierwsza wyczołgała się z łóżka, zwłaszcza w weekendy, rozbijała obóz przy szklanym stole w kuchni, jadła śniadanie i czekała na drugą. Kiedy druga zwlekła się na dół, jeszcze lekko oczadziała po tym, jak nowy dzień walnął ją obuchem w głowę, to pierwsza przybierała cierpiętniczy wyraz twarzy i zapodawała: „Oooo! Sisssskaaa!!! Może zrobisz kawę???”

(Oczywiście jest to zagranie z gruntu bezwstydne. Kto wstaje pierwszy, ten robi kawę, takie są zasady. Ale właśnie o to tu chodzi, żeby tę drugą przeczekać. Doprowadzić ją zuchwalstem do ostateczności, a później maksymalnie wykorzystać dobre serce).

Siostra nie jest w ciemię bita, więc oczywiście na takie zagranie odpowiada niewybredną ofensywą. Wymyśla mi energicznie, po czym pyta z niedowierzaniem: „Czy ty przepraszam nie wiesz, jak używać tego ekspresu na dole???”

„Nie wiem...” - zgrywam ofermę. Nie wiem, to fakt, głównie właśnie dzięki temu, że koniec końców każdy członek rodziny przewraca oczami i wreszcie mi tę kawę zaparza. Pasożyt ze mnie, co tu ściemniać. Obsługa ekspresu jest co prawda trochę skomplikowana, ale bez przesady, nie może być trudniejsza niż rozkminienie modelu aktywacji i inhibicji mowy Davida Greena albo Römerbrief Karla Bartha. Nie wiem, dlaczego mam przed tym ekspresem taką mentalną blokadę. Może po prostu lubię, jak ktoś mi parzy kawę, nawet jeśli pijąc ją, nabawiam się przy tym dziury w żołądku.

Oczywiście, siostra doskonale zdaje sobie sprawę z mojego paskudnego charakteru i też postanawia mnie przeczekać. Czekamy więc wraz. Nie trwa to jednak długo; ostatecznie kawowa chcica okazuje się potężniejsza niż mocne postanowienie szantażu lub siostrzane zapędy wychowawcze. I tak z tego bezlitosnego sparringu rodzi się w dzbanku szatan.

Oprócz przyczyniania się do mojego rychłego zejścia na chorobę serca, siostra wymyśliła także wspaniały sposób, który niniejszym patentuję na potrzeby mojej rodziny; mianowicie, wkładanie sobie kubasa z kawą, najlepiej takiego zamkniętego, z pokrywką, do stanika. Rewelacja. Ci (a raczej te), które idą przez życie z kubkiem kawy przyrosłym do ręki, na pewno marzą skrycie o posiadaniu dodatkowej kończyny, zwłaszcza jeśli zdarzyło im się mieć dzieci, co przy jednej dyspozycyjnej ręce potrafi być nieco problematyczne. (Ale niedawno widziałam w Starbucksie panią, która i z tym sobie zgrabnie poradziła: otóż jej dwoje małych dzieci, na oko cztery-pięć lat, miało na sobie rodzaj solidnej uprzęży, do której przyczepione były wodze, spoczywające oczywiście w mocnej ręce mamy. Wywierało to odpowiednie wrażenie). Otóż nie trzeba już finansować badań nad stworzeniem trójręcznej kobiety; wystarczy wetknąć sobie tę kawę w termosik, a termosik w stanik. Rozwiązanie idealne. Ciepło w serducho, aromaterapia pod nosem, obie ręce wolne. Dzięki temu sprytnemu wytrychowi świat staje nagle otworem!

Na zakończenie: „Piszę do Was spomiędzy walizek” - oczywiście chciałabym móc tak opisać moją obecną sytuację, ale prawda jest taka, że perspektywa wyjazdu mocno mnie przerosła i nawet trochę mi napluła na głowę. Zrobiłam sobie kilka ambitnych list tego, co mam zrobić przed godziną zero: wysłać kartki świąteczne, podciąć włosy, zorganizować zaległe paragony, obdzielić znajomych piwem zalegającym lodówkę, przynieść Henry’emu pożegnalną kanapkę, wyrobić trzysta procent normy, et cetera. Po czym od kilku dni siedzę na dywanie zgięta w firmowy pałąk i udaję, że pracuję, a w rzeczywistości zapętlam Steviego Ray Vaughana w głośnikach i czuję, jak tętno samo mi się spowalnia. Moja genialna siostra powiedziała mi kiedyś: „Ninka, ale nie słuchaj za dużo bluesa, bo wtedy człowiek wpada w taki cug, że nic mu się nie chce robić.” He. Nie wiem za bardzo, co włożyć do walizki, choć jeśli jeszcze jakiś krewny zadzwoni z zamówieniem, istnieje duża szansa, że problem sam zniknie, bo będzie w niej sama cudza elektronika. Wszystkie moje ciepłe zimowe rzeczy znajdują się w Polsce. A tu polski grudzień zdobył się na mocne uderzenie. Skończy się tak, że na warszawski mróz wyjdę w trampeczkach i cienkim wrzosowym prochowcu. Pociągnę moją zjechaną walizkę z roztelepanymi kółeczkami, w stronę przystanku, bo bardzo nie lubię rozbijać się wielkomiejsko taksówkami. Automat do biletów jak zwykle nie zadziała. W powietrzu zobaczę mój oddech. Organizm raptownie się wyziębi („bo ty czapki nie nosisz, dziecko! dlatego! przez głowę ciepło ucieka!”). Perspektywa dzisiaj dla mnie zupełnie egzotyczna, a bliższa, coraz bliższa. Już przesłania mi światło, już widzę moje odbicie w jej tęczówkach, za chwilę dostanę od niej w zęby, tak jak od szatana, którego już niedługo zaparzy mi w dzbanku moja zbluesowana siostra.
Share /

3 komentarze

  1. Po pierwsze: czyj jest ten HTC na stole? Do niedawna miałam taki sam, bardzo go kochałam, wymarzylam, mimo że kupiłam na allegro to dobrze mi służył. Po drugie: szatan to także mój towarzysz śniadań które w 90% składają się z szatana właśnie. Wychodzi go w sumie tylko jeden kubek (z którym tu, we Włoszech na początku chowałam się nawet przed własnym chłopakiem, no bo jak to pić kawę z kubka jak są te małe pipki do espresso). A ja robie szatana w kafetierze (tak się nazywa to urządzonko, prawda?) i wlewamy jego zawartość do kubka i cieszę się że trwa a nie kończy po 2 łykach.
    Siostra to fajna sprawa, nigdy nie miałam ale od sióstr można się wielu fajnych rzeczy nauczyć lub też oduczyć, uważam :D
    Juz na walizkach? Ale fajnie! Ja dopiero za 10 dni będę myśleć o tym żeby je otworzyć, słuchając przy tym świątecznych piosenek z lat ... ubiegłych :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. HTC jest siostry, ale ja też bardzo lubię tę firmę... Bardzo fajne aparaty i brak tej elitarnej aury iphona (w Polsce może tego tak nie czuć, ale w Stanach ludzie są na punkcie Apple lekko zafiksowani :)

      Wiesz, idea picia espresso z maciupkiej filiżanki też jest dla mnie nie do przeżycia. Chodzi przecież o niekończąąąąąącą się przyjemność, a nie jedno mocne uderzenie. Kafetierka to świetny sposób, muszą ją sobie tu kupić. Obecnie kocham się w kawie przelewowej, aczkolwiek o moich perypetiach z nią związanych też tu gdzieś pisałam... Nie jest łatwo ;)

      Koniecznie muszę zrobić post o kolędach i innych świątecznych piosenkach. Od paru lat Bing Crosby i Sinatra stał się w tym okresie musem... A Włosi czego słuchają w święta? (Pewnie będziesz pisać o świętach we Włoszech, ale nie mogę się doczekać :)

      Usuń
    2. Siostra ma dobry gust! Czytałam o Twoich problemach z kawą przelewową :D To nie na moje nerwy jednak ;) O świętach we Włoszech będę pisać. Będę pisać też o krzywej choince i innych. Czego słuchają Włosi? Tez probuję sobie odpowiedzieć na to pytanie. Jestem w trakcie przeprowadzania badań terenowych ;))

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo