gdzie jest lepiej, tam czy tu?

wtorek, 2 grudnia 2014

W ramach wspólnego komplikowania sobie życia i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze, brat i siostra odpowiadają sporadycznie na pytania dotyczące emigracji.

Drugie pytanie brzmi: Dlaczego tu jesteś?
Z Teksasu odpowiadam na nie ja (vel Siostra).

Pytanie! Oczywiście, że tam. Zawsze jest lepiej tam. Tam, gdzie mnie nie ma.

W Seattle i w Nowym Orleanie, gdzie dom może mi znienacka odpłynąć jak wyznawca wudu w tanecznym szale, i w Albuquerque, którego nazwa wydawała mi się w dzieciństwie nie do wymówienia, więc także nie do zaistnienia. W Karachi i w rybackim miasteczku Robin Hood’s Bay położonym na brytyjskiej skarpie. W Hanoi i w Bejrucie, gdzie do depilacji zamiast wosku używa się gorącego karmelu. W Warszawie na ulicy Grzybowskiej, trzy kroki od Cmentarza Żydowskiego, przy którym szczupły pan ze smutnymi oczami i cienką kitką wydaje wejściówki (w szabat zamknięte). I w Sofii, gdzie za kioskowymi szybami leżą kartony z suszonymi owocami, do kupna na wagę. („Jeśli w Europie zacznie się dziać coś złego, spotkamy się w Sofii”).

W rozległym księgozbiorze dziadka znalazłam kiedyś pozycję pod tytułem „Życie innych ludzi”. Zbiór opowiadań południowoafrykańskich. Tytuł tak mi się podobał, że postawiłam ją na półce i z czasem zyskałam nieodparte wrażenie, iż zdalnie przeczytałam cały tomik. Kiedy wreszcie otworzyłam go naprawdę, okazał się dość mierny, a być może to ja nie byłam na niego gotowa, w każdym razie pamięć zarejestrowała mocne rozczarowanie (rozczarowanie na kliszy unoszonej szczypcami z kąpieli, z wybałuszonymi oczami i ustami wygiętymi w podkówkę - za chwilę zacznie się ryk). Życie innych miejsc jak życie innych ludzi: bajeczne i pociągające. Gdy leżę w łóżku i nie mogę zasnąć, bo teksaska rzeczywistość doprowadza mnie do szału, planuję sobie ze szczegółami wyjazd do Paripirangi. W głowie dźwięczy mi głos mojego brata Nino (mój brat Nino nie wie, że tak go nazywam w mojej głowie, ale tak było od zawsze, od pierwszego spotkania): „Wrócisz do nas, wrócisz. Kto raz był w Paripirandze, zawsze wraca.”

Gorzki, piorunująco gorzki tekst. Z Salwadoru cztery godziny samochodem donikąd, dziurawą szosą, w stronę stolicy Sergipe, Aracaju. Gdzieś na uboczu rozlana między wzgórzami falującymi wysoką kukurydzą - Paripiranga, którą mieszkańcy nazywają prześmiewczo Parispirangą, Paryżem Nordeste. Nie wymieniłam z powrotem brazylijskich reali - czekają sobie w końcu szuflady w półprzeźroczystej koszulce. Zamiast wyrabiać mi procenty na lukratywnej lokacie, robią mi nadzieję. Oczywiście, że muszę tam wrócić. Oznajmić mojemu bratu Nino, że swoją gorycz może sobie wypchać trocinami i postawić na półce obok rzędu pirackich kopii amerykańskich filmów z portugalskim dubbingiem. Być może to pragnienie to autosabotaż mojej małej stabilizacji, może prawdziwa miłość. Może jedno i to samo. Prawdziwe miłości mają czasem metody mocno terrorystyczne.

A to, skąd jestem, gdzie jestem, moje tutaj, to po prostu środek mojego widnokręgu, tak jak to pisał Myśliwski. Rozczarowanie majaczy na kliszy? No cóż. Kolejne wielkookie wybałuszenie do albumu, trzeba się z czegoś przecież pośmiać.

„Egzotyka” - powiedziała jedna z dwóch starszych pań, które co piątek w poznańskim Collegium Novum sprzedawały używane anglojęzyczne książki. (Czy jeszcze sprzedają? Serce mi się ściska na myśl, że coś mogłoby się w tym zakątku świata, pod moją nieobecność, strasznie i nieodwracalnie zmienić. Jeśli po powrocie do Warszawy odkryję, że prawa wieża Kościoła Wszystkich Świętych, po siedmiu latach stojącego rusztowania, została już pięknie wyremontowana, policzek zacznie mi pałać od uderzenia. Choć to przecież ja odeszłam - zasłużyłam). „Egzotyka” - powtórzyła, przeglądając kupione przeze mnie książki. Grain of Wheat (Ziarno pszeniczne) Ngugiego wa Thiong’o, God’s Bits of Wood senegalskiego autora Sembene Ousmane i tomik reportaży z różnych stron świata. Pani spojrzała na mnie ciepło, inkasując moje ciężko wyślęczane, studenckie banknoty. Jej wzrok przeniknął mnie jak samospełniające się proroctwo, na obrazie któregoś z mistrzów.

Festiwal Balonów w Albuquerque - jednym z moich ulubionych tam. Przy okazji balony! Czy może być jakiś lepszy symbol parcia ku widnokręgowi??
Share /

3 komentarze

  1. Piszesz tak jakbyś mnie rozumiała, a może rozumiesz mnie bo tak piszesz. W każdym razie mamy podobne odczucia na temat życia w ogóle. Własnie ostatnio zdałam sobie sprawę, że według mnie lepiej jest tam, no właśnie tam, gdzie mnie nie ma. Bo jestem tutaj, wiem jak jest, i mimo, że nie jest źle to przecież tam może być inaczej. No właśnie, jak? I to ta ciekawość, która mnie zabija, "rujnuje" mi życie i jednocześnie je upiększa i nadaje mu kolorów, bo gdyby nie ona to nie wiem gdzie bym była i co robiła.
    Dziękuję Ci za treść, za każdym razem jest cudniej :D :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Karolino... dziękuję! Sama nie ujęłabym tego lepiej... Piękny epilog do tego posta. Miło jest spotkać bratnią (siostrzaną :) duszę.

      Usuń
  2. Facebookowym zwyczajem chętnie bym Twój komentarz polubiła. Napiszę tylko: Tak, lubię to, zgadzam się ;)

    OdpowiedzUsuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo