pocztówka świąteczna z paszczą

wtorek, 23 grudnia 2014

W czasach PRL-u w okresie świątecznym polowało się na pomarańcze i orzechy. Po ryby stało się w wielkich kolejkach. Dzisiaj wysłano mnie z bratem po ostatnie sprawunki. Mamy kupić mintaja albo pangę, albo morszczuka. Jedziemy w drobnym kaszkowatym deszczu (pogoda, jak historia, też się ciut zmieniła).

Pamiętam jeszcze, jak dawno temu, rodzice kupili mi na Gwiazdkę wielki kefir. Zachwycona, siorbałam go z takim smakiem, że mama musiała mi w końcu zwrócić uwagę: „Nino, czy nie mogłabyś się rozkoszować swoim prezentem trochę ciszej?”. Teraz nie dostaję już takich fajnych prezentów. A może po prostu nie potrafię się już tak fajnie nimi cieszyć. Mały człowiek przeżywa wszystko inaczej; w ważnych momentach cały staje się jedną wielką, niczym nie podbarwioną emocją. Później przybywa mu lat i wzrostu, w związku z czym robi się w nim o wiele więcej miejsca. Wydłużają się nogi, wydłużają się ręce, następuje ekspansja tułowia; można sobie w tym M-4 nagromadzić zmartwień, naskładać sprzeczności, perspektyw i odcieni.

jeżycki technicolor

czwartek, 18 grudnia 2014

O poranku, w mój sen wślizguje się jakieś stłumione nagranie Deana Martina. Mambo Italiano gra w klasy z budzącą się świadomością. Śnię zawsze w technicolorze, wielowątkowe pacnięcia rozemocjonowanej farby. Czasem mnie to niepokoi, czasem absorbuje tak dalece, że nie mam ochoty wstawać, bo rzeczywistość wydaje mi się niemożliwie szara w porównaniu do mojego prywatnego Hollywood. Zima w Polsce tym bardziej operuje ograniczoną paletą barw. Wygrzebuję się z wojskowego śpiwora. Patrzę w dół przez okno kamienicy; nawierzchnia ulicy lśni od wilgoci. Pada? Szukam kręgów na kałużach, ale większych brak; jakieś podłużne miniaturowe lusterka błyskają między fałdami w asfalcie. Siostra już wstała; pijemy porannego szatana do rytmu Martina i okazjonalnego tramwaju. Obie ścieżki dźwiękowe szumią na swój sposób. Patrzymy na kamienne balkony sąsiadów z naprzeciwka. Na balustradach siedzą zmarznięte gołębie. Nastroszone w kształt kanciastej kulki, chowają główki w siebie, jak rosyjskie damy w wielkich napuszonych paletkach.

kolaż bon voyage

piątek, 12 grudnia 2014

Ostatnie meksykańskie śniadanie. Jajecznica z papryczkami jalapeños, breja fasoli i papas fritas, oczywiście w powodzi wściekle ostrej salsy. Jadę do taqueríi w japonkach, bo nie chce mi się sznurować butów. Załapuję się na koniec audycji publicznego radia o tłumaczeniu perskiej poezji. Koniecznie kawa, ta amaretto, bo ostatnimi dniami wstaję z jej smakiem w tyle języka i akt jej zaparzenia zastępuje mi czasem śniadanie. Czy moja walizka waży 23 kilogramy? Dziwne urządzenie w kształcie wieszaka wyświetla wagę, ale tylko w funtach. Irracjonalny lęk, że w czasie mojej nieobecności w mieszkaniu rozpanoszą się karaluchy. Czy zabrałam wszystkie ładowarki? Każde cudeńko mające rzekomo ułatwić mi życie oddaje się radosnej prokreacji; towarzyszy mu już nie tylko ładowarka, ale i dodatkowy dłuższy przewód, i jeszcze dodatkowa wtyczka, taka rozgałęziona, żeby można było w nią wetknąć jeszcze więcej podobnych cudeniek, i oczywiście konwerter. Parzenie kawy opóźnia wyjazd na lotnisko. Krążę nad lejkiem jak kat nad dobrą duszą, a on stoicko kap - i zator, kap - i zator.


chmury i wiatr, i słońce

poniedziałek, 8 grudnia 2014


W drodze na Teksaski Festiwal Renesansowy, podziwiamy chmury. Dzień jest wietrzny, a chmury widowiskowe. Przypominają mi beztroski obraz brytyjskiej impresjonistki Laury Knight: białe kłęby chmur wypełniają prawie całe płótno. Na samym dole, na żółtej od słońca trawie, leżą na kocu dwie kobiety. Jedna otwiera zieloną parasolkę; w cieniu rozpiętego materiału jej ramię wydaje się czerwone. Druga opiera się na ręce, jej długie włosy rozwiewa mocny wiatr. Ma ciemne nakrycie głowy - rozważnie, mało romantycznie. Niedaleko nich pasiasty leżak. Nie ma nic lepszego niż chmury, no może poza festiwalowym popcornem, który prażony jest w wielkim kotle z brązowym cukrem i ma zagadkowy słodko-słony smak, tak że człowiek chrupie i chrupie, aż go szczęki bolą, bo nie może się zorientować, czy mu to smakuje, czy jednak niekoniecznie. Kupuję wielką plastikową tytkę od handlarza ubranego w renesansowe bufki i od razu wkładam w nią całą głowę, niczym Kubuś Puchatek.

Dobrze, że Mężczyzna jest obok, żeby w razie czego wyciągnąć mnie za nogi.

siostra robi szatana

czwartek, 4 grudnia 2014

Siostra robi szatana. Tak mocnego, że w zęby daje. Wlewam go do mojego ulubionego czarnego kubasa, który tak naprawdę wart jest półtora zwykłego kubka, i już widzę, że strumyk się lekko ciągnie, a na powierzchni skrzą się jakieś maleńkie farfocle. Zupa po prostu, nie kawa. Nieważne, ile mleka dolewam, i tak dostaję nadkwasoty. Potem muszę myć zęby dwa razy, żeby zedrzeć ten osad z jamy ustnej.

Na dodatek z biegiem lat następuje, zdaje się, eskalacja tego diabelstwa. Ostatnią kawę, którą dla mnie zaparzyła, ledwo mogłam przełknąć. A przecież i moja kawa jest całkiem mocna, nie każdy ją wypije; na pewno nie ci, co w kawiarni zamawiają wielkie latte i podniecają się, że „bez kawy to oni żyć nie mogą”. Nie chciałam przy siostrze bezczelnie pluć w garść, więc łyk, który wzięłam, grzecznie trzymałam w buzi i po troszeczku sobie dozowałam, żeby tak doszczętnie nie zgorzknieć. Resztę w filiżance, oddałam jej. Na szczęście tego dnia siostra zaprosiła mnie także na naleśniki, które skutecznie tego szatana prześwięciły.

Ostatnie śniadanko z naleśnikami. Szatan poza kadrem.

gdzie jest lepiej, tam czy tu?

wtorek, 2 grudnia 2014

W ramach wspólnego komplikowania sobie życia i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze, brat i siostra odpowiadają sporadycznie na pytania dotyczące emigracji.

Drugie pytanie brzmi: Dlaczego tu jesteś?
Z Teksasu odpowiadam na nie ja (vel Siostra).

Pytanie! Oczywiście, że tam. Zawsze jest lepiej tam. Tam, gdzie mnie nie ma.

W Seattle i w Nowym Orleanie, gdzie dom może mi znienacka odpłynąć jak wyznawca wudu w tanecznym szale, i w Albuquerque, którego nazwa wydawała mi się w dzieciństwie nie do wymówienia, więc także nie do zaistnienia. W Karachi i w rybackim miasteczku Robin Hood’s Bay położonym na brytyjskiej skarpie. W Hanoi i w Bejrucie, gdzie do depilacji zamiast wosku używa się gorącego karmelu. W Warszawie na ulicy Grzybowskiej, trzy kroki od Cmentarza Żydowskiego, przy którym szczupły pan ze smutnymi oczami i cienką kitką wydaje wejściówki (w szabat zamknięte). I w Sofii, gdzie za kioskowymi szybami leżą kartony z suszonymi owocami, do kupna na wagę. („Jeśli w Europie zacznie się dziać coś złego, spotkamy się w Sofii”).

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo