gdzie jest lepiej, tam czy tu?
(Timô)

piątek, 28 listopada 2014

W ramach wspólnego komplikowania sobie życia i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze, brat i siostra odpowiadają sporadycznie na pytania dotyczące emigracji.

Drugie pytanie brzmi: Gdzie jest lepiej, tam czy tu?
Ze Szwajcarii odpowiada na nie Timô (vel Brat).


Siedzę w mojej ukochanej kawiarni. Quai des Bergues, Genewa. Przede mną, Rodan rzuca się w wody Jeziora Lemańskiego. Nietrudno wybrać to akurat miejsce na swoją małą czarną. To jedyny lokal w tej dzielnicy, gdzie można uzupełnić niedobór kofeiny, nie czyniąc równocześnie małego Waterloo na koncie bankowym. A kawa jest bonnard, „zacnista”. Uwaga, słowo rozumiane tylko i wyłącznie tutaj, w drugim największym mieście Szwajcarii.

Serce Genewy. Wokół mnie kantata języków i dialektów. Francuski przede wszystkim. Ale też angielski, hiszpański, włoski i hindi, i chiński, i arabski, i nawet polski, tam w kącie. Smooth jazz w głośnikach. Ciepło w środku, zimny wiatr na zewnątrz. Tam dalej, o czterdzieści metrów stąd, hotele, o jakich w życiu by mi się nie śniło. Mercedesy, BMW, lexusy i rolls-roysy z arabskimi gąsienicami na tablicach rejestracyjnych. Petrodolary idą w ruch. Najwidoczniej gusta panów z Arabii nie różnią się w końcu aż tak bardzo od gustów nas, maluczkich, skoro widuję ich też tutaj, egalitarnie, przy stoliku obok.

Uśmiecham się do siebie. Bo i pytanie mnie rozbraja. Gdzie jest lepiej, tam czy tu? W Polsce czy w Szwajcarii? Przez tyle lat powtarzałem: „Jak będę duży, to...” I puszczałem wodze fantazji. A teraz, kiedy jestem już duży, jeszcze nie dorosły, ale już trochę stary, to stwierdzam, że właściwie wszędzie życie sprowadza się do tego samego. Funkcjonowania tylko sporadycznie fantazyjnego.

No ale jednak nie do końca. Bo inny język, inna waluta, inne otoczenie. Ale czy to wszystko jest naprawdę takie istotne? Bez względu na miejsce, wszyscy dążymy do tego samego. A jak się nie da, to stery przejmuje nasz instynkt samozachowawczy. Nie jesteśmy po prostu szczęśliwi. Jesteśmy szczęśliwi mimo wszystko. To nie to samo, prawda?

Z drugiej strony myślę sobie, romantycznie, naiwnie i idealistycznie, że ja i ty, on i ona, my (z drżeniem sięgam po ten intymny kolektyw) składamy się w dużej mierze z pewnego pierwiastka. Po francusku powiedziałbym: appel. Czyli wołanie. Coś, co nas gdzieś przyciąga, powołuje i prowokuje. Pasja? Osobniczy zbieg okoliczności? Nieważne. Grunt, że to według tego przyciągania wszyscy żyjemy.

Tak, jest mi tu lepiej, niż byłoby w Polsce. Ponieważ dopiero tutaj to coś, co mnie tak uparcie przez długie lata wołało, wreszcie ucichło. Języka w gębie zapomniało. Dopiero tutaj to coś, co mnie przez lata tak boleśnie ciągnęło za ucho, już mnie do siebie przyciągnęło i nawet mnie czule objęło. Na dzień dzisiejszy przynajmniej nastała w tym względzie równowaga. To ten kraj zmusił mnie do pewnej (parskam tu w rękaw) dorosłości. Nie miałem na to ochoty, ale teraz sobie myślę, że był to najwyższy czas.

A dlaczego mówię o tym tutaj, w mojej najukochańszej kawiarni na całym świecie? Przecież gdy tylko skończyłem studia, dałem się niechcący wywiać z Genewy o 180 km stąd na północ.

Dlatego że jeżeli jest miejsce w Szwajcarii, które mógłbym nazwać moim domem, to tylko Genewa. Pretensjonalna, aż strach. Śmieję się, że pociągi, które miasto raczy wpuszczać w swój obręb, powinny mieć same wagony pierwszej klasy. Genewa głośna. Permanentnie zakorkowana. Nadęta. Niepotrzebnie dumna nawet ze swojego akCENtu, DZIĘki KTÓreMU jej MIESZkańCY cieSZĄ się OSobLIwym PRZYdomKIEM: gueule élastique, elastyczne gęby. A jednak.

A jednak serce mi się ściska i pokusa mnie bierze za każdym razem, kiedy mijam na dworcu pociąg, który tam właśnie wraca. Kiedy z okienka samolotu widzę zarys Mont Salève, który góruje nad tą francusko-szwajcarską aglomeracją. Aż 350 tysięcy mieszkańców. Najmniejsza spośród wielkich światowych metropolii.

To tutaj spadłem w pewien czwartek, z przerażeniem w oczach i moim życiem w dwóch walizkach. To tutaj przeżyłem najlepsze i najgorsze momenty w moim „dorosłym” (parskam w rękaw) życiu.

To tutaj musiałem sobie poradzić z 800 frankami na miesiąc.

To tutaj chodziłem wszędzie na piechotę, żeby zaoszczędzić na komunikacji miejskiej.

To tutaj wsiadałem w tramwaj, żeby zakupy tygodniowe zrobić we Francji, bo taniej.

To tutaj wracam zawsze, kiedy chcę się poczuć jak u siebie.

Bo jakby powiedział swym szepcącym głosem Bryan Adams, wszystko czego chcę, dziwnym trafem przycupnęło sobie właśnie tu.


Genewa jak zwykle zakorkowana. Modernistyczne brzucho po prawej to fragment pobliskiego kościoła katolickiego. Drzewo istnieje spokojnie.

O autorze:

Timô jest dżemplem, tłumaczem, redaktorem, fanem czasu zaprzeszłego i pełnoetatowym bratem Pequeninhi.

Poza licencjatem z ironii losu i książką, w której stopce widnieje jego imię, Timô ma także wyjątkową zdolność wygrzebywania dżdżownic z ziemi rozpulchnionej po deszczu.

Dla Pequeninhi napisał dwujęzyczny zbiór esejów pt. Gribouillage.
Share /

10 komentarzy

  1. Boże jakie super (i) utalentowane rodzeństwo! Może wydacie coś razem? Kupiłbym w wielu egzemplarzach, poleciła znajomym i rodzinie, mogłabym nawet przetłumaczyć na włoski :D
    Co do odczuć związanych z Genewa, to rozumiem je doskonale i wiem jak uporczywie potrafi ssać to wołanie. Moim takim miejscem jest Wenecja, w której też ze świecą szukać lokalu w którym można napić się "małej czarnej" za mniej niż 2 euro. Ale jest moja, znam wiejace tam wiatry i wracam do niej kiedy tylko mogę żeby podladowac akumulatory i zaserwowac sobie arytmie serca z ekscytacji :) piękny wpis! Uwielbiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak miło odpowiadać na takie komentarze :) Oboje dziękujemy Ci bardzo serdecznie :) Timô pozdrawia Cię pięknie po włosku.

      Odnośnie wydania, no cóż, i brat, i ja jesteśmy tknięci tą samą manią pisania do szuflady. Ale na pewno przyjdzie na to czas, a wtedy oczywiście chwycę Cię za słowo odnośnie tłumaczenia (i promocji)!!

      Moim "ssaniem" jest brazylijski Salwador... aczkolwiek może nie będę zdradzać na razie, bo w przyszłym tygodniu sama muszę odpowiedzieć na to arcyciekawe pytanie :) Życzę Ci bardzo miłego i ciepłego weekendu!

      Usuń
  2. Dobre:) Przypomniało mi to stare, dobre czasy w Krakowie, który przez kilka dobrych lat był moją małą Genewą i centrum świata. Biegałem do Billi niedaleko naszego mieszkania (wynajmowaliśmy grupowo jak komuna hipisów...) oglądać i wąchać oliwki. Na kupno mnie nie było stać. Moje ulubione kawiarnie i herbaciarnie pożerały sporą częśc mojego skromnego budżetu. Kartę na tramwaj miałem, ale za to po zakupy jeździłem na drugi koniec miasta, żeby znaleźć coś na studencką kieszeń.
    ---
    Zdjęcie numer dwa: to ma być korek? Chyba żartujesz, toć w Rybniku na Śląsku sa większe, a Toronto stosownie przemilczę....
    ---
    Dzięki za podzielenie się. Dobrze się czytało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Resvaria... Kraków bardzo lubimy, chociaż przez ostatnie lata zaszło w nim sporo mniej pozytywnych zmian. Najbardziej przemawia do mnie Kazimierz (oczywiście), ale też kilkakrotnie mi się zdarzyło, że pytani o drogę tubylcy prychali coś tam pod nosem o Żydach. Dobrze przynajmniej, że to jak było żyje nadal w naszej pamięci :) Pozdrawiamy serdecznie :)

      Usuń
  3. Fajny kawałek tekstu. Przeczytałam z przyjemnoscią, choć zapada noc. Nie byłam w Szwajcarii, ale wierzę, że może tam być niejedno miejsce, które zapada w pamięć. Cieszę się, że przeżyłeś dni z 800 frankami na miesiąc i mam nadzieję, że ich teraz przybyło. Pieniądze to ważna sprawa. Ułatwiają życie i dają poczucie bezpieczeństwa.

    Myślę Pequeninho, że już nie piszecie do szuflady, bo tworzenie blogu to już otwarcie. !5 lat temu napisałam zbiór wierszy i opowiadań w formie listów, które dopiero wczorah zdecydowałam się do kogoś wysłać a i tak ociągałam się z tym aż do 20. Pozdrawiam serdecznie i Cibie i Tima.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, Elżbieto! Bardzo, bardzo, bardzo się cieszę, że zdecydowałaś się pokazać komuś swoją twórczość. Wiem, jakie to trudne. Kilka lat temu przymierzałam się do tego samego, ale zabrakło mi chyba siły przebicia (?). Wydawało się to takim trudnym przedsięwzięciem. Myślę jednak, że kiedyś znowu sprawa wypłynie. Tymczasem cieszę się, że blog funkcjonuje i zmusza mnie do pewnej organizacji myśli i weny :) Pozdrawiam ciepło z deszczowego dziś Houston!

      Usuń
  4. Jak to się dzieje że oboje dostaliście tak cudowny talent pisarski, którego można tylko pozazdrościć, taką lekkość pióra którą nie jest łatwo osiągnąć :)
    Nie dziwię się że w Genewie Timo czuję się jak w domu, wiele tam doświadczył, a poza tym na zdjęciach prezentuje się przepięknie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy Ci bardzo Vida Suenos :) I oby Twoje marzenia o Ameryce także się ziściły!! Im trudniejszy start, tym później mocniej się przywiązujemy do tego miejsca, więc warto, warto, warto!

      Usuń
  5. Wspaniały zmysł obserwacyjny i kapitalny i bardzo osobliwy komentarz. Z przyjemnością czytam wszystko, co wychodzi spod waszego pióra. Sama jestem miłośniczką staropolskiego zaprzeszłego i zdarza mi się go używać, podoba mi się jak kłóci się ze współczesnością. Ale lubię ten zgrzyt. Dzięki za przybliżenie Ameryki. Szwajcarię znam i bywam tam często. Nie zapałałam do niej miłością, kocham wiejskie krajobrazy, mam, niestety, ambiwalentny stosunek do ludzi. Jestem akurat przy lekturze najnowszej powieści Paulo Coelho, zatytułowanej Zdrada, gdzie akcja rozgrywa się w Genewie. Świetne studium nacji Heweltów, ich charakterów, sposobu, myślenia.Moją miłością są Włochy. Kocham i nienawidzę, ale zawsze mam ochotę na więcej. Bałtyk wyjątkowo mroźny. Pozdrawiam ciepło ogniem z domowego kominka
    i czekam na jeszcze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo miło nam to słyszeć, Zdzisławo! Nacja faktycznie specyficzna, brat ma sporo związanych z tym historii i nadal zdarza mu się mieć chwile mocnego szoku kulturowego. Krajobrazy są jednak przepiękne i to pomaga w zaakceptowaniu nietypowych zachowań tubylców. Włochy wzbudzają we mnie wiele pozytywnych emocji; ja również lgnę raczej do kultur bardziej otwartych i radosnych, to pomaga mi zrównoważyć moje własne obsesje i tendencje do chorego perfekcjonizmu :) Pozdrawiamy bardzo ciepło! Nie daj się mroźnemu wiatrowi!

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo