Hemingway, jeszcze raz pierwszy raz

środa, 29 października 2014

Przeżywam właśnie wielkie miłosne rozczarowanie, i to, żeby było pikantniej, z powodu kobiety: Lan Samanthy Chang. Nietłumaczona na język polski autorka trzech książek, kształcona w Harvardzie i Yale, leaureatka PEN Open Book Award. Przeze mnie odkryta w 2006 roku, w bibliotece publicznej w Phoenix. Tomik sześciu opowiadań Hunger (Głód). Później była powieść All is Forgotten, Nothing is Lost (Zapomina się wszystko, nie traci się nic). Zauważyłam w powieści kilka niedociągnięć, ale do teraz uważam ją za jedną z książek dla mnie najważniejszych. I wreszcie powieść Inheritance (Dziedzictwo). Otwarłam z ufnością i po siedemdziesięciu stronach przebijania się przez miałkie metafory odłożyłam z niesmakiem. Jest mi przykro.


mississippi, cholera

poniedziałek, 27 października 2014

Pierwszymi osobami rasy czarnej, z którymi miałam styczność, byli Louis Armstrong i Ella Fitzgerald. Od znajomej, która spędziła kilka lat w Stanach, przegraliśmy dwie płyty, rewelacyjną The Best of Songbooks Elli i krótką, zbyt krótką, składankę Louisa. Delikatny fakt ich skopiowania był chyba pierwszym ważkim problemem moralnym, z jakim się zetknęłam w moim młodziutkim wówczas życiu. (Chociaż może nie: przedtem zdążyłam już przepracować problem kłamstwa i tchórzostwa, gdy wciągnęłam odkurzaczem jakieś ubranko dla misia i w mojej panice zwaliłam wszystko na siostrę). Tata zapętlał sobie w biurze „What a Wonderful World”. Płyta Elli nie nadawała się do zapętlenia ani do pracy. Bardziej swingowa i agresywna, zdecydowanie nie była dobrym materiałem na żadne plimplające tło. Poza tym w wielu utworach dawało się wyczuć jadowity niepokój. Ale nie w głosie Elli, która po mistrzowsku potrafiła zapanować nad każdą, nawet najbardziej destrukcyjną emocją. Ta równowaga głosu i ducha była niezwykle krzepiąca.

Na pierwszym roku studiów natknęłam się w empiku na dwupak Niny Simone. Kupiłam „na spróbę”. Dwupak znam teraz na pamięć, tak jak resztę około dwunastu płyt Simone, które od tamtego czasu skompletowałam. Pierwsza jednak zaczyna się tak:

Nina (autorytatywnie): Pianino gotowe? No dobrze... (akordy: ta da dam, ta da dam, i nagły, przeciągły lament, rwany jak szloch) Odszedł... mój mężczyzna... bez sensu już czekać... na jego zmęczone kroki... rozlegające się na schodach...

amulet z ubitego robaka

piątek, 24 października 2014

To nie jest dobry dzień na wyrabianie trzystu procent normy. W kuchni pod szafką przez całe dwanaście godzin dogorywa wielki chrząszcz. Myślałam, że to karaluch, ale karaluchów nie rusza nawet promieniowanie jądrowe, a ten poległ po spryskaniu roztworem octu jabłkowego, więc raczej nie karaluch. Podejrzewam, że zapuścił ciekawskie czułki w głąb zewnętrznego klimatyzatora i poszedł, głupi, tunelem w stronę światła. Chrząszcze nazywają w Teksasie junebugs: robaki czerwcowe. Od czasu do czasu drga mu odnóże, a ja zastanawiam się, czy nie wspiąć się dzisiaj na wyżyny moich możliwości i czy go humanitarnie nie dobić. W zabijaniu takim ręcznym mierzi mnie jednak faktura; do takich chrząszczów to najlepiej broń palna, żeby można sobie było z oddali siednąć, rozłożyć sprzęt, złapać na celownik i tak higienicznie się pozbyć problemu. A nie prymitywnie w garść łapać, czuć jakieś tam chrobotanie lub co gorsza chrzęst, lekkość misternej skorupy. Pająk to co innego, pająki zabijam bez kozery, choć tylko kiedy muszę. Ponoć pajęczyny w domu to szczęście. W magię nie wierzę, ale co szkodzi owinąć się w nią jak w wielobarwną szatę, dar kochającego ojca, który woli mnie bardziej niż pozostałych jedenastu synów.

rozerwanie

środa, 22 października 2014

„Co trzeba zrobić, żeby być pirotechnikiem?” - pyta mnie z nadzieją siedzący obok chłopak. Z wysokości naszych miejsc oboje przyglądamy się z fascynacją, jak w dole malutcy technicy rozkładają „towar” na arenie. Wyjaśniam mu wszystko krok po kroku: licencja stanowa bądź federalna, szkolenia, zbieranie doświadczenia, rozeznanie, jakie fajerwerki są dostępne na rynku, jakie mają właściwości, jak w punkcie zapalnym rozbryzgują światło. Oczy mu błyszczą. Strasznie mu się to podoba. Tym bardziej, że od trzech miesięcy nie miał żadnej pracy. „Od trzech miesięcy?” - pytam z niedowierzaniem. - „W budowlance?” Kiwa głową pochmurnie. Zastój. Gdyby chciał, mógłby wyjechać za granicę; na Bliskim Wschodzie szukają budowniczych za niebotyczne stawki, $75 za godzinę z zapewnionym wiktem i opierunkiem. „Więc czemu nie tam?” - pytam. Milczy. Przypomina mi mojego znajomego z lat dziecinnych, też taki opalony, muskularny i wysoki. Trener koszykówki dokuczał mu po udanej grze: „Ty to, Tomuś, ciałko masz do kochania, a nie na męską grę.” Chłopak obok mnie odpowiada: „Boję się.”

dlaczego tu jestem?

poniedziałek, 20 października 2014

W ramach wspólnego komplikowania sobie życia i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze, brat i siostra odpowiadają sporadycznie na pytania dotyczące emigracji.

Pierwsze pytanie brzmi: Dlaczego tu jesteś?
Z Teksasu odpowiadam ja (vel Siostra).

Dlaczego tu jestem?

Na załączonym obrazku widać przecież, że bida z nędzą. Timô se siednie, nóżki wyciągnie, fotkę pstryknie i od razu jest ładnie i ach, bo góry ma. U mnie, gdybym przesunęła telefon wyżej, to zacząłby się parking, zapyziałe osiedle i droga, której nawierzchnię niedawno zaczęto naprawiać. Znaczy się, odgrodzono fałatek i wykopano trzy kratery. Też więc zaczęłam mieć góry, w zasadzie. Góry gruzu. Na horyzoncie natomiast supermarkety-molochy, smoki bez powiek, takie, co nigdy nie zasypiają. Po widoki wątpliwych wieżowców trzeba czterdzieści pięć minut jechać do centrum. Aktualnie więc moje cekinkowe laczki i cienie rzucane przez balustradę to najpiękniejszy widok w okolicy.

Dlaczego więc tu jestem?

Wczoraj znów pykam moje trzysta sześćdziesiąt kilometrów z San Antonio do Houston. Tym razem droga pochłania trzy czwarte baku zamiast jednej trzeciej, bo trafiam na potężnie wietrzny dzień. Wyje tak, że ledwo słyszę Ala Jarreau w głośnikach. Kierownica drga mi niepewnie, muszę kontrolować ją obiema rękami, przez cały czas świadomie wbijać cielsko samochodu w solidną ścianę wiatru.

dlaczego tu jestem?
(Timô)

czwartek, 16 października 2014


W ramach wspólnego komplikowania sobie życia i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze, brat i siostra odpowiadają sporadycznie na pytania dotyczące emigracji.

Pierwsze pytanie brzmi: Dlaczego tu jesteś?
Ze Szwajcarii odpowiada na nie Timô (vel Brat).

republikanie odłączyli mi CNN

poniedziałek, 13 października 2014


Są ludzie, którzy dzień zaczynają od drinka. Hemingway zaczynał dzień od martini. Ja też podobnie truję wątrobę, kiedy jestem w hotelu i nie mogę rano wstać. Włączam amerykańskie wiadomości, Foxa albo CNN (jest podobno między nimi jakaś wielka, mistyczna różnica; jedna stacja walczy po jasnej, druga po ciemnej stronie Mocy), leżę w łóżku i czekam, aż uwodzicielski natłok badziewia przyprawi mnie o torsje i w konsekwencji wyrzuci wielkim łukiem spod pościeli.

A dzisiaj rano CNN nie działa; zostałam zdana na Foxa. Dowiedziałam się przynajmniej, że jakiś haker włamał się do dziecięcego monitora. Krew zastyga w żyłach, te wyżyny ludzkiego zła i dziennikarstwa. Poza tym, z okazji bomby podłożonej w Jemenie, Fox zdecydował się nawet nieśmiało wspomnieć o reszcie świata, choć prezenter tłumaczył się gęsto, że Jemen to sojusznik amerykański, stąd ta nietypowa wzmianka.

Po południu mówię mężowi: „Rano oglądam Foxa, bo republikanie odłączyli mi CNN. Mówię ci, ułożyli się z tym hotelem, żeby CNN nie dało się oglądać. Pewnie znowu wydali na to pieniądze podatników.”

wojna dyszy na kark

sobota, 11 października 2014

Jakieś pięćdziesiąt minut za Houston, na drodze do San Antonio, mija się tablicę z uroczą nazwą „Pyka Road”. Za nic nie mogę przeczytać tego [paika], czyli tak, jak należy wymówić lege artis po angielsku; dla mnie to zawsze jest „pyka”. Pyka, pyka, pyka mi w głowie i śmieję się wtedy jedynymi mięśniami, których jeszcze podczas tej długiej, ponad trzystukilometrowej drogi nie łapie skurcz. Przy Pyka Road po lewej stronie ciągnie się hurtownia militarnych pojazdów terenowych. Wielki odkryty parking, na którym jeden przy drugim ustawione są metalowe księżycowe pojazdy, takie, jakie śmigają po Afganistanie i Iraku. Sprzedawane armii amerykańskiej, brytyjskiej, może nawet naszej? Bo i my tam jesteśmy.

A w San Antonio wojna stoi już tuż obok jak osobliwy bliźni w tłumie; wystarczy wyciągnąć rękę, by poklepać ją po ramieniu. W Stanach San Antonio słynie głównie z urokliwego deptaku wybudowanego wzdłuż rzeki przepływającej przez centrum. Słynie także z ruin klasztoru Alamo, czyli miejsca, w którym rozegrał się kolejny artefakt amerykańskiej historii, przez lata obrosły w mit jak w tłuszcz. Przede wszystkim jednak San Antonio to baza wojskowa, przezywana nawet Militarnym Miastem USA. Znajduje się tu Fort Sam Houston i trzy bazy sił powietrznych, a w pobliżu miasta dwa wojskowe ośrodki szkoleniowe. Z miasta odbywają się regularne loty do bazy amerykańskiej w Niemczech, czyli wcale niedaleko nas. A stamtąd już czuć, jak Bliski Wschód dyszy na kark.

człowiek wysoce fotogeniczny

czwartek, 9 października 2014

Portret właścicieli kolekcji wisi na poczesnym miejscu, tuż naprzeciw szklanych drzwi. Podobają mi się jego zdecydowane, ekspresjonistyczne kreski. Jasnoczerwona suknia pani Kinsey zlewa się prawie z jej skórą. Filigranowa, zamknięta w objęciu stojącego obok męża, patrzy wprost na mnie z lekkim uśmiechem, pewna swojej atrakcyjności.

Otwarcie nowej wystawy Muzeum Historii Afro-Amerykanów w Houston. Na podium para z portretu, ci sami, tylko o kilka lat starsi. To właśnie do nich należy obecna kolekcja prezentowana w muzeum. On w pięknie skrojonym garniturze. Ona w realu jeszcze drobniejsza. Obok nich syn, sportretowany na innym portrecie w niedbałej bluzie, a teraz już dorosły, na oko dobiega około trzydziestki. Cali w uśmiechach, cali w gali; błyszczą perfekcyjnym uzębieniem w blasku licznych fleszy.

Mam dziwne uczucie, że na portrecie wyglądali o wiele prawdziwiej niż w rzeczywistości.

Tatuś poluje

poniedziałek, 6 października 2014

Zawsze, kiedy Annette wspomina swego ojca, mówi o nim „Tatuś”. Nie ojciec, nie tata, zawsze „Tatuś” (tak, tę czułą dużą literę także słychać). Tatuś wybudował drewniany dom, w którym do teraz mieszka Henry i Annette; Tatuś wstawał codziennie o czwartej rano, żeby skorzystać z porannego chłodu, zanim pojechał do pracy rowerem. Obchodził posesję, sprawdzał płot, kosił trawę, doglądał ogródka z warzywami, przycinał niskie konary drzew. Wszystko chodziło jak w zegarku, żadnej prowizorki. Za pomocą swojej skrzynki z narzędziami Tatuś potrafił rozwiązać wszystkie problemy świata. I zawsze poznał się na tandecie. Jeśli Mama nie miała czasu i dała mu do śniadaniówki odmrożony „telewizyjny obiad”, czyli gotowca, zawsze umiał świństwo rozpoznać. Do kosza szło z marszu. Tatuś nigdy się nie gniewał, nie musiał. „Nigdy nie podniósł na mnie głosu, ale i tak strasznie się go bałam."

w kadr nieruchomy, tragedia

piątek, 3 października 2014

Kiedy byłam małą dziewczynką, zwierzyłam się przyjaciółce, że kiedy dorosnę, to zostanę pisarką i nie będę miała domu, będę mieszkać w hotelach. No i co. Wyprorokowałam sobie. Dwadzieścia lat później tym bardziej wiem, że nie ma lepszej pracy niż praca nad tekstem. A jeśli chodzi o brak domu i szlajanie się po hotelach, to także się ziściło przez ostatnie dwa-trzy lata. Zamazywaliśmy wspólnie tę mapę Stanów Zjednoczonych jak zamaszystymi pociągnięciami grubych świecowych kredek. Kupiłam sobie w ciuchbudzie tandetną komodę z wieżą Eiffla i Big Benem (!), postawiłam ją w kąciku u Henry’ego i Annette i gromadziłam w niej ważne papiery, sczytane książki z drugiej ręki i namiętnie kupowane obcasy. To były moje cztery kąty. Jeden z komodą.

Kundera by pozazdrościł takiej lekkości bytu. Ślizga się człowiek po tych dniach, z poczuciem egzystencjalnej nieważkości. Budzi się z ogłupiałym błędnikiem; nie wie, czy za oknem ma palmy, czy świerki.

Podczas podróży, czasem nocą, gdy na zewnątrz poza lśniącymi pasami szosy nic nie widać, badamy temperaturę na zewnątrz wierzchem ręki. Przystawiamy ją do okna samochodu, żeby poczuć, czy czeka nas ocieplenie, czy chłód.

cleveland zdeptane i zdarte

środa, 1 października 2014

Cleveland wygląda jak Warszawa. Choć oczywiście osobie zakochanej wszystko przypomina obiekt uczuć. Może to te szerokie ulice, może iglica centrum handlowego Tower City, która przypomina mi Pałac Kultury i Nauki, a może po prostu fakt, że wydziczała po Houston, które z powodu gorąca często wygląda tak, jakby wymarli w nim wszyscy mieszkańcy, wreszcie widzę na ulicach przechodniów, całkiem licznych, i wpadam z tego powodu w perypatetyczną głupawkę. Po zakończonym dniu pracy wydeptuję chodniki Cleveland w moich czerwonych sandałkach, jak te panienki z baśni Grimma, które noc w noc zdzierały pantofelki na zakazanych nocnych tańcach. Szwendam się po ulicach, bo ogródki rozstawione przy restauracjach przyprawiają mnie o szczęśliwe palpitacje serca; idę sobie promenadą nad jezioro Erie, które tak naprawdę jest wielkie jak niektóre europejskie morza, i dmie także jak na morze przystało. Siedzę sobie z książką na ławeczce, naprzeciw mnie brokatowa powierzchnia wody skrząca się od słońca, mizdrzące się do siebie pary, zrelaksowani spacerowicze i oczywiście rozpstrykani turyści. Normalność. Normalność!

Drugiego dnia trafiam na weekendowy air show, czyli pokaz lotniczy; na promenadzie zbiera się sporo ludzi, a ja czuję podniecenie jak zboczeniec, dla którego tłum to okazja do zdrożnego kontaktu. Brak mi strasznie chodzenia w tłumie. Brak mi stania na czerwonych światłach i przyglądania się ludziom po drugiej stronie ulicy. Brak mi chodników. W teksaskim Baytown w ogóle ich nie ma. A tam, gdzie akurat się zdarzą, to w ogóle nie można na nie liczyć, bo to chodniki-fantomy. Ciągną się obiecująco, zwodniczo, po czym nagle znikają, czasem w środku trawnika, w sposób całkowicie niewytłumaczalny.

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo