rozwalam Starbucksa

piątek, 29 sierpnia 2014

Mój sprytny plan rozwalenia Starbucksa polega na tym, że kupuję w nim regularnie kawę za dwa dolary, po czym (ponieważ z moją starbucksową kartą stałego klienta co dwanaście kaw dostaję jedną gratis) zamawiam wielką, największą chai tea latte z mlekiem sojowym zamiast krowiego, czyli prawie siedem dolarów na koszt korporacji.

Poza tym przesiaduję w nim długimi godzinami, gdy akurat pracuję nad czymś, przy czym wyjątkowo nie muszę żonglować dwoma lub trzema ekranami. Na ich koszt podładowuję sobie elektronikę, siedzę w internecie i zużywam dane, spuszczam wodę w łazience, kreatywnie zużywam mydło w płynie i ćwiczę mój talent do origami na bioprzetwarzalnych serwetkach. Ogólnie tylko patrzeć, jak Starbucks wyzionie ducha.

Po lekturze kultowej książki „No Logo” Naomi Klein, wspierać Starbucksa zupełnie mi się odechciało. Natomiast po moim przyjeździe do Stanów okazało się, że owszem, współzawodnictwo handlowe jest sakramentem i owszem, jako konsument mam wybór. Mogę pić kawę w Starbucksie lub robić sobie w domu. Inne lokalne kafejki na mojej prowincji Starbucks sakramentnie zagryzł.

pelargonie i sól

środa, 27 sierpnia 2014

Najlepszą kawę robi Babcia. Nie ma tu nawet za bardzo jakiejś poważnej rywalizacji, po prostu tak jest i już. Coś w wodzie na terenach byłego warszawskiego getta, coś w proporcjach soli i cukru waniliowego, które nigdy mi idealnie nie wychodzą; jakieś opium, żeby tak cichcem zerżnąć z Musierowicz, jakieś opium w tej kawie jest. Trzeba się po tę kawę wspiąć trzy piętra i już od parteru czuć jej słodko-gorzki smak w tyle języka. Później siedzimy sobie razem przy rozkładanym stole w saloniku, Babcia po królewsku wyprostowana na krześle, ja na niskiej zapadającej się sofie, tak że muszę na Babcię patrzeć od dołu i znowu jestem dzieckiem, jestem mała i zacudowana, w oczach mam wielkie pelargonie i zieloność za oknem, a Babcia się mną opiekuje. U Babci nic się strasznie złego stać nie może, jak u Tiffany’ego, na pewno! Babcia zaciąga się - z braku lepszego słowa - zaciąga się pierwszym łykiem kawy, smakuje, po czym mówi sobie na głos, w sumie nie do mnie, po prostu sobie samej, z takim egzystencjalnym samozadowoleniem: „Guten Kaffee hab’ ich gemacht.” Dobrą kawę zrobiłam.


kawa z agentem

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Kiedy Henry, już jako dwudziestoparolatek, zaczął starać się o „prawdziwą” pracę, okazało się, że tak na dobrą sprawę nie istnieje. Tym, których szkolą na agentów CIA, nie dają osobowości prawnej. Musiał sam sobie wyrobić wszystkie odpowiednie numerki, zanim ktokolwiek wziął go w ogóle pod uwagę. Udało się, przez następne czterdzieści lat pracował jako listonosz. Jako listonosz także uległ dwóm poważnym wypadkom samochodowym, które w połączeniu z wcześniejszymi uszkodzeniami pokiereszowały mu precyzyjnie kręgosłup. Obecnie, to co u większości ludzi widnieje na plecach jako linia pionowa, plus minus prosta, ewentualnie z jakimś łagodnym skrętem, u Henry’ego przypomina zabliźniony zygzak, falisty szlaczek, który dzieci cyzelują w przedszkolu. Żeby przeżyć ból, codziennie rano Henry połyka sporą piąstkę leków. Kilka środków przeciwbólowych, kilka antydepresantów i kilka takich, które regulują działania uboczne dwóch pierwszych kategorii.

Serce natomiast ma jak dzwon, mówi mu jego lekarz.

Zanim wprowadziłam się do osobnego mieszkania, mieszkałam z Henrym i jego żoną Annette. Codziennie rano dreptałam do kuchni i zaparzałam ogromny dzbanek mocnej kawy, bo jak to powtarza Henry, on wcale rano kawy pić nie musi, ale jak jej nie ma, to kogoś zabije. A w przypadku Henry’ego nie musi to być wcale figura stylistyczna, podkreślam. Tak więc kawa zawsze jest.

przez pustynię

piątek, 22 sierpnia 2014

Przez pustynię jedzie się bardzo prosto. Wstukuje się żądaną lokalizację w GPS-a, urządzonko myśli, pokazuje ci klepsydrę i diagramy i wreszcie mówi uprzejmie: „Przez następne 627 kilometrów pozostań na autostradzie X”. Przez kolejne sześć godzin mam w perspektywie wielkie nic. Nawet sobie nie poskręcam; kto wie, czy powyprzedzam. Mózg aż się cofa przed taką krawędzią.

Aby oszczędzić oczy i motor, w drogę wybieram się pod wieczór, złocistą magiczną porą tuż przed zachodem słońca. W zabudowaniach na skraju pustyni, gdzie wieczorne powietrze pachnie od hamburgerowego tłuszczu i rozmiękłych frytek, zaopatruję się w dodatkową wodę i wysoki kubek lodów czekoladowych (jedyna zjadliwa rzecz w promieniu dziesięciu mil). Czekam w długiej kolejce za innymi samochodami, aż potężny pan w fioletowym T-shircie z plamami potu pod pachami i na piersiach, doręczy mi papierową torbę z moim zakupem. Złote światło słońca pokazuje mi, jakie mam zacieki na przedniej szybie.

Nie chce mi się odjeżdżać w niebyt, ale trudno, trzeba to trzeba.

czekam na włamanie

środa, 20 sierpnia 2014

Mężczyźni mojego życia zgodnie uważają, że jestem nieodpowiedzialna, nieostrożna, impulsywna i ogólnie gdyby nie oni i ich nadopiekuńcza paranoja, na pewno zginęłabym efektowną śmiercią opisaną smakowicie na pierwszych stronach podrzędnych brukowców. Fakt, rozmawiam z bezdomnymi, uśmiecham się do ponurych przechodniów i ośmielam ich do rozmowy; na dodatek, o zgrozo, jeżdżę z opuszczonymi szybami, chlustam muzyką jak pospolity burak i owszem, wystaję tak na długich czerwonych światłach mojego miasteczka. Ale szyby i tak nie są kuloodporne, więc raczej nie pomogą mi zbytnio w przypadku strzelaniny, a rozbryzgujące się szkło może uczynić organizmowi więcej szkody niż pożytku. A tak, to przynajmniej sobie pogadam. Więzy międzyludzkie pozacieśniam, spaliny powdycham, układ immunologiczny poćwiczę. Tak się zdrowo odżywiam, że przed czym on tam ma się bronić? Pompeczki, panie immunologiczny, pompeczki! Filtrować, ćwiczyć kondycję, bronić komórki przed ołowiem! I każdy wygrywa.

kotek!

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Na naszym osiedlu zatrzęsienie kotów. Zatrzęsienie! I to nie takich słodkich koteczków z różową kokardką na szyjce, jakich pełno w internecie, ale drapieżników. Bezpańskich, szczwanych, nieufnych, chudych i żylastych jak soliści baletu moskiewskiego, tak że żebra można policzyć, ale gołym okiem widać, że z życiem się tak łatwo nie rozstanie. Włóczą się watahami, jak wilki. Czają się wokół śmietników i w nocy, kiedy ustaje ruch na parkingu, wychodzą plądrować. W nocy słychać czasem ich wrzaski, gdy walczą o odpadki. Nagłe, rwane miauknięcia, pełne furii i świętego przekonania, że to moje, nie rusz! Zagryzę!

ktoś jest

piątek, 15 sierpnia 2014

Nocami ktoś siada sobie na schodach prowadzących na nasze piętro i sączy piwko. Schodków jest czternaście, nocny gość siada sobie tak na siódmym, szóstym, więc nie na tyle wysoko, żeby zaglądnąć w okno naszej sypialni, ale akurat tyle, by odciąć się od przyległego parkingu i zdobyć kawałek własnej przestrzeni. Uważam wybór tego szóstego stopnia za przejaw dyskrecji i nawet pewnej kindersztuby. Do tej pory nie widziałam tajemniczego gościa; przychodzi zdaje się po jedenastej, ale raz zasiedział się dłużej i najwyraźniej uciął sobie błogą piwną drzemkę, bo nasz sąsiad, który pracuje nocami i wraca do mieszkania po trzeciej nad ranem, wpadł na niego raz wchodząc po schodach. Znają się chyba, bo po chwili oczywistej konsternacji ucięli sobie pod moim oknem ożywioną pogawędkę. Najwyraźniej więc miejsce jest stałe i zwyczaj również ustalony.

Czasem zostawia po sobie butelkę. Zawsze po piwie Coors, marnym amerykańskim sikaczu, które moim zdaniem nadaje się tylko do tego, żeby wrzucić do niego dwie, trzy kulki lodów waniliowych i ewentualnie rozkloszowany parasolik, żeby się dzieci cieszyły. Przerasta mnie, jak można pić Coorsa pod rozgwieżdżonym niebem i podniecać się egzystencjalnie; butelkę jednak zostawiam, bo miło. Przesuwam ją tylko trochę w bok, w czuły cień balustrady.

Turnau nie wyśpiewa

wtorek, 12 sierpnia 2014

Czasem udaje mi się skręcić za winkiel i uciec tej świadomości z pola widzenia. Jak na filmie akcji, kiedy ścigający przebiega w amoku obok, wymachując giwierą, a bohater oddycha z ulgą. Obieram bataty na zupę z dyni, patrzę na grzbiety moich książek ustawionych rządkiem na kuchennym okapie, i przez kilka błogosławionych chwil mam uczucie, że wszystko jest tak, jak być powinno. Rozchwiane szale zawisły w równowadze, wszystko jest w porządku. „A czy ty wiesz, co znaczy miłość?” - pyta mnie z głośników Turnau. I jest tak, jakbym wcale nie była bardzo daleko, w małym, prowincjonalnym mieście, gdzie życie tli się tak w tak niepojęty sposób i broni się przed zapomnieniem z taką zaciętością...

„Widzisz, to nie jest takie proste” - dopowiada Turnau. - „I ja, i dziwna moja miłość. / Choć coraz prościej gaśnie życie / w prowincjonalnym małym mieście.”

Niedawno w miasteczku oddalonym o jakieś 40 minut od mojego (dokąd jeżdżę czasem po kanwę i wykresy do moich haftów), życie zgasło z iście amerykańską, skuteczną prostotą. Para z Midwestu miała problemy małżeńskie, żona ostatecznie zostawiła męża, załadowała bambetle na swojego pickupa i razem z trójką dzieci przejechała kilkaset kilometrów do Teksasu i wprowadziła się do siostry. Mąż oczywiście nie dał za wygraną.

100 percent Mexican

sobota, 9 sierpnia 2014

Carlos kręci nade mną głową. Grzebie przy mojej spłuczce, zdejmuje porcelanową pokrywę z rezerwuaru i zagląda w skomplikowaną maszynerię, w której urwał się cienki trefny łańcuszek. Wszystko to mrucząc sobie coś tam pod nosem. „Jak to nie masz ślubu kościelnego?!” - wybucha wreszcie. - „Bez kościoła to nie ślub. On nie będzie tego traktował poważnie. Pójdzie se, wróci, pójdzie se, wróci, a ty będziesz płakać.”

I trze oczy grzbietem ręki, żeby mi to zilustrować. Oczy ma bardzo zmęczone i ogólnie cały wygląda na zmordowanego. Jest wpół do szóstej i zadzwoniłam prawie na sam koniec fajrantu. A on był na osiedlu od rana; od rana widzę z antresoli, jak jeździ po osiedlu swoim wózkiem golfowym, od problemu do problemu, w blisko czterdziestopniowym upale. Z rysów twarzy przypomina mi mojego dziadka. Ta sama szczęka, ta sama obcesowa energia w oczach. Tylko oczywiście skóra dwa razy bardziej brązowa.

czekam na deszcz

czwartek, 7 sierpnia 2014

Czekam na deszcz. Jest pora deszczowa i niebo od rana jest granatowe, ciężkie. Od rana zatem średnio co dwadzieścia minut podlatuję do okna i podglądam przez żaluzje, czy już, czy jeszcze nie. Nie jest to takie oczywiste, bo na zewnątrz przez cały czas szumią klimatyzatory; wiadomo, Stany Zjednoczone, prawo do klimatyzacji w okresie letnim jest prawem konstytucyjnym każdego człowieka! Tak więc nabawiam się psychozy szumu. Siedzę, pracuję, poprawiam, dumam i nagle ogarnia mnie pewność, pewność mówię, że ten szum za oknem to ten szum, na który czekam, ten jedyny! Pędzę do okna, a tam słońce się przedziera przez chmury, złoci trawnik i wygląda na to, że deszczu w ogóle, ale to w ogóle dzisiaj nie będzie! Życie jest okrutne.

Oczywiście, kiedy wreszcie nadchodzi szum, ten właściwy szum, sprawa od razu jest oczywista. W ogóle nie da się go pomylić z buczeniem klimatyzora, co ja tam sobie wmawiam! Brzmi raczej jak rozdzwonienie się miotełek pierkusisty na mosiężnym talerzu, bez tłumika oczywiście. Jakiś bezsilny krzyk, tupot stóp zaskoczonych przechodniów, których deszcz złapał na gorącym uczynku. Aha! Myśleliście, że coś tam pod moim nosem załatwicie? Nic z tego! Szum jest tryumfalny, wyzywający wręcz w swojej sile. Chwytam więc przygotowany właśnie zielony koktajl z awokado, kiwi i ananasa i wypadam na antresolę, szczęśliwa jak diabli. Deszcze tutaj są idealnie pionowe, nic nie zacina. Człowiek siedzi sobie pod daszkiem przytulnie jak w uchu. Tylko taka srebrzysta deszczowa mgiełka osiada na włoskach na przedramieniu.

ciernie (opowiadanie)

wtorek, 5 sierpnia 2014

Gdy nie wyrzuca się śmieci, z czasem zarastają dom jak ciernie. Zgrzewki po soku pomarańczowym, sznurkowe siatki po ziemniakach, pudła po gadżetach kupionych w internecie, dmuchane koperty z twoim imieniem na wierzchu. Wielkie opakowanie po ekspresie do kawy, który kupił dla ciebie ktoś... dawno temu, a jednak pamiętasz. I materiał dowodowy też jest, choć ekspres już dawno wyzionął ducha. Nie wyrzucasz go. Niech stoi sobie na blacie obok nieużywanego młynka do kawy. Koniecznie chciałeś mielić kawę, pamiętasz? To jest. A gdzie jesteś ty?

Koło martwego ekspresu wazon z granatowego szkła. Zwiędły dawno kwiaty, które przyszły do ciebie razem z tym wazonem. Zwiędły i zbutwiały. Nie wyrzuciłaś ich. Wyrzucił kto inny. Zagląda tu przecież on albo jego matka, ta stara kobieta, która opiekuje się twoim dzieckiem. Może czasem ściągają tu także innych, żeby im pokazać, „w jakim to chlewie ona żyje”. Nie interesuje cię to. Kogoś w każdym razie trafił szlag i wyrzucił ten zaśmierdnięty bukiet. Nieduży: kilka herbacianych róż, spiczaste trawy, okrągłe głowy stokrotek. Ale i tak serce ci się ścisnęło na ten widok, na widok olbrzymiej wyrwy widocznej w przestrzeni nad wazonem.

najbrzydsze miejsce na świecie

sobota, 2 sierpnia 2014

Kilkadziesiąt kilometrów za San Antonio, przy autostradzie międzystanowej nr 10, znajduje się widoczne z szosy niewielkie gospodarstwo, a przy nim wielki znak: „HAY SALES”. Ponieważ zwykle w San Antonio mój mózg porasta językiem hiszpańskim, jak pluszowym mchem, znak ten nieodmiennie wytrąca mnie z równowagi. Przez chwilę bowiem wydaje mi się, że znak ogłasza po prostu fakt wyprzedaży, mieszając angielski z hiszpańskim. Mija kilka długich sekund, zanim mój mózg otrząśnie z siebie niewłaściwy język, otrzepie się z jego poszycia i wymaca w kieszeni właściwy sens zarejestrowanego transparentu. Wreszcie jest. „Sprzedaż siana”. W tym momencie uświadamiam sobie, że nie ma mnie już w San Antonio.

W San Antonio bywam średnio kilka razy na miesiąc. Lekko trzysta czterdzieści kilometrów od mojego domu, czyli niewiele ponad trzy godziny jazdy, czasem cztery, jak na autostradzie zdarzy się jakiś wypadek. Kilka razy na miesiąc zaczynam więc dzień od jajecznicy z potężną dawką superostrych papryczek jalapeños i fury opiekanych ziemniaków, oczywiście w towarzystwie wszędobylskiej smażonej fasoli. Tylko w San Antonio!

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo