Houston, mamy szorty

czwartek, 31 lipca 2014

Siedzę sobie na antresoli Bogu ducha winna, a tu z mieszkania piętro niżej wychodzi babeczka z psem. Wynalazca bikini powiedział kiedyś, że dobre bikini powinno dać się swobodnie przesunąć przez średniej wielkości pierścionek; wydaje mi się, że szorty tej babeczki też spełniłyby to kryterium. Babeczka stara się je co prawda od czasu do czasu trochę obciągnąć, ale bardziej pro forma niż z przekonania, bo co się dzieje, każdy widzi. To znaczy każdy udaje oczywiście, że nie widzi, ale i tak łypie oczkiem w odpowiednim kierunku.

Babeczka w szortach mieszka w mieszkaniu po przekątnej z małą córeczką i wspomnianym już psem. Obok niej mieszka Rick, właściciel czerwonego pickupa, który zawsze parkuje tyłem w teoretycznie niedozwolonym miejscu zamazanym liniami. Howard pożycza Rickowi na noc swojego psa, rozkosznego kilkumiesięcznego buldoga. Jego suczka miała niedawno młode i Howard obdzielił szczeniakami kilku sąsiadów w okolicy. Po cichu sądzę, że ta dobroczynność jest po trosze jego sposobem na utrzymanie kontroli w stadzie.

oczywiście

wtorek, 29 lipca 2014

Człowiek z jednej strony chce, żeby wszystko układało się po jego myśli, a z drugiej narzeka, że życie ma nudne i nic ciekawego mu się nie przytrafia. (Oczywiście mówiąc „człowiek”, mam na myśli siebie, bo reszta świata mnie za bardzo nie obchodzi, mnie obchodzi to, że mnie but uciska!). A życie: „Ty mi tak, to ja też tobie tak”, i proszę bardzo: Idę wyrzucić śmieci i przy okazji zamaszystym łukiem wrzucam do wielkiego kontenera, razem ze śmieciami, pęk moich kluczy. Kluczy do wszystkiego, absolutnie do wszystkiego. Bez nich jestem nikim, jestem bezdomna i bezrobotna, w położeniu o wiele gorszym niż panowie pod mostem, bo oni wożą ze sobą zwykle furę swoich rzeczy, a przynajmniej reklamóweczkę lub dwie, a ja nie mam ani komórki, ani samochodu, ani szczoteczki do zębów. Ni toch! Jeno co mi się te okulary słoneczne na nosie ostały i T-shirt w paseczki na grzbiecie. Dodam, że jestem w stanie przedmakijażowym i przedprysznicowym, więc nie ma co się łudzić, że ktoś mi pomoże, bo wiadomo, tylko ładnym i zgrabnym, a ja nawet szortów seksownych nie mam, tylko jakieś workowate, obzęzane porcięta. Umarł w klapkach!

ja też potrafię!

poniedziałek, 28 lipca 2014

Tata miał rację. Tata miał rację! Ja nawet nie muszę do niego dzwonić, bo i tak znam jego zdanie w niemal każdej sprawie, i to na wyrywki, jak tabliczkę mnożenia. Oczywiście miał rację kpiąc sobie z plastikowych złączeń na mojej pięknej metalowej etażerce. Plastikowe złączenia to zło i barachło. Oto bowiem po kilku tygodniach przeciętnego użytkowania etażerka zaczyna przekrzywiać się dość znacznie w lewą stronę. Na dodatek tuż obok, po lewej stronie, pyszni się cud-ekran iluśtam calowy, wielki że ho ho, oczko w głowie Mężczyzny i pewnie projekcja jego męskiego ego. Połączenie to nie nastraja optymistycznie. A że ustawiłam etażerkę dokładnie naprzeciw naszego łoża, przed snem mam idealny widok na nadchodzącą katastrofę.

W ramach romantycznych rozmów pościelowych pytam Mężczyznę, czy etażerka się przewróci. On na to: „Ostatecznie...”.

cieknący kran

piątek, 25 lipca 2014

W mojej łazience straszy. Pierwszego dnia wyłażę spod prysznica, a na zaparowanym lustrze wielki, dziecięcy napis: „Kocham Cię, Mamo!” z uśmiechniętą buźką i koślawym serduchem.

Nie wiem, jak się do tego ustosunkować. Nie zmazałam jednak, bo odkrycie to wydało mi się krzepiące.

Od tamtego pierwszego razu po każdym zaparowaniu napis jest ciut bledszy, ale nadal uporczywie broni się przed całkowitym zniknięciem. Trochę mi tego znikania żal, ale nie mogę zapobiec stracie. Po wyprowadzeniu się każdego lokatora Carlos z grupą robotników pieczołowicie zamazują ślady cudzego istnienia. Robią to akurat w sąsiednim budynku, więc widzę, co się dzieje. Wszelkie pozostawione graty są wywożone w wielkiej klatce, niczym na niedźwiedzia, owiniętej srebrzystą siatką. Zrywana jest wykładzina. Kładzione jest nowe linoleum. Wymieniane są listwy przypodłogowe. Wszystko jest malowane na bezosobowy beż. Nie ma plam na ścianach, nie ma dziur po obrazach i figurkach, nie ma nalotu na wywietrzniku nad kuchenką, który zdradziłby mi, czy mieszkańcy pochodzili z Indii czy z Meksyku, czy preferowali curry i kolendrę czy kmin rzymski i chili. Mieszkanie jest bezlitośnie sterylne. Pachnie farbą i klejem. Tylko ten napis na lustrze...

sen

środa, 23 lipca 2014

Dzisiaj w nocy miałam mój pierwszy facebookowy sen. Śniło mi się, że brat zostawił mi wiadomość na facebooku: „Co my się tak bawimy w te odległości. Porozmawiajmy jak ludzie. Zadzwoń.” Obudziłam się szczęśliwa. Komórka wskazuje piątą nad ranem. Świt uporczywie wciska się do sypialni przez stłoczone żaluzje. Brzeżkiem świadomości rejestruję rzężenie śmieciarki. Obracam się na drugi bok. Chcę zaliczyć jeszcze przynajmniej z godzinę dobroczynnego snu.

Kiedy wstaję rano, nie pamiętam o tym śnie. A raczej, nie pamiętam, że to był sen. Mam tylko poczucie nieodwracalnej straty, niezbywalne przeświadczenie, że coś jest nie tak. Niepokój wskakuje mi na plecy niczym ciężki, złośliwy troll. Nie potrafię go z siebie strząsnąć, taszczę go ze sobą jak winę.

pickupowe stany mityczne

sobota, 19 lipca 2014

Mężczyzna kupił mi pickupa. Stwierdził, że dla swojego komfortu psychicznego musi wiedzieć, iż jestem bezpieczna na drodze i nie zagrożą mi „szaleni amerykańscy kierowcy” (cytat). Jak dotąd, nie natknęłam się na przedstawiciela tego gatunku; jeżdżę od kilku miesięcy i nikt nawet na mnie pipnął. Nie wiem, czy to kwestia moich niesamowitych umiejętności drogowych, czy też po prostu kurtuazja tutejszych kierowców. Szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy ostatnio słyszałam tu klakson.


Nikt nawet nie pisnął, kiedy, włączając się do ruchu (całkiem ożywionego) na wstecznym, pomyliłam następnie biegi i z wielkim rykiem silnika próbowałam ruszyć na luzie (nie da się). Tyle jeśli chodzi o moje niesamowite umiejętności jako kierowcy.

te di la vida entera

czwartek, 17 lipca 2014

Pierwszego dnia po podpisaniu umowy o wynajem przychodzę do mieszkania z częścią rzeczy i dosłownie grzęznę w mule. Poprzedniego dnia padało, a ja, objuczona jak wielbłądzica w japonkach, próbuję skrócić sobie drogę od parkingu do chodnika. Ziemia jednak jest jeszcze mokra i jeden z moich sandałków zostaje w trawiastym błocku. Błocko cmoka z dezaprobatą, gdy wydzieram mu zdobycz. Gdy wreszcie wchodzę na schody, moje japonki zostawiają wielkie błotniste placki na cementowych stopniach.

Drzwi są otwarte na oścież. W łazience mechanik Carlos naprawia klimatyzację. Mój widok trochę go peszy, bo nie umie za bardzo mówić po angielsku. Informuję go, że może mówić po hiszpańsku, ale moja cara de gringa zbija go z tropu, bo jednak co i rusz próbuje swoich sił po angielsku. A może po prostu chce się popisać, kto wie. Wyjaśnia mi szczegółowo, co było nie tak z klimatyzatorem. (Nie zna wszystkich odpowiednich słówek angielskich, ale to mu nie przeszkadza: nie zwalniając tempa, wrzuca ekwiwalenty hiszpańskie, więc w pewnym momencie trudno nawet stwierdzić, w jakim języku właściwie rozmawiamy). Następnie wychodzi po pistolet silikonowy, żeby załatać dziurę w suficie nad wanną.

chlustam!

środa, 16 lipca 2014

Howard uważa, że nasze osiedle jest wspaniałe. Wspaniałe. Powtarza mi to kilkakrotnie, bo jest trochę wstawiony. Właśnie urodziła mu się wnuczka, więc cały piątek świętował nowe życie. Wraz z nim świętowało mimowolnie całe osiedle, a przynajmniej cały blok, bo Howard ma głośnik stereo wielkości małego słonia, nie żartuję. Gdy jest szczęśliwy, otwiera drzwi na oścież i chlusta swoją muzyką na cały świat. Jest to na swój sposób piękne, przyznaję. Ale moje okna wychodzą na jego blok. Samo mieszkanie jest wyciszone, więc melodii jako takiej nie słyszę, ale szkielet budynku cały wibruje od tłustego beatu. Nie ułatwia mi to pracy.

Howard koniecznie chce, żebym poznała jego żonę. Siedzi z nią na chodniku przed domem, w parcianych piknikowych krzesłach. (Muzyka nadal chlusta). Macha do mnie zawzięcie, gdy wychodzę na antresolę. Żona Howarda jest bardzo ładna, ale omija mnie wzrokiem. Wygląda na o wiele młodszą od niego. Ale Howard jest na pewno starszy, niż wskazuje na to jego sterany wygląd, więc mogą być plus minus rówieśnikami. Pochodzą z Nowego Orleanu. „Fajne miejsce, ale jak nie uważasz, to może się zamienić w tragedię...”. Nie wnikam. Howard jest rozanielony, oczywiście. „To jest wspaniałe osiedle. Moje osiedle. Zobacz, wszyscy tutaj są na luzie. Ja jestem na luzie, wszyscy są na luzie. Najlepsze miejsce, jakie mogłem wybrać. To żona je znalazła. Wspaniałe miejsce!”. Żona Howarda patrzy na niego i nie odzywa się. Siedzi sobie w swoim krzesełku z nogą założoną na nogę i macha zgrabną opaloną stópką. „Ja też znalazłam to osiedle dla mojego męża” - mówię do niej wprost, żeby na mnie spojrzała. Uśmiecha się, ale nadal nic nie mówi. Nie mówi mi także swojego imienia, a gdy wyciągam w jej stronę rękę, wyczuwam moment konsternacji. Zaraz jednak podaje mi swoją. Nadal nic nie mówi i ledwo na mnie patrzy. No cóż. Żegnam się i wracam do pracy. Mimo wszystko cieszę się, że dzieci nie rodzą się codziennie.

tymczasem

wtorek, 15 lipca 2014

Tak. Turkusowy odkurzacz nadal stoi, wyprostowany w pełnej gotowości, przy drzwiach mojego sąsiada. W półprzeźroczystym kanistrze widać nawet jakieś papierowe skrętki i drobny kurz, wciągnięte najpewniej podczas ostatniego porywu czystości. Rozbrajająca jest ta wiara w człowieka, bo jaką ma ten mój sąsiad gwarancję, że ja na przykład, w desperacji, której jestem bliska, nie zachachmęcę mu ukradkiem tego turkusowego cudeńka? Co prawda to Eureka, a więc półka raczej z tych niższych, ale zawsze to decyzja z głowy, a odkurzacz w kieszeni. W moim poszukiwaniu wciągacza idealnego dla moich potrzeb, doszłam bowiem do frustrującego impasu. Rozognione, acz sprzeczne dyskusje na Amazonie, idiosynkratyczne doświadczenia znajomych, a także przeżycia własne, stały się swego rodzaju hałasem w tle, szumem odległej autostrady. Tak bardzo mi zależało na znalezieniu ideału, że teraz jakoś już nie zależy. Tymczasem kurz osiada.

Zwłaszcza na wysokiej wykładzinie, jedynym minusie mojego nowego mieszkania. Ten fakt również staram się, zawzięcie wdychając roztocza, zignorować.

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo