pocztówka świąteczna z paszczą

wtorek, 23 grudnia 2014

W czasach PRL-u w okresie świątecznym polowało się na pomarańcze i orzechy. Po ryby stało się w wielkich kolejkach. Dzisiaj wysłano mnie z bratem po ostatnie sprawunki. Mamy kupić mintaja albo pangę, albo morszczuka. Jedziemy w drobnym kaszkowatym deszczu (pogoda, jak historia, też się ciut zmieniła).

Pamiętam jeszcze, jak dawno temu, rodzice kupili mi na Gwiazdkę wielki kefir. Zachwycona, siorbałam go z takim smakiem, że mama musiała mi w końcu zwrócić uwagę: „Nino, czy nie mogłabyś się rozkoszować swoim prezentem trochę ciszej?”. Teraz nie dostaję już takich fajnych prezentów. A może po prostu nie potrafię się już tak fajnie nimi cieszyć. Mały człowiek przeżywa wszystko inaczej; w ważnych momentach cały staje się jedną wielką, niczym nie podbarwioną emocją. Później przybywa mu lat i wzrostu, w związku z czym robi się w nim o wiele więcej miejsca. Wydłużają się nogi, wydłużają się ręce, następuje ekspansja tułowia; można sobie w tym M-4 nagromadzić zmartwień, naskładać sprzeczności, perspektyw i odcieni.

jeżycki technicolor

czwartek, 18 grudnia 2014

O poranku, w mój sen wślizguje się jakieś stłumione nagranie Deana Martina. Mambo Italiano gra w klasy z budzącą się świadomością. Śnię zawsze w technicolorze, wielowątkowe pacnięcia rozemocjonowanej farby. Czasem mnie to niepokoi, czasem absorbuje tak dalece, że nie mam ochoty wstawać, bo rzeczywistość wydaje mi się niemożliwie szara w porównaniu do mojego prywatnego Hollywood. Zima w Polsce tym bardziej operuje ograniczoną paletą barw. Wygrzebuję się z wojskowego śpiwora. Patrzę w dół przez okno kamienicy; nawierzchnia ulicy lśni od wilgoci. Pada? Szukam kręgów na kałużach, ale większych brak; jakieś podłużne miniaturowe lusterka błyskają między fałdami w asfalcie. Siostra już wstała; pijemy porannego szatana do rytmu Martina i okazjonalnego tramwaju. Obie ścieżki dźwiękowe szumią na swój sposób. Patrzymy na kamienne balkony sąsiadów z naprzeciwka. Na balustradach siedzą zmarznięte gołębie. Nastroszone w kształt kanciastej kulki, chowają główki w siebie, jak rosyjskie damy w wielkich napuszonych paletkach.

kolaż bon voyage

piątek, 12 grudnia 2014

Ostatnie meksykańskie śniadanie. Jajecznica z papryczkami jalapeños, breja fasoli i papas fritas, oczywiście w powodzi wściekle ostrej salsy. Jadę do taqueríi w japonkach, bo nie chce mi się sznurować butów. Załapuję się na koniec audycji publicznego radia o tłumaczeniu perskiej poezji. Koniecznie kawa, ta amaretto, bo ostatnimi dniami wstaję z jej smakiem w tyle języka i akt jej zaparzenia zastępuje mi czasem śniadanie. Czy moja walizka waży 23 kilogramy? Dziwne urządzenie w kształcie wieszaka wyświetla wagę, ale tylko w funtach. Irracjonalny lęk, że w czasie mojej nieobecności w mieszkaniu rozpanoszą się karaluchy. Czy zabrałam wszystkie ładowarki? Każde cudeńko mające rzekomo ułatwić mi życie oddaje się radosnej prokreacji; towarzyszy mu już nie tylko ładowarka, ale i dodatkowy dłuższy przewód, i jeszcze dodatkowa wtyczka, taka rozgałęziona, żeby można było w nią wetknąć jeszcze więcej podobnych cudeniek, i oczywiście konwerter. Parzenie kawy opóźnia wyjazd na lotnisko. Krążę nad lejkiem jak kat nad dobrą duszą, a on stoicko kap - i zator, kap - i zator.


chmury i wiatr, i słońce

poniedziałek, 8 grudnia 2014


W drodze na Teksaski Festiwal Renesansowy, podziwiamy chmury. Dzień jest wietrzny, a chmury widowiskowe. Przypominają mi beztroski obraz brytyjskiej impresjonistki Laury Knight: białe kłęby chmur wypełniają prawie całe płótno. Na samym dole, na żółtej od słońca trawie, leżą na kocu dwie kobiety. Jedna otwiera zieloną parasolkę; w cieniu rozpiętego materiału jej ramię wydaje się czerwone. Druga opiera się na ręce, jej długie włosy rozwiewa mocny wiatr. Ma ciemne nakrycie głowy - rozważnie, mało romantycznie. Niedaleko nich pasiasty leżak. Nie ma nic lepszego niż chmury, no może poza festiwalowym popcornem, który prażony jest w wielkim kotle z brązowym cukrem i ma zagadkowy słodko-słony smak, tak że człowiek chrupie i chrupie, aż go szczęki bolą, bo nie może się zorientować, czy mu to smakuje, czy jednak niekoniecznie. Kupuję wielką plastikową tytkę od handlarza ubranego w renesansowe bufki i od razu wkładam w nią całą głowę, niczym Kubuś Puchatek.

Dobrze, że Mężczyzna jest obok, żeby w razie czego wyciągnąć mnie za nogi.

siostra robi szatana

czwartek, 4 grudnia 2014

Siostra robi szatana. Tak mocnego, że w zęby daje. Wlewam go do mojego ulubionego czarnego kubasa, który tak naprawdę wart jest półtora zwykłego kubka, i już widzę, że strumyk się lekko ciągnie, a na powierzchni skrzą się jakieś maleńkie farfocle. Zupa po prostu, nie kawa. Nieważne, ile mleka dolewam, i tak dostaję nadkwasoty. Potem muszę myć zęby dwa razy, żeby zedrzeć ten osad z jamy ustnej.

Na dodatek z biegiem lat następuje, zdaje się, eskalacja tego diabelstwa. Ostatnią kawę, którą dla mnie zaparzyła, ledwo mogłam przełknąć. A przecież i moja kawa jest całkiem mocna, nie każdy ją wypije; na pewno nie ci, co w kawiarni zamawiają wielkie latte i podniecają się, że „bez kawy to oni żyć nie mogą”. Nie chciałam przy siostrze bezczelnie pluć w garść, więc łyk, który wzięłam, grzecznie trzymałam w buzi i po troszeczku sobie dozowałam, żeby tak doszczętnie nie zgorzknieć. Resztę w filiżance, oddałam jej. Na szczęście tego dnia siostra zaprosiła mnie także na naleśniki, które skutecznie tego szatana prześwięciły.

Ostatnie śniadanko z naleśnikami. Szatan poza kadrem.

gdzie jest lepiej, tam czy tu?

wtorek, 2 grudnia 2014

W ramach wspólnego komplikowania sobie życia i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze, brat i siostra odpowiadają sporadycznie na pytania dotyczące emigracji.

Drugie pytanie brzmi: Dlaczego tu jesteś?
Z Teksasu odpowiadam na nie ja (vel Siostra).

Pytanie! Oczywiście, że tam. Zawsze jest lepiej tam. Tam, gdzie mnie nie ma.

W Seattle i w Nowym Orleanie, gdzie dom może mi znienacka odpłynąć jak wyznawca wudu w tanecznym szale, i w Albuquerque, którego nazwa wydawała mi się w dzieciństwie nie do wymówienia, więc także nie do zaistnienia. W Karachi i w rybackim miasteczku Robin Hood’s Bay położonym na brytyjskiej skarpie. W Hanoi i w Bejrucie, gdzie do depilacji zamiast wosku używa się gorącego karmelu. W Warszawie na ulicy Grzybowskiej, trzy kroki od Cmentarza Żydowskiego, przy którym szczupły pan ze smutnymi oczami i cienką kitką wydaje wejściówki (w szabat zamknięte). I w Sofii, gdzie za kioskowymi szybami leżą kartony z suszonymi owocami, do kupna na wagę. („Jeśli w Europie zacznie się dziać coś złego, spotkamy się w Sofii”).

gdzie jest lepiej, tam czy tu?
(Timô)

piątek, 28 listopada 2014

W ramach wspólnego komplikowania sobie życia i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze, brat i siostra odpowiadają sporadycznie na pytania dotyczące emigracji.

Drugie pytanie brzmi: Gdzie jest lepiej, tam czy tu?
Ze Szwajcarii odpowiada na nie Timô (vel Brat).


Siedzę w mojej ukochanej kawiarni. Quai des Bergues, Genewa. Przede mną, Rodan rzuca się w wody Jeziora Lemańskiego. Nietrudno wybrać to akurat miejsce na swoją małą czarną. To jedyny lokal w tej dzielnicy, gdzie można uzupełnić niedobór kofeiny, nie czyniąc równocześnie małego Waterloo na koncie bankowym. A kawa jest bonnard, „zacnista”. Uwaga, słowo rozumiane tylko i wyłącznie tutaj, w drugim największym mieście Szwajcarii.

Serce Genewy. Wokół mnie kantata języków i dialektów. Francuski przede wszystkim. Ale też angielski, hiszpański, włoski i hindi, i chiński, i arabski, i nawet polski, tam w kącie. Smooth jazz w głośnikach. Ciepło w środku, zimny wiatr na zewnątrz. Tam dalej, o czterdzieści metrów stąd, hotele, o jakich w życiu by mi się nie śniło. Mercedesy, BMW, lexusy i rolls-roysy z arabskimi gąsienicami na tablicach rejestracyjnych. Petrodolary idą w ruch. Najwidoczniej gusta panów z Arabii nie różnią się w końcu aż tak bardzo od gustów nas, maluczkich, skoro widuję ich też tutaj, egalitarnie, przy stoliku obok.

duchy u hrabiego Galveza

wtorek, 25 listopada 2014

Plaża w Galveston byłaby bardzo ładna, gdyby nie to, że równolegle do niej zbudowano szeroką czteropasmową ulicę, po której z rykiem przejeżdżają trąbiące pojazdy wydziczałych mieszczan. Wybija mnie to mocno z wypoczynkowego rytmu. Szereg mrugających hoteli, wypożyczalni rowerów, ogródków piwnych, rozchachanych restauracji, domków plażowych i pawilonów z japonkami za pół ceny, przestaje być linią prostą i zaczyna się w moim umyśle nieskończenie zaginać. Krąży wokół mnie jak sępia spirala. Kiedy chodzę plażą, zwykle zdejmuję spodenki, związuję trampki sznurowadłami i wchodzę w morze, żeby oddalić się od tego pieprzonego jazgotu. Czuję się jak baba z kiepskich dowcipów, która mieszka przy autostradzie i przychodzi do lekarza. Lekarz pyta: „Czy coś pani dolega?” A ona na to: „Niiiiu... Niiiiu... Niiiiuuuu...”

Oczywiście, lepiej brzmi ten nieśmieszny dowcip, kiedy sama go opowiadam. Może gdzieś się tu nagram, żeby został taki interaktywny smaczek.


jabłko, które nie ciemnieje

sobota, 22 listopada 2014

Dwa tygodnie temu w Wall Street Journal na pierwszej stronie sekcji gospodarczej nagłówek o stworzeniu jabłka, które nie ciemnieje. Genetycznie modyfikowany owoc marki Okanagan, przecięty na pół i pokrojony w kawałki, nie nabawi się paskudnych pomarańczowych plam. Na zawsze zostanie piękny i niezwiędły, nawet bez wody z cytryną lub solą, czyli domowych remediów, które ponoć zapobiegają ciemnieniu jabłek zwykłych i nie tak nowocześnie podrasowanych.


środa widmo

środa, 19 listopada 2014

Kiedy chodziłam do liceum, było czasopismo, które wywiady zaczynało od takiej prostej prośby: „Proszę dokończyć zdanie: Jestem...”

Od jakiegoś tygodnia zaczęło mnie budzić światło. Nie jest to w sumie nic szczególnego, bo teksaskie poranki są zwykle słoneczne, ale zimą zmienia się pogoda i słońce jest inne. Nie szturcha, nie maca tak nachalnie, że nagabywany człowiek instynktownie broni się przed nowym dniem rękami i nogami. Dnieje po prostu blado i mimochodem ciurka poprzez żalużje. Budzę się z przeświadczeniem, że ktoś patrzy na mnie z miłością. Zawsze można wyczuć taki wzrok; człowiek otwiera się pod nim jak zbronowana ziemia. Rozcierają się jego ostre krawędzie, harmonijnie wtula się w otoczenie. Myślę wtedy o karmelowym świcie, o którym tu kiedyś pisałam. Czy to już? - zastanawiam się. Przewracam się na drugą stronę. Znów zamykam oczy. Pod powiekami mam jasność. Żadnych niepokojących plam: cisza. Lekko opalizująca kreska horyzontu, spokój. Jest środa -


Henry'ego historie o duchach II

poniedziałek, 17 listopada 2014

„W tamtych czasach zawsze kombinowałem, jak by tu się jeszcze jakimś sposobem dorobić. W godzinach roznosiłem listy, a po godzinach łapałem węże. Popyt na nie był, wbrew pozorom, spory. Zawsze znalazł się ktoś, komu do szczęścia brakowało węża w roli maskotki. Sam miałem kiedyś w domu pięknego boa, którego przywiozłem sobie z Panamy. Lubiłem go bardzo, aż mój kolega-idiota go nie zabił. Wyjechałem, zaufałem draniowi, że się nim zaopiekuje, a baran nie dopilnował odpowiedniej temperatury w terrarium i szlus. Wracając jednak do polowania na węże. Kilka razy udało mi się sprzedać zdobyte grzechotniki do laboratorium, gdzie pozyskiwano ich jad. Oczywiście, czasem ludzie płacili mi za zastrzelenie jakichś gadów znalezionych w ogrodzie czy na drzewie, bo tam właśnie lubią wylegiwać się mokasyny. Różnie bywało. Grunt, że trochę na tym łażeniu zarobiłem.


o co chodzi w zabijaniu II

środa, 12 listopada 2014

Siedzę sobie z kawą na starożytnej kanapie Henry’ego i Annette i przyglądam się ich przedwyjściowej krzątaninie. Annette zadzwoniła do mnie rano; mam przez półtora dnia (i jedną noc) popilnować im domu. Szczerze mówiąc, bardziej chyba zależy im na moim samochodzie; niech będzie coś zaparkowane na podjeździe, żeby dom nie wyglądał aż tak pusto i tak zapraszająco. Oczywiście, nie mam nic przeciwko temu; przytaszczam parę bambetli i zwalam w moim dawnym kącie. Miło jest wrócić choćby na krótko na te stare śmieci, miło jest się powygrzewać jak kot w zatroskanych oczach Annette. „Jesteś pewna, że się nie boisz zostać tu sama?” - pyta mnie raz po raz. Moje gorące zaprzeczenia widać jej nie przekonują, bo wreszcie zwraca się do Henry’ego tonem nieznoszącym dyskusji: „Henry, przynieś jej strzelbę. Pokaż jej, tak na wszelki wypadek.”

Henry podchodzi do sprawy metodycznie. Znika w długim korytarzu prowadzącym do sypialni i po chwili wyłania się stamtąd z wielką dubeltówką. Zaczyna mi wszystko spokojnie wyjaśniać.

„Ta strzelba jest idealna dla ciebie, bo nie masz za bardzo doświadczenia z bronią palną. Ale wszystko tu jest naprawdę proste. Tak się ją odbezpiecza, a tak przeładowuje. Za chwilę zresztą sama to zrobisz.”

I podaje mi strzelbę do ręki, żebym poczuła jej ciężar. Jest bardzo ładna i zadbana; kolbę ma z wypolerowanego drewna. Postawiona pionowo na podłodze sięgałaby mi pewnie do żeber.

przenajświętsze czaple od żadnych decyzji

poniedziałek, 10 listopada 2014

W San Antonio odżywamy zwykle kulturalnie. Naprawdę, przy naszym nienormowanym trybie życia, mieszkanie na suburbiach (tak jak w Houston/Baytown) to gwarancja rychłego filistynizmu. Po przebiciu się przez popołudniowy tłok w sumie już niczego się nie chce, tym bardziej, jeśli po coś wartościowego trzeba znowu wsiąść w samochód i machnąć pięćdziesiąt kilometrów. Stać nas jedynie na to, by przejechać się jedną przecznicę do meksykańskiej kantyny, złożyć zamówienia w okienku i ewentualnie zadbać o to, by nie zapomniano dać nam wielkiego pojemnika z zieloną, wściekle ostrą salsą, którą oboje pijemy przez rurkę.

W San Antonio natomiast chodzimy sobie wieczorami na deptak, na koncerty, na przedstawienia uliczne, na „pierwsze piątki”, czyli comiesięczny jarmark, na którym prezentują się lokalni rzemieślnicy; ostatnio natrafiliśmy na grupę artystów, którzy zamiast na rurze tańczą na długich szarfach lub linach zawieszonych u powały. Zaplątaliśmy się nawet na jakąś elytarną degustację białego wina w zabytkowym hotelu z XIX w. Haj lajf. Poza tym chodzimy do naszej ulubionej browarni, gdzie między innymi można dostać niezłego czekoladowego stouta. Ten czekoladowy stout jest dla mnie zbawienny, bo w Stanach nie lubię kupować alkoholu w supermarkecie. Rzadko gdzie można kupić pojedynczą butelkę czy dwie, trzeba od razu sześciopak. Jest to bardzo stresujące, bo ja chcę sobie tylko wysączyć piwko po zakończonej pracy, skąd mam wiedzieć, czy jutro (lub przez cztery nienastępujące po sobie dni) będzie mi się chciało pić to samo? Jak ja mam się tak zaangażować?

diabli wzięli espadryle

czwartek, 6 listopada 2014

Diabli wzięli espadryle. Najpierw się długo chmurzyło, tak że nawet się wstawać do takiej szarugi nie chciało, a teraz lunęło z cebra. Wreszcie. Kara boska dla robotników Carlosa. Rano położyli na trawie trzy wielkie bele wykładziny i linoleum, po czym chyba poszli sobie w długą, na wieczną mañanę. A teraz co. Moknie cały ten kram. Wsiąka w niego wieczna woda. Przyglądam się temu zniszczeniu przez żaluzje, z wielką ciekawością człowieka, którego nic to nie powinno, rzecz jasna, obchodzić. Rozmiękły kram sprzątnięto dopiero późnym wieczorem. No bo co w końcu. Spinki żadnej nie ma, żeby tak harować i harować dla samego harowania. Nie wszystko musi być na już na zaraz na wczoraj. Zwłaszcza że deszcz leje.

Ricky się wyprowadził i w związku z tym od dwóch dni w mieszkaniu pode mną rozlegają się odgłosy rwania, stukania i wiercenia. Podobny chyba wysiłek, co przy mojej ósemce, pan dentysta nieźle musiał się naharować, żeby wyrwać to coś z mojego dziąsła. Okopało się, sprytne. Carlos i jego robotnicy przygotowują mieszkanie pod nową osobę i teraz zawzięcie zamazują wszelkie ślady istnienia Ricky’ego. Trochę mi żal. Noga jeszcze mu się zupełnie nie zaleczyła, a już zniknął. Miły był w sumie, choć raz chciał się wprosić na zupę i ani razu nie zapytał mnie o to, czym się w życiu zajmuję; interesowało go tylko to, czym się zajmuje Mężczyzna. Kiedy zgłosiłam pretensje do Mężczyzny, ten odpowiedział: „No oczywiście. Chce wiedzieć, jak w hierarchii stoi twój obrońca.” A co ja? Ja ważne, że chodzę w szortach i obcasach. Dopóki szortów, dopóty kobiety idealnej. Ambicyjki i kwalifikacje pies mi lizał.

pokarm pocieszenia

wtorek, 4 listopada 2014

Orestes umierał kilka miesięcy. Na początku w sumie nikt nie wierzył w to, że umrze, a jednak jego układ krążenia uznał widać, że weźmie i wszystkim pokaże. Orestesowi dano jakieś tam ampułki, które rozregulowały jego system tak skutecznie, że spał o bardzo dziwnych porach, a nocami ciągnęło go nie wiadomo dokąd. W tym okresie bardzo często zachodził właśnie do Mi Tierra. Mi Tierra (Moja ziemia) to restauracja meksykańska w centrum San Antonio, tuż przy pawilonach El Mercado, w których można kupić figurki i talizmany z kościotrupią Santa Muerte, świece i znicze ze świętymi i papieżem, różnokolorowe mantyle, poncza i sombrera, szorstkie pasiaste koce, mało stonowaną biżuterię i inne różnorodności „hecho en Mexico”. Mi Tierra istnieje od 1941, a przy jej wejściu widnieje tabliczka ze zwięzłym, bardzo krzepiącym napisem: „We never close” (Nigdy nie zamykamy drzwi).

zaduszek (czas)

sobota, 1 listopada 2014

Fizyka kwantowa postuluje, że czas jest tylko iluzją. Wszystko, co kiedykolwiek nas spotkało, rozgrywa się nadal. Teraz.

Kiedyś mnie to przeraziło. I zmobilizowało. Trzeba się nauczyć, jak z dobra czerpać siłę, a zło przewrócić na grzbiet, żeby konało na wieki tak jak ten karaluch, który kilka dni temu dogorywał mi tu pod szafką.

Zdjęcia noszę w portfelu. Przypominają mi o dobrych chwilach, które dzieją się teraz, przez cały czas. Bez końca.

Jestem protestantką. Idea modlitwy za zmarłych powinna mi być zupełnie obca, a zupełnie nie jest. Wręcz przeciwnie, gdy myślę o nim, wydaje mi się najzupełniej naturalna. Może gdy zapada zmierzch, dogmaty też wkładają głowy pod skrzydła. Niby są, a udają, że ich nie ma. „Śpimy” - mamrzą. - „Nie męcz siebie i nas.”

Kapelusz przygarnęłam. Noszę sobie jesienią do długiego prochowca. Do pełnego looku Clinta Eastwooda brakuje mi tylko rewolweru zawieszonego w olstrze na prawym biodrze.

Dziadkowi by się podobało, bo lubił kobiety w kapeluszach.

Hemingway, jeszcze raz pierwszy raz

środa, 29 października 2014

Przeżywam właśnie wielkie miłosne rozczarowanie, i to, żeby było pikantniej, z powodu kobiety: Lan Samanthy Chang. Nietłumaczona na język polski autorka trzech książek, kształcona w Harvardzie i Yale, leaureatka PEN Open Book Award. Przeze mnie odkryta w 2006 roku, w bibliotece publicznej w Phoenix. Tomik sześciu opowiadań Hunger (Głód). Później była powieść All is Forgotten, Nothing is Lost (Zapomina się wszystko, nie traci się nic). Zauważyłam w powieści kilka niedociągnięć, ale do teraz uważam ją za jedną z książek dla mnie najważniejszych. I wreszcie powieść Inheritance (Dziedzictwo). Otwarłam z ufnością i po siedemdziesięciu stronach przebijania się przez miałkie metafory odłożyłam z niesmakiem. Jest mi przykro.


mississippi, cholera

poniedziałek, 27 października 2014

Pierwszymi osobami rasy czarnej, z którymi miałam styczność, byli Louis Armstrong i Ella Fitzgerald. Od znajomej, która spędziła kilka lat w Stanach, przegraliśmy dwie płyty, rewelacyjną The Best of Songbooks Elli i krótką, zbyt krótką, składankę Louisa. Delikatny fakt ich skopiowania był chyba pierwszym ważkim problemem moralnym, z jakim się zetknęłam w moim młodziutkim wówczas życiu. (Chociaż może nie: przedtem zdążyłam już przepracować problem kłamstwa i tchórzostwa, gdy wciągnęłam odkurzaczem jakieś ubranko dla misia i w mojej panice zwaliłam wszystko na siostrę). Tata zapętlał sobie w biurze „What a Wonderful World”. Płyta Elli nie nadawała się do zapętlenia ani do pracy. Bardziej swingowa i agresywna, zdecydowanie nie była dobrym materiałem na żadne plimplające tło. Poza tym w wielu utworach dawało się wyczuć jadowity niepokój. Ale nie w głosie Elli, która po mistrzowsku potrafiła zapanować nad każdą, nawet najbardziej destrukcyjną emocją. Ta równowaga głosu i ducha była niezwykle krzepiąca.

Na pierwszym roku studiów natknęłam się w empiku na dwupak Niny Simone. Kupiłam „na spróbę”. Dwupak znam teraz na pamięć, tak jak resztę około dwunastu płyt Simone, które od tamtego czasu skompletowałam. Pierwsza jednak zaczyna się tak:

Nina (autorytatywnie): Pianino gotowe? No dobrze... (akordy: ta da dam, ta da dam, i nagły, przeciągły lament, rwany jak szloch) Odszedł... mój mężczyzna... bez sensu już czekać... na jego zmęczone kroki... rozlegające się na schodach...

amulet z ubitego robaka

piątek, 24 października 2014

To nie jest dobry dzień na wyrabianie trzystu procent normy. W kuchni pod szafką przez całe dwanaście godzin dogorywa wielki chrząszcz. Myślałam, że to karaluch, ale karaluchów nie rusza nawet promieniowanie jądrowe, a ten poległ po spryskaniu roztworem octu jabłkowego, więc raczej nie karaluch. Podejrzewam, że zapuścił ciekawskie czułki w głąb zewnętrznego klimatyzatora i poszedł, głupi, tunelem w stronę światła. Chrząszcze nazywają w Teksasie junebugs: robaki czerwcowe. Od czasu do czasu drga mu odnóże, a ja zastanawiam się, czy nie wspiąć się dzisiaj na wyżyny moich możliwości i czy go humanitarnie nie dobić. W zabijaniu takim ręcznym mierzi mnie jednak faktura; do takich chrząszczów to najlepiej broń palna, żeby można sobie było z oddali siednąć, rozłożyć sprzęt, złapać na celownik i tak higienicznie się pozbyć problemu. A nie prymitywnie w garść łapać, czuć jakieś tam chrobotanie lub co gorsza chrzęst, lekkość misternej skorupy. Pająk to co innego, pająki zabijam bez kozery, choć tylko kiedy muszę. Ponoć pajęczyny w domu to szczęście. W magię nie wierzę, ale co szkodzi owinąć się w nią jak w wielobarwną szatę, dar kochającego ojca, który woli mnie bardziej niż pozostałych jedenastu synów.

rozerwanie

środa, 22 października 2014

„Co trzeba zrobić, żeby być pirotechnikiem?” - pyta mnie z nadzieją siedzący obok chłopak. Z wysokości naszych miejsc oboje przyglądamy się z fascynacją, jak w dole malutcy technicy rozkładają „towar” na arenie. Wyjaśniam mu wszystko krok po kroku: licencja stanowa bądź federalna, szkolenia, zbieranie doświadczenia, rozeznanie, jakie fajerwerki są dostępne na rynku, jakie mają właściwości, jak w punkcie zapalnym rozbryzgują światło. Oczy mu błyszczą. Strasznie mu się to podoba. Tym bardziej, że od trzech miesięcy nie miał żadnej pracy. „Od trzech miesięcy?” - pytam z niedowierzaniem. - „W budowlance?” Kiwa głową pochmurnie. Zastój. Gdyby chciał, mógłby wyjechać za granicę; na Bliskim Wschodzie szukają budowniczych za niebotyczne stawki, $75 za godzinę z zapewnionym wiktem i opierunkiem. „Więc czemu nie tam?” - pytam. Milczy. Przypomina mi mojego znajomego z lat dziecinnych, też taki opalony, muskularny i wysoki. Trener koszykówki dokuczał mu po udanej grze: „Ty to, Tomuś, ciałko masz do kochania, a nie na męską grę.” Chłopak obok mnie odpowiada: „Boję się.”

dlaczego tu jestem?

poniedziałek, 20 października 2014

W ramach wspólnego komplikowania sobie życia i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze, brat i siostra odpowiadają sporadycznie na pytania dotyczące emigracji.

Pierwsze pytanie brzmi: Dlaczego tu jesteś?
Z Teksasu odpowiadam ja (vel Siostra).

Dlaczego tu jestem?

Na załączonym obrazku widać przecież, że bida z nędzą. Timô se siednie, nóżki wyciągnie, fotkę pstryknie i od razu jest ładnie i ach, bo góry ma. U mnie, gdybym przesunęła telefon wyżej, to zacząłby się parking, zapyziałe osiedle i droga, której nawierzchnię niedawno zaczęto naprawiać. Znaczy się, odgrodzono fałatek i wykopano trzy kratery. Też więc zaczęłam mieć góry, w zasadzie. Góry gruzu. Na horyzoncie natomiast supermarkety-molochy, smoki bez powiek, takie, co nigdy nie zasypiają. Po widoki wątpliwych wieżowców trzeba czterdzieści pięć minut jechać do centrum. Aktualnie więc moje cekinkowe laczki i cienie rzucane przez balustradę to najpiękniejszy widok w okolicy.

Dlaczego więc tu jestem?

Wczoraj znów pykam moje trzysta sześćdziesiąt kilometrów z San Antonio do Houston. Tym razem droga pochłania trzy czwarte baku zamiast jednej trzeciej, bo trafiam na potężnie wietrzny dzień. Wyje tak, że ledwo słyszę Ala Jarreau w głośnikach. Kierownica drga mi niepewnie, muszę kontrolować ją obiema rękami, przez cały czas świadomie wbijać cielsko samochodu w solidną ścianę wiatru.

dlaczego tu jestem?
(Timô)

czwartek, 16 października 2014


W ramach wspólnego komplikowania sobie życia i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze, brat i siostra odpowiadają sporadycznie na pytania dotyczące emigracji.

Pierwsze pytanie brzmi: Dlaczego tu jesteś?
Ze Szwajcarii odpowiada na nie Timô (vel Brat).

republikanie odłączyli mi CNN

poniedziałek, 13 października 2014


Są ludzie, którzy dzień zaczynają od drinka. Hemingway zaczynał dzień od martini. Ja też podobnie truję wątrobę, kiedy jestem w hotelu i nie mogę rano wstać. Włączam amerykańskie wiadomości, Foxa albo CNN (jest podobno między nimi jakaś wielka, mistyczna różnica; jedna stacja walczy po jasnej, druga po ciemnej stronie Mocy), leżę w łóżku i czekam, aż uwodzicielski natłok badziewia przyprawi mnie o torsje i w konsekwencji wyrzuci wielkim łukiem spod pościeli.

A dzisiaj rano CNN nie działa; zostałam zdana na Foxa. Dowiedziałam się przynajmniej, że jakiś haker włamał się do dziecięcego monitora. Krew zastyga w żyłach, te wyżyny ludzkiego zła i dziennikarstwa. Poza tym, z okazji bomby podłożonej w Jemenie, Fox zdecydował się nawet nieśmiało wspomnieć o reszcie świata, choć prezenter tłumaczył się gęsto, że Jemen to sojusznik amerykański, stąd ta nietypowa wzmianka.

Po południu mówię mężowi: „Rano oglądam Foxa, bo republikanie odłączyli mi CNN. Mówię ci, ułożyli się z tym hotelem, żeby CNN nie dało się oglądać. Pewnie znowu wydali na to pieniądze podatników.”

wojna dyszy na kark

sobota, 11 października 2014

Jakieś pięćdziesiąt minut za Houston, na drodze do San Antonio, mija się tablicę z uroczą nazwą „Pyka Road”. Za nic nie mogę przeczytać tego [paika], czyli tak, jak należy wymówić lege artis po angielsku; dla mnie to zawsze jest „pyka”. Pyka, pyka, pyka mi w głowie i śmieję się wtedy jedynymi mięśniami, których jeszcze podczas tej długiej, ponad trzystukilometrowej drogi nie łapie skurcz. Przy Pyka Road po lewej stronie ciągnie się hurtownia militarnych pojazdów terenowych. Wielki odkryty parking, na którym jeden przy drugim ustawione są metalowe księżycowe pojazdy, takie, jakie śmigają po Afganistanie i Iraku. Sprzedawane armii amerykańskiej, brytyjskiej, może nawet naszej? Bo i my tam jesteśmy.

A w San Antonio wojna stoi już tuż obok jak osobliwy bliźni w tłumie; wystarczy wyciągnąć rękę, by poklepać ją po ramieniu. W Stanach San Antonio słynie głównie z urokliwego deptaku wybudowanego wzdłuż rzeki przepływającej przez centrum. Słynie także z ruin klasztoru Alamo, czyli miejsca, w którym rozegrał się kolejny artefakt amerykańskiej historii, przez lata obrosły w mit jak w tłuszcz. Przede wszystkim jednak San Antonio to baza wojskowa, przezywana nawet Militarnym Miastem USA. Znajduje się tu Fort Sam Houston i trzy bazy sił powietrznych, a w pobliżu miasta dwa wojskowe ośrodki szkoleniowe. Z miasta odbywają się regularne loty do bazy amerykańskiej w Niemczech, czyli wcale niedaleko nas. A stamtąd już czuć, jak Bliski Wschód dyszy na kark.

człowiek wysoce fotogeniczny

czwartek, 9 października 2014

Portret właścicieli kolekcji wisi na poczesnym miejscu, tuż naprzeciw szklanych drzwi. Podobają mi się jego zdecydowane, ekspresjonistyczne kreski. Jasnoczerwona suknia pani Kinsey zlewa się prawie z jej skórą. Filigranowa, zamknięta w objęciu stojącego obok męża, patrzy wprost na mnie z lekkim uśmiechem, pewna swojej atrakcyjności.

Otwarcie nowej wystawy Muzeum Historii Afro-Amerykanów w Houston. Na podium para z portretu, ci sami, tylko o kilka lat starsi. To właśnie do nich należy obecna kolekcja prezentowana w muzeum. On w pięknie skrojonym garniturze. Ona w realu jeszcze drobniejsza. Obok nich syn, sportretowany na innym portrecie w niedbałej bluzie, a teraz już dorosły, na oko dobiega około trzydziestki. Cali w uśmiechach, cali w gali; błyszczą perfekcyjnym uzębieniem w blasku licznych fleszy.

Mam dziwne uczucie, że na portrecie wyglądali o wiele prawdziwiej niż w rzeczywistości.

Tatuś poluje

poniedziałek, 6 października 2014

Zawsze, kiedy Annette wspomina swego ojca, mówi o nim „Tatuś”. Nie ojciec, nie tata, zawsze „Tatuś” (tak, tę czułą dużą literę także słychać). Tatuś wybudował drewniany dom, w którym do teraz mieszka Henry i Annette; Tatuś wstawał codziennie o czwartej rano, żeby skorzystać z porannego chłodu, zanim pojechał do pracy rowerem. Obchodził posesję, sprawdzał płot, kosił trawę, doglądał ogródka z warzywami, przycinał niskie konary drzew. Wszystko chodziło jak w zegarku, żadnej prowizorki. Za pomocą swojej skrzynki z narzędziami Tatuś potrafił rozwiązać wszystkie problemy świata. I zawsze poznał się na tandecie. Jeśli Mama nie miała czasu i dała mu do śniadaniówki odmrożony „telewizyjny obiad”, czyli gotowca, zawsze umiał świństwo rozpoznać. Do kosza szło z marszu. Tatuś nigdy się nie gniewał, nie musiał. „Nigdy nie podniósł na mnie głosu, ale i tak strasznie się go bałam."

w kadr nieruchomy, tragedia

piątek, 3 października 2014

Kiedy byłam małą dziewczynką, zwierzyłam się przyjaciółce, że kiedy dorosnę, to zostanę pisarką i nie będę miała domu, będę mieszkać w hotelach. No i co. Wyprorokowałam sobie. Dwadzieścia lat później tym bardziej wiem, że nie ma lepszej pracy niż praca nad tekstem. A jeśli chodzi o brak domu i szlajanie się po hotelach, to także się ziściło przez ostatnie dwa-trzy lata. Zamazywaliśmy wspólnie tę mapę Stanów Zjednoczonych jak zamaszystymi pociągnięciami grubych świecowych kredek. Kupiłam sobie w ciuchbudzie tandetną komodę z wieżą Eiffla i Big Benem (!), postawiłam ją w kąciku u Henry’ego i Annette i gromadziłam w niej ważne papiery, sczytane książki z drugiej ręki i namiętnie kupowane obcasy. To były moje cztery kąty. Jeden z komodą.

Kundera by pozazdrościł takiej lekkości bytu. Ślizga się człowiek po tych dniach, z poczuciem egzystencjalnej nieważkości. Budzi się z ogłupiałym błędnikiem; nie wie, czy za oknem ma palmy, czy świerki.

Podczas podróży, czasem nocą, gdy na zewnątrz poza lśniącymi pasami szosy nic nie widać, badamy temperaturę na zewnątrz wierzchem ręki. Przystawiamy ją do okna samochodu, żeby poczuć, czy czeka nas ocieplenie, czy chłód.

cleveland zdeptane i zdarte

środa, 1 października 2014

Cleveland wygląda jak Warszawa. Choć oczywiście osobie zakochanej wszystko przypomina obiekt uczuć. Może to te szerokie ulice, może iglica centrum handlowego Tower City, która przypomina mi Pałac Kultury i Nauki, a może po prostu fakt, że wydziczała po Houston, które z powodu gorąca często wygląda tak, jakby wymarli w nim wszyscy mieszkańcy, wreszcie widzę na ulicach przechodniów, całkiem licznych, i wpadam z tego powodu w perypatetyczną głupawkę. Po zakończonym dniu pracy wydeptuję chodniki Cleveland w moich czerwonych sandałkach, jak te panienki z baśni Grimma, które noc w noc zdzierały pantofelki na zakazanych nocnych tańcach. Szwendam się po ulicach, bo ogródki rozstawione przy restauracjach przyprawiają mnie o szczęśliwe palpitacje serca; idę sobie promenadą nad jezioro Erie, które tak naprawdę jest wielkie jak niektóre europejskie morza, i dmie także jak na morze przystało. Siedzę sobie z książką na ławeczce, naprzeciw mnie brokatowa powierzchnia wody skrząca się od słońca, mizdrzące się do siebie pary, zrelaksowani spacerowicze i oczywiście rozpstrykani turyści. Normalność. Normalność!

Drugiego dnia trafiam na weekendowy air show, czyli pokaz lotniczy; na promenadzie zbiera się sporo ludzi, a ja czuję podniecenie jak zboczeniec, dla którego tłum to okazja do zdrożnego kontaktu. Brak mi strasznie chodzenia w tłumie. Brak mi stania na czerwonych światłach i przyglądania się ludziom po drugiej stronie ulicy. Brak mi chodników. W teksaskim Baytown w ogóle ich nie ma. A tam, gdzie akurat się zdarzą, to w ogóle nie można na nie liczyć, bo to chodniki-fantomy. Ciągną się obiecująco, zwodniczo, po czym nagle znikają, czasem w środku trawnika, w sposób całkowicie niewytłumaczalny.

cleveland express

poniedziałek, 29 września 2014

Kiedy znajomy pirotechnik Mike dowiaduje się, że chcemy w dwa dni dojechać do Cleveland w Ohio, czyli lekką ręką dwa tysiące dwieście kilometrów, ze śmiechu dostaje ataku czkawki. „I to we dwójkę?” - upewnia się przez łzy. - „Zabijecie się przecież. Zabijecie siebie nawzajem, przede wszystkim.”

Nie zna, dziecię niewinne, naszych masochistycznych zdolności.

Podróż rzeczywiście okazuje się trochę rozczarowująca; chciałam zobaczyć legendarne Memphis w Tennessee, o którym Cassandra Wilson śpiewa uwodzicielsko, „O, czy nie zabierzesz mnie z powrotem do Memphis, gdzie możemy przetańczyć całą noc...”. Mężczyzna jednak wybrał krótszą drogę przez legendarne Nashville, stolicę przemysłu muzycznego i miejsce akcji eponimicznej opery mydlanej o niewysłowionych intrygach, na jakie stać aspirujące gwiazdy muzyki country. A nawet przez Nashville przejeżdżamy nocą, ani razu się nie zatrzymując; musimy być w Cleveland na czas, bo inaczej piętnastominutowy pokaz fajerwerków weźmie w łeb. Tak więc przez dwa dni tak na dobrą sprawę pożeramy tylko kilometry i ryż z czerwoną fasolą, która to potrawa pełni na amerykańskim Południu rolę chleba powszedniego. Styropianowe kubki z tym aromatycznym brebstwem (i saszetki z piekielnie ostrym sosem z czerwonych papryczek) można kupić w lokalnych fastfoodach przez okienko, nie wysiadając nawet z auta.

Howard odchodzi II

piątek, 26 września 2014

Jakiś tydzień po podsłuchanej nocnej kłótni wracam sobie wieczorem z zakupów na nasze osiedle i mijam przy śmietniku żółtą hondę. Zwykle, gdy widzę żonę Howarda, czy to na spacerze z psem, czy to bawiącą się z dziećmi sąsiadów, głowę ma zawsze odwróconą. Owszem, jak krzyknę raźnie z przepony: „Hellooooo!!!”, to nawet mi tą głową kiwnie, coś mi tam odmruknie, ale oczy ma zawsze gdzieś indziej. Teraz też. Przemyka obok bez spojrzenia, machnięcia ręką ani słowa.

Powoli dociera do mnie, że to, co wzięłam za niechęć kobiety starszej do młodszej, jest być może niechęcią o szerszym zasięgu. Niechęcią do wstania z łóżka postawionego w dziwnym, nierozpoznawalnym życiu, niechęcią do kontynuowania podróży w pociągu, do którego wsiadło się kiedyś z własnej woli, owszem, ale obecnie staje się coraz bardziej oczywiste, że on mknie w zupełnie, ale to zupełnie nie takim kierunku.

Henry'ego historie o duchach

wtorek, 23 września 2014

„Jak byłem listonoszem, z psami pilnującymi domów potrafiłem się dogadać. Nie było problemu. Gorzej z kobietami. Znasz to powiedzenie, że czyjeś dziecko przypomina listonosza? No właśnie. Myślałem, że to bujda, ale nie uwierzysz, ile kobiet myli harlequiny z rzeczywistością i naprawdę sądzi, że jako listonosz jesteś jakąś maszyną do zapładniania. Jakbym ja chciał i mógł! Mam jedną kobietę i to już jest o jedną za dużo, uwierz mi.”

(Gwoli ścisłości należy dodać, że kilka lat temu Henry i Annette świętowali pięćdziesiątą rocznicę ślubu i są prawdopodobnie jedną z lepiej dobranych par, które znam. Gdyby nie Annette, jej mocne stąpanie po ziemi i żelazna organizacja w postaci wielkiego kalendarza z pozakreślanymi na czerwono datami, Henry zupełnie by się rozjechał; zgrywa twardziela, ale pod swoim pancerzykiem jest mięciutki jak rodzynka namoczona w araku. Oczywiście, do tego się nigdy nie przyzna. Tylko jojczy, że ktoś o niego dba).


rasa szkaradna, miejsce złe

piątek, 19 września 2014

Taka sytuacja. W Starbucksie wpadam na dawno nie widzianego znajomego. Wymieniamy uprzejmości, po czym on pyta: „Jak Henry?”

„Wiesz, widuję go teraz rzadziej, bo się przeprowadziliśmy. Ostatnim razem, jak zaglądałam po pocztę, wyglądał całkiem nieźle...”

„Przeprowadziliście się? Gdzie?”

Nie jest to jego sprawa, więc mówię oględnie: „Niedaleko stąd jest takie małe, ładne osiedle mieszkaniowe. Bardzo nam się tam podoba.”

Znajomy patrzy na mnie podejrzliwie. „Osiedle? Ładne? W Baytown? W Baytown naprawdę nie ma ładnych osiedli, same złe. Wiesz, kto tam mieszka, co się tam dzieje? Nie mogliście znaleźć jakiegoś domu do wynajęcia?”

„Nie. Mnie się tam podoba” - ucinam, zirytowana.

„No, w każdym razie uważaj” - rzuca mi znajomy na pożegnanie i uśmiecha się do mnie z pobłażaniem.

Inna sytuacja. Po krachu nieruchomościowym w Stanach kilka lat temu, znajoma szuka nowego miejsca zamieszkania. W rozmowie z inną Amerykanką mówi sfrustrowana: „Ogólnie nie stać mnie na to, gdzie chcę mieszkać; a tam, gdzie mnie stać, to nie chcę.”

„Dlaczego?” - wtrącam się do rozmowy.

Znajoma się plącze. Widać pytam o coś elementarnego. „No wiesz, nie chcę mieszkać z tymi ludźmi... hm... wielu z nich jest tu nielegalnie, więc wiadomo, już na wstępie złamali prawo. Poza tym to jest bardzo głośna kultura... Szkaradna muzyka, przez cały czas imprezy, bo mają duże rodziny i lubią u siebie przesiadywać. Rozumiesz.”

Howard odchodzi I

środa, 17 września 2014

Poniedziałek to na moim osiedlu dzień koszenia trawy. Zawsze na to czekam, a jednak zawsze mnie to zaskakuje. Jest to początek tygodnia, a więc oczywiście rzucam się w wir pracy i tylko brzeżkiem uwagi przetwarzam niezidentyfikowane dźwięki dobiegające z dworu. Dopiero po pewnym czasie, gdy kosiarka ryczy już zawzięcie tuż pod moją antresolą, uświadamiam sobie, co to za dzień. I z tą świadomością wszystkie dotychczas niezidentyfikowane dźwięki układają się w jedną świetlistą całość jak odgadnięty szyfr z „Pięknego umysłu”: śmiganie wózków golfowych, brzdękanie wyciąganego sprzętu, pokrzykiwanie meksykańskich robotników ustalających, kto bierze który rewir. No i koszenie, najpierw odległe, a potem wrzaskliwe, asertywnie wwiercające się w mój mózg.

Po fakcie, gdy po południu robię sobie koktajlową przerwę, wychodzę na antresolę i wdycham. Jest to ponoć bardzo niezdrowe, ale człowiek ma wtedy bezcenne uczucie płuc naszpikowanych zielenią. Zwykle na dwór wychodzi wtedy także Howard i woła do mnie, czy mój mąż zna się na samochodach, bo ma problem ze swoją hondą, albo czy chcę, żeby mi coś puścił przez słoniowy głośnik. (Tak, chcę: Sinnermana Niny Simone. Ale za dużo od życia nie można wymagać).

o co chodzi w zabijaniu

poniedziałek, 15 września 2014

Na powitanie Henry całuje mnie w pępek, bo tylko tam sięga; siedzi właśnie w internecie i szuka na ebayu pamiątek z pierwszej i drugiej wojny światowej. Jest zapalonym kolekcjonerem militarnych artefaktów i za każdym razem, gdy jadę do Polski, prosi mnie o czołg. („U was pewnie to w każdej wsi stoją gdzieś w polu, mogłabyś mi jakiś odpalić”). Bardzo bym chciała móc zawinąć taki czołg w chusteczkę do nosa i wcisnąć do mojej zjechanej walizki między dwie pary dżinsów, ale jest jak jest. Zamiast tego przywożę mu prawdziwy marcepan i „Katyń” Wajdy, na fali entuzjazmu zapominając o technokratycznych regionach, które wydatnie utrudniają obejrzenie w Stanach zakupionych w Polsce płyt DVD.

Tak naprawdę to chciałabym móc mu przywieźć poznańską Cytadelę. Rozłożyć ją przed nim w formacie A3 jak krakowską szopkę.

„No i co tam, staruszku?” - pytam go i całuję w czubek siwej głowy.

„Niedobrze, jestem stary i żonaty” - zwykła odpowiedź Henry’ego. Odrywa wzrok od ekranu i spogląda na mnie badawczo i kpiąco znad okularów. „A ty co, wykończyłaś już tego swojego nicponiowatego mężulka?”

drzwi donikąd

piątek, 12 września 2014

Annette uderza ręką w kierownicę i mówi ze zniecierpliwieniem, że w naszym miasteczku nikt widać nie ma pracy i wszyscy ślimaczą się tylko po głównej ulicy Garth Road. Ale gdy przejeżdżamy pod wielkim wiaduktem i skręcamy kilkakrotnie w lewo od głównej drogi, nagle cały rozgardiasz milknie jak ucięty nożem. A przecież znajdujemy się na pierwotnej głównej ulicy miasteczka: Texas Avenue. Tutaj znajduje się historyczne, pierwotne, oryginalne centrum miasta Baytown. Gdzie zniknął więc cały świat?

Nie ma świata. Jest tylko senna, zalana słońcem ulica i drzwi prowadzące donikąd. W popękanych witrynach zbielałe kości małych przedsiębiorczych snów: powyginane żebra żaluzji, zakurzone cieliste zasłony, dziurawe szyldy jak rzędy niekompletnych zębów. 



a czasem deszcz

środa, 10 września 2014

...a czasem deszcz przychodzi cichutko; wisi w powietrzu kilka dni, tak że człowiek przyzwyczaja się do zachmurzenia i upewnia się, że nic z tego nie będzie, a potem wychodzi z domu po kiść bananów i tofu i widzi, że na zewnątrz subtelnie acz zdecydowanie leje. Z cicha pęk, jak dzieciak, który niewinnie ci w oczy spogląda, a po nóżkach gorący sik.

Mąż pyta: „Jeśli kupię ci parasol, będziesz używać?” „Nie” - odpowiadam bez zastanowienia i kategorycznie.

płatki krwi w taksówce

poniedziałek, 8 września 2014

Taksówki to tutaj cały świat. Wsiadam raz do jednej, a tam wbija mnie w sterany fotel przenikliwy ćwierćnutowy śpiew. Niewielu zachodnich wykonawców ma w ogóle słuch do tak precyzyjnej lini melodycznej. Klaskany rytm, metaliczny dźwięk szarpanego instrumentu. Jeszcze tylko kawowy ulepek i już jestem w Bejrucie, tej arabskiej stolicy, którą minister turystyki Fady Abboud określił w październiku 2012 jako „jedną z najbezpieczniejszych stolic na ziemi, bezpieczniejszą nawet od Londynu czy Nowego Jorku”. Jakiś tydzień-dwa po jego wypowiedzi, wybuch bomby ukrytej w samochodzie w jednej z chrześcijańskich dzielnic Bejrutu, zranił 78 ludzi i zabił ośmiu, w tym ówczesnego szefa libańskiego wywiadu.

Inny razem wsiadam, a tu facet z Iranu; ucinamy sobie miłą pogawędkę o rubajatach Omara Chajjama, któremu do raju potrzebna była „książka wersów, dzban wina, bochen chleba i ty...”. Jeszcze innym razem udaje mi się poszprechać po niemiecku z Turkiem, który do San Antonio trafił przez Niemcy.

Z kolei jazda z włoskim taksówkarzem Paolo okazuje się pełna emocji. Za każdym razem, gdy mówię mu coś potencjalnie interesującego, Paolo odwraca się do mnie, do tyłu, całym niemal ciałem, żeby mi spojrzeć w oczy. „Naprawdę?” - pyta. - „Naprawdę??”. Jest to oczywiście szaleńczo miłe, ale z drugiej strony staramy się przebić przez popołudniowy ruch na ożywionej pięciopasmówce, więc być może wolałabym go aż tak nie zachwycać.

wiedza kompletnie zbędna

piątek, 5 września 2014

Howard chce wiedzieć, jakiej słuchamy muzyki. Zastrzela mnie trochę tym pytaniem, bo ostatni raz słyszałam je pewnie w liceum albo na początku studiów. Poza tym jestem akurat w trakcie rozważań, czy jeśli włożę jaskrawy pomarańczowy ręcznik do prania razem z czarnymi T-shirtami męża, to czy dostanie mi się za pomarańczowe kłaczki na czarnej bawełnie, czy też uratuję własną duszę. Nie lubię pytań o gusta muzyczne, ale przecież to Howard, dzięki któremu przypominam człowieka. Więc mówię grzecznie i oczywiście: „Jazzu”.

„Jazzu?” - powtarza Howard. - „Jazzu?”

Odpowiedź najwyraźniej niejasna, ale ja, ślepa, brnę w zaparte. „Armstronga? Fitzgerald?” Nic. Zmieniam tory: „Muzyki kubańskiej”. (Tak naprawdę chodzi mi o jazz afrokubański, ale coś czuję, że lepiej tego nie precyzować). Nadal żadnego błysku w oczach. Najwidoczniej Howard tylko wygląda na Latynosa. Dobra, klapa na całej lini. „Salsy”. Wykonuję charakterystyczny krok, który dla Carlosa był idealnie rozpoznawalny, ale dla Howarda najwyraźniej nie. O salsie jednak coś tam słyszał. „O jedenastej zaczynam puszczać muzykę, może coś ci puszczę” - oferuje rozbrajająco.

Ale ponieważ nie skojarzył jazzu, jego wiarygodność w moich oczach znacznie spada. Jak to, urodził się w Nowym Orleanie i nie słyszał o jazzie? Nawet o Tatku nie słyszał? (W zasadzie „Pops” nie powinno się tłumaczyć, ale jest to tak piękne, czułe i na dodatek pełne szacunku określenie dla Louisa Armstronga, że czynię wyjątek). Podłamuje mnie trochę ta przepaść między przeszłością a teraźniejszością, nie ukrywam. Z tego przygnębienia wrzucam włochaty pomarańczowy ręcznik w gęstwę czarnych T-shirtów. Co się będę bawić w subtelności! Raz kozie śmierć.

istnienie nie do zbicia

środa, 3 września 2014

Howard jak Duch Święty: wszechobecny i wszędobylski. Drzwi wejściowe ma zwykle otwarte na oścież, bo jego bujna, wyrazista osobowość nie zna widać żadnych granic; on (On?) żyje na całym osiedlu, nie można go zamknąć w czterech ścianach! Tak więc czy człapię do skrzynki po listy, czy do pralni z kłębami błękitnej jak Najświętsza Panienka pościeli, czy od samochodu z wiechciami jarmuża, kolendry, boćwiny i pietruszki, zawsze usłyszę donośne: „Dzień dobry, pani Karolino!!!”.


jesiennie

poniedziałek, 1 września 2014

Wchodzę sobie na nasze piętro w moich śliwkowych szpilkach, a tu Mężczyzna mnie ciągnie za nogawkę: „Przebijasz liście tymi swoimi obcasami.” Patrzę - i faktycznie, chłopak ma rację. Na każdy z długich, powleczonych aksamitem bolców nanizały się po dwa, trzy uschłe liście.


rozwalam Starbucksa

piątek, 29 sierpnia 2014

Mój sprytny plan rozwalenia Starbucksa polega na tym, że kupuję w nim regularnie kawę za dwa dolary, po czym (ponieważ z moją starbucksową kartą stałego klienta co dwanaście kaw dostaję jedną gratis) zamawiam wielką, największą chai tea latte z mlekiem sojowym zamiast krowiego, czyli prawie siedem dolarów na koszt korporacji.

Poza tym przesiaduję w nim długimi godzinami, gdy akurat pracuję nad czymś, przy czym wyjątkowo nie muszę żonglować dwoma lub trzema ekranami. Na ich koszt podładowuję sobie elektronikę, siedzę w internecie i zużywam dane, spuszczam wodę w łazience, kreatywnie zużywam mydło w płynie i ćwiczę mój talent do origami na bioprzetwarzalnych serwetkach. Ogólnie tylko patrzeć, jak Starbucks wyzionie ducha.

Po lekturze kultowej książki „No Logo” Naomi Klein, wspierać Starbucksa zupełnie mi się odechciało. Natomiast po moim przyjeździe do Stanów okazało się, że owszem, współzawodnictwo handlowe jest sakramentem i owszem, jako konsument mam wybór. Mogę pić kawę w Starbucksie lub robić sobie w domu. Inne lokalne kafejki na mojej prowincji Starbucks sakramentnie zagryzł.

pelargonie i sól

środa, 27 sierpnia 2014

Najlepszą kawę robi Babcia. Nie ma tu nawet za bardzo jakiejś poważnej rywalizacji, po prostu tak jest i już. Coś w wodzie na terenach byłego warszawskiego getta, coś w proporcjach soli i cukru waniliowego, które nigdy mi idealnie nie wychodzą; jakieś opium, żeby tak cichcem zerżnąć z Musierowicz, jakieś opium w tej kawie jest. Trzeba się po tę kawę wspiąć trzy piętra i już od parteru czuć jej słodko-gorzki smak w tyle języka. Później siedzimy sobie razem przy rozkładanym stole w saloniku, Babcia po królewsku wyprostowana na krześle, ja na niskiej zapadającej się sofie, tak że muszę na Babcię patrzeć od dołu i znowu jestem dzieckiem, jestem mała i zacudowana, w oczach mam wielkie pelargonie i zieloność za oknem, a Babcia się mną opiekuje. U Babci nic się strasznie złego stać nie może, jak u Tiffany’ego, na pewno! Babcia zaciąga się - z braku lepszego słowa - zaciąga się pierwszym łykiem kawy, smakuje, po czym mówi sobie na głos, w sumie nie do mnie, po prostu sobie samej, z takim egzystencjalnym samozadowoleniem: „Guten Kaffee hab’ ich gemacht.” Dobrą kawę zrobiłam.


kawa z agentem

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Kiedy Henry, już jako dwudziestoparolatek, zaczął starać się o „prawdziwą” pracę, okazało się, że tak na dobrą sprawę nie istnieje. Tym, których szkolą na agentów CIA, nie dają osobowości prawnej. Musiał sam sobie wyrobić wszystkie odpowiednie numerki, zanim ktokolwiek wziął go w ogóle pod uwagę. Udało się, przez następne czterdzieści lat pracował jako listonosz. Jako listonosz także uległ dwóm poważnym wypadkom samochodowym, które w połączeniu z wcześniejszymi uszkodzeniami pokiereszowały mu precyzyjnie kręgosłup. Obecnie, to co u większości ludzi widnieje na plecach jako linia pionowa, plus minus prosta, ewentualnie z jakimś łagodnym skrętem, u Henry’ego przypomina zabliźniony zygzak, falisty szlaczek, który dzieci cyzelują w przedszkolu. Żeby przeżyć ból, codziennie rano Henry połyka sporą piąstkę leków. Kilka środków przeciwbólowych, kilka antydepresantów i kilka takich, które regulują działania uboczne dwóch pierwszych kategorii.

Serce natomiast ma jak dzwon, mówi mu jego lekarz.

Zanim wprowadziłam się do osobnego mieszkania, mieszkałam z Henrym i jego żoną Annette. Codziennie rano dreptałam do kuchni i zaparzałam ogromny dzbanek mocnej kawy, bo jak to powtarza Henry, on wcale rano kawy pić nie musi, ale jak jej nie ma, to kogoś zabije. A w przypadku Henry’ego nie musi to być wcale figura stylistyczna, podkreślam. Tak więc kawa zawsze jest.

przez pustynię

piątek, 22 sierpnia 2014

Przez pustynię jedzie się bardzo prosto. Wstukuje się żądaną lokalizację w GPS-a, urządzonko myśli, pokazuje ci klepsydrę i diagramy i wreszcie mówi uprzejmie: „Przez następne 627 kilometrów pozostań na autostradzie X”. Przez kolejne sześć godzin mam w perspektywie wielkie nic. Nawet sobie nie poskręcam; kto wie, czy powyprzedzam. Mózg aż się cofa przed taką krawędzią.

Aby oszczędzić oczy i motor, w drogę wybieram się pod wieczór, złocistą magiczną porą tuż przed zachodem słońca. W zabudowaniach na skraju pustyni, gdzie wieczorne powietrze pachnie od hamburgerowego tłuszczu i rozmiękłych frytek, zaopatruję się w dodatkową wodę i wysoki kubek lodów czekoladowych (jedyna zjadliwa rzecz w promieniu dziesięciu mil). Czekam w długiej kolejce za innymi samochodami, aż potężny pan w fioletowym T-shircie z plamami potu pod pachami i na piersiach, doręczy mi papierową torbę z moim zakupem. Złote światło słońca pokazuje mi, jakie mam zacieki na przedniej szybie.

Nie chce mi się odjeżdżać w niebyt, ale trudno, trzeba to trzeba.

czekam na włamanie

środa, 20 sierpnia 2014

Mężczyźni mojego życia zgodnie uważają, że jestem nieodpowiedzialna, nieostrożna, impulsywna i ogólnie gdyby nie oni i ich nadopiekuńcza paranoja, na pewno zginęłabym efektowną śmiercią opisaną smakowicie na pierwszych stronach podrzędnych brukowców. Fakt, rozmawiam z bezdomnymi, uśmiecham się do ponurych przechodniów i ośmielam ich do rozmowy; na dodatek, o zgrozo, jeżdżę z opuszczonymi szybami, chlustam muzyką jak pospolity burak i owszem, wystaję tak na długich czerwonych światłach mojego miasteczka. Ale szyby i tak nie są kuloodporne, więc raczej nie pomogą mi zbytnio w przypadku strzelaniny, a rozbryzgujące się szkło może uczynić organizmowi więcej szkody niż pożytku. A tak, to przynajmniej sobie pogadam. Więzy międzyludzkie pozacieśniam, spaliny powdycham, układ immunologiczny poćwiczę. Tak się zdrowo odżywiam, że przed czym on tam ma się bronić? Pompeczki, panie immunologiczny, pompeczki! Filtrować, ćwiczyć kondycję, bronić komórki przed ołowiem! I każdy wygrywa.

kotek!

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Na naszym osiedlu zatrzęsienie kotów. Zatrzęsienie! I to nie takich słodkich koteczków z różową kokardką na szyjce, jakich pełno w internecie, ale drapieżników. Bezpańskich, szczwanych, nieufnych, chudych i żylastych jak soliści baletu moskiewskiego, tak że żebra można policzyć, ale gołym okiem widać, że z życiem się tak łatwo nie rozstanie. Włóczą się watahami, jak wilki. Czają się wokół śmietników i w nocy, kiedy ustaje ruch na parkingu, wychodzą plądrować. W nocy słychać czasem ich wrzaski, gdy walczą o odpadki. Nagłe, rwane miauknięcia, pełne furii i świętego przekonania, że to moje, nie rusz! Zagryzę!

ktoś jest

piątek, 15 sierpnia 2014

Nocami ktoś siada sobie na schodach prowadzących na nasze piętro i sączy piwko. Schodków jest czternaście, nocny gość siada sobie tak na siódmym, szóstym, więc nie na tyle wysoko, żeby zaglądnąć w okno naszej sypialni, ale akurat tyle, by odciąć się od przyległego parkingu i zdobyć kawałek własnej przestrzeni. Uważam wybór tego szóstego stopnia za przejaw dyskrecji i nawet pewnej kindersztuby. Do tej pory nie widziałam tajemniczego gościa; przychodzi zdaje się po jedenastej, ale raz zasiedział się dłużej i najwyraźniej uciął sobie błogą piwną drzemkę, bo nasz sąsiad, który pracuje nocami i wraca do mieszkania po trzeciej nad ranem, wpadł na niego raz wchodząc po schodach. Znają się chyba, bo po chwili oczywistej konsternacji ucięli sobie pod moim oknem ożywioną pogawędkę. Najwyraźniej więc miejsce jest stałe i zwyczaj również ustalony.

Czasem zostawia po sobie butelkę. Zawsze po piwie Coors, marnym amerykańskim sikaczu, które moim zdaniem nadaje się tylko do tego, żeby wrzucić do niego dwie, trzy kulki lodów waniliowych i ewentualnie rozkloszowany parasolik, żeby się dzieci cieszyły. Przerasta mnie, jak można pić Coorsa pod rozgwieżdżonym niebem i podniecać się egzystencjalnie; butelkę jednak zostawiam, bo miło. Przesuwam ją tylko trochę w bok, w czuły cień balustrady.

Turnau nie wyśpiewa

wtorek, 12 sierpnia 2014

Czasem udaje mi się skręcić za winkiel i uciec tej świadomości z pola widzenia. Jak na filmie akcji, kiedy ścigający przebiega w amoku obok, wymachując giwierą, a bohater oddycha z ulgą. Obieram bataty na zupę z dyni, patrzę na grzbiety moich książek ustawionych rządkiem na kuchennym okapie, i przez kilka błogosławionych chwil mam uczucie, że wszystko jest tak, jak być powinno. Rozchwiane szale zawisły w równowadze, wszystko jest w porządku. „A czy ty wiesz, co znaczy miłość?” - pyta mnie z głośników Turnau. I jest tak, jakbym wcale nie była bardzo daleko, w małym, prowincjonalnym mieście, gdzie życie tli się tak w tak niepojęty sposób i broni się przed zapomnieniem z taką zaciętością...

„Widzisz, to nie jest takie proste” - dopowiada Turnau. - „I ja, i dziwna moja miłość. / Choć coraz prościej gaśnie życie / w prowincjonalnym małym mieście.”

Niedawno w miasteczku oddalonym o jakieś 40 minut od mojego (dokąd jeżdżę czasem po kanwę i wykresy do moich haftów), życie zgasło z iście amerykańską, skuteczną prostotą. Para z Midwestu miała problemy małżeńskie, żona ostatecznie zostawiła męża, załadowała bambetle na swojego pickupa i razem z trójką dzieci przejechała kilkaset kilometrów do Teksasu i wprowadziła się do siostry. Mąż oczywiście nie dał za wygraną.

100 percent Mexican

sobota, 9 sierpnia 2014

Carlos kręci nade mną głową. Grzebie przy mojej spłuczce, zdejmuje porcelanową pokrywę z rezerwuaru i zagląda w skomplikowaną maszynerię, w której urwał się cienki trefny łańcuszek. Wszystko to mrucząc sobie coś tam pod nosem. „Jak to nie masz ślubu kościelnego?!” - wybucha wreszcie. - „Bez kościoła to nie ślub. On nie będzie tego traktował poważnie. Pójdzie se, wróci, pójdzie se, wróci, a ty będziesz płakać.”

I trze oczy grzbietem ręki, żeby mi to zilustrować. Oczy ma bardzo zmęczone i ogólnie cały wygląda na zmordowanego. Jest wpół do szóstej i zadzwoniłam prawie na sam koniec fajrantu. A on był na osiedlu od rana; od rana widzę z antresoli, jak jeździ po osiedlu swoim wózkiem golfowym, od problemu do problemu, w blisko czterdziestopniowym upale. Z rysów twarzy przypomina mi mojego dziadka. Ta sama szczęka, ta sama obcesowa energia w oczach. Tylko oczywiście skóra dwa razy bardziej brązowa.

czekam na deszcz

czwartek, 7 sierpnia 2014

Czekam na deszcz. Jest pora deszczowa i niebo od rana jest granatowe, ciężkie. Od rana zatem średnio co dwadzieścia minut podlatuję do okna i podglądam przez żaluzje, czy już, czy jeszcze nie. Nie jest to takie oczywiste, bo na zewnątrz przez cały czas szumią klimatyzatory; wiadomo, Stany Zjednoczone, prawo do klimatyzacji w okresie letnim jest prawem konstytucyjnym każdego człowieka! Tak więc nabawiam się psychozy szumu. Siedzę, pracuję, poprawiam, dumam i nagle ogarnia mnie pewność, pewność mówię, że ten szum za oknem to ten szum, na który czekam, ten jedyny! Pędzę do okna, a tam słońce się przedziera przez chmury, złoci trawnik i wygląda na to, że deszczu w ogóle, ale to w ogóle dzisiaj nie będzie! Życie jest okrutne.

Oczywiście, kiedy wreszcie nadchodzi szum, ten właściwy szum, sprawa od razu jest oczywista. W ogóle nie da się go pomylić z buczeniem klimatyzora, co ja tam sobie wmawiam! Brzmi raczej jak rozdzwonienie się miotełek pierkusisty na mosiężnym talerzu, bez tłumika oczywiście. Jakiś bezsilny krzyk, tupot stóp zaskoczonych przechodniów, których deszcz złapał na gorącym uczynku. Aha! Myśleliście, że coś tam pod moim nosem załatwicie? Nic z tego! Szum jest tryumfalny, wyzywający wręcz w swojej sile. Chwytam więc przygotowany właśnie zielony koktajl z awokado, kiwi i ananasa i wypadam na antresolę, szczęśliwa jak diabli. Deszcze tutaj są idealnie pionowe, nic nie zacina. Człowiek siedzi sobie pod daszkiem przytulnie jak w uchu. Tylko taka srebrzysta deszczowa mgiełka osiada na włoskach na przedramieniu.

ciernie (opowiadanie)

wtorek, 5 sierpnia 2014

Gdy nie wyrzuca się śmieci, z czasem zarastają dom jak ciernie. Zgrzewki po soku pomarańczowym, sznurkowe siatki po ziemniakach, pudła po gadżetach kupionych w internecie, dmuchane koperty z twoim imieniem na wierzchu. Wielkie opakowanie po ekspresie do kawy, który kupił dla ciebie ktoś... dawno temu, a jednak pamiętasz. I materiał dowodowy też jest, choć ekspres już dawno wyzionął ducha. Nie wyrzucasz go. Niech stoi sobie na blacie obok nieużywanego młynka do kawy. Koniecznie chciałeś mielić kawę, pamiętasz? To jest. A gdzie jesteś ty?

Koło martwego ekspresu wazon z granatowego szkła. Zwiędły dawno kwiaty, które przyszły do ciebie razem z tym wazonem. Zwiędły i zbutwiały. Nie wyrzuciłaś ich. Wyrzucił kto inny. Zagląda tu przecież on albo jego matka, ta stara kobieta, która opiekuje się twoim dzieckiem. Może czasem ściągają tu także innych, żeby im pokazać, „w jakim to chlewie ona żyje”. Nie interesuje cię to. Kogoś w każdym razie trafił szlag i wyrzucił ten zaśmierdnięty bukiet. Nieduży: kilka herbacianych róż, spiczaste trawy, okrągłe głowy stokrotek. Ale i tak serce ci się ścisnęło na ten widok, na widok olbrzymiej wyrwy widocznej w przestrzeni nad wazonem.

najbrzydsze miejsce na świecie

sobota, 2 sierpnia 2014

Kilkadziesiąt kilometrów za San Antonio, przy autostradzie międzystanowej nr 10, znajduje się widoczne z szosy niewielkie gospodarstwo, a przy nim wielki znak: „HAY SALES”. Ponieważ zwykle w San Antonio mój mózg porasta językiem hiszpańskim, jak pluszowym mchem, znak ten nieodmiennie wytrąca mnie z równowagi. Przez chwilę bowiem wydaje mi się, że znak ogłasza po prostu fakt wyprzedaży, mieszając angielski z hiszpańskim. Mija kilka długich sekund, zanim mój mózg otrząśnie z siebie niewłaściwy język, otrzepie się z jego poszycia i wymaca w kieszeni właściwy sens zarejestrowanego transparentu. Wreszcie jest. „Sprzedaż siana”. W tym momencie uświadamiam sobie, że nie ma mnie już w San Antonio.

W San Antonio bywam średnio kilka razy na miesiąc. Lekko trzysta czterdzieści kilometrów od mojego domu, czyli niewiele ponad trzy godziny jazdy, czasem cztery, jak na autostradzie zdarzy się jakiś wypadek. Kilka razy na miesiąc zaczynam więc dzień od jajecznicy z potężną dawką superostrych papryczek jalapeños i fury opiekanych ziemniaków, oczywiście w towarzystwie wszędobylskiej smażonej fasoli. Tylko w San Antonio!

Houston, mamy szorty

czwartek, 31 lipca 2014

Siedzę sobie na antresoli Bogu ducha winna, a tu z mieszkania piętro niżej wychodzi babeczka z psem. Wynalazca bikini powiedział kiedyś, że dobre bikini powinno dać się swobodnie przesunąć przez średniej wielkości pierścionek; wydaje mi się, że szorty tej babeczki też spełniłyby to kryterium. Babeczka stara się je co prawda od czasu do czasu trochę obciągnąć, ale bardziej pro forma niż z przekonania, bo co się dzieje, każdy widzi. To znaczy każdy udaje oczywiście, że nie widzi, ale i tak łypie oczkiem w odpowiednim kierunku.

Babeczka w szortach mieszka w mieszkaniu po przekątnej z małą córeczką i wspomnianym już psem. Obok niej mieszka Rick, właściciel czerwonego pickupa, który zawsze parkuje tyłem w teoretycznie niedozwolonym miejscu zamazanym liniami. Howard pożycza Rickowi na noc swojego psa, rozkosznego kilkumiesięcznego buldoga. Jego suczka miała niedawno młode i Howard obdzielił szczeniakami kilku sąsiadów w okolicy. Po cichu sądzę, że ta dobroczynność jest po trosze jego sposobem na utrzymanie kontroli w stadzie.

oczywiście

wtorek, 29 lipca 2014

Człowiek z jednej strony chce, żeby wszystko układało się po jego myśli, a z drugiej narzeka, że życie ma nudne i nic ciekawego mu się nie przytrafia. (Oczywiście mówiąc „człowiek”, mam na myśli siebie, bo reszta świata mnie za bardzo nie obchodzi, mnie obchodzi to, że mnie but uciska!). A życie: „Ty mi tak, to ja też tobie tak”, i proszę bardzo: Idę wyrzucić śmieci i przy okazji zamaszystym łukiem wrzucam do wielkiego kontenera, razem ze śmieciami, pęk moich kluczy. Kluczy do wszystkiego, absolutnie do wszystkiego. Bez nich jestem nikim, jestem bezdomna i bezrobotna, w położeniu o wiele gorszym niż panowie pod mostem, bo oni wożą ze sobą zwykle furę swoich rzeczy, a przynajmniej reklamóweczkę lub dwie, a ja nie mam ani komórki, ani samochodu, ani szczoteczki do zębów. Ni toch! Jeno co mi się te okulary słoneczne na nosie ostały i T-shirt w paseczki na grzbiecie. Dodam, że jestem w stanie przedmakijażowym i przedprysznicowym, więc nie ma co się łudzić, że ktoś mi pomoże, bo wiadomo, tylko ładnym i zgrabnym, a ja nawet szortów seksownych nie mam, tylko jakieś workowate, obzęzane porcięta. Umarł w klapkach!

ja też potrafię!

poniedziałek, 28 lipca 2014

Tata miał rację. Tata miał rację! Ja nawet nie muszę do niego dzwonić, bo i tak znam jego zdanie w niemal każdej sprawie, i to na wyrywki, jak tabliczkę mnożenia. Oczywiście miał rację kpiąc sobie z plastikowych złączeń na mojej pięknej metalowej etażerce. Plastikowe złączenia to zło i barachło. Oto bowiem po kilku tygodniach przeciętnego użytkowania etażerka zaczyna przekrzywiać się dość znacznie w lewą stronę. Na dodatek tuż obok, po lewej stronie, pyszni się cud-ekran iluśtam calowy, wielki że ho ho, oczko w głowie Mężczyzny i pewnie projekcja jego męskiego ego. Połączenie to nie nastraja optymistycznie. A że ustawiłam etażerkę dokładnie naprzeciw naszego łoża, przed snem mam idealny widok na nadchodzącą katastrofę.

W ramach romantycznych rozmów pościelowych pytam Mężczyznę, czy etażerka się przewróci. On na to: „Ostatecznie...”.

cieknący kran

piątek, 25 lipca 2014

W mojej łazience straszy. Pierwszego dnia wyłażę spod prysznica, a na zaparowanym lustrze wielki, dziecięcy napis: „Kocham Cię, Mamo!” z uśmiechniętą buźką i koślawym serduchem.

Nie wiem, jak się do tego ustosunkować. Nie zmazałam jednak, bo odkrycie to wydało mi się krzepiące.

Od tamtego pierwszego razu po każdym zaparowaniu napis jest ciut bledszy, ale nadal uporczywie broni się przed całkowitym zniknięciem. Trochę mi tego znikania żal, ale nie mogę zapobiec stracie. Po wyprowadzeniu się każdego lokatora Carlos z grupą robotników pieczołowicie zamazują ślady cudzego istnienia. Robią to akurat w sąsiednim budynku, więc widzę, co się dzieje. Wszelkie pozostawione graty są wywożone w wielkiej klatce, niczym na niedźwiedzia, owiniętej srebrzystą siatką. Zrywana jest wykładzina. Kładzione jest nowe linoleum. Wymieniane są listwy przypodłogowe. Wszystko jest malowane na bezosobowy beż. Nie ma plam na ścianach, nie ma dziur po obrazach i figurkach, nie ma nalotu na wywietrzniku nad kuchenką, który zdradziłby mi, czy mieszkańcy pochodzili z Indii czy z Meksyku, czy preferowali curry i kolendrę czy kmin rzymski i chili. Mieszkanie jest bezlitośnie sterylne. Pachnie farbą i klejem. Tylko ten napis na lustrze...

sen

środa, 23 lipca 2014

Dzisiaj w nocy miałam mój pierwszy facebookowy sen. Śniło mi się, że brat zostawił mi wiadomość na facebooku: „Co my się tak bawimy w te odległości. Porozmawiajmy jak ludzie. Zadzwoń.” Obudziłam się szczęśliwa. Komórka wskazuje piątą nad ranem. Świt uporczywie wciska się do sypialni przez stłoczone żaluzje. Brzeżkiem świadomości rejestruję rzężenie śmieciarki. Obracam się na drugi bok. Chcę zaliczyć jeszcze przynajmniej z godzinę dobroczynnego snu.

Kiedy wstaję rano, nie pamiętam o tym śnie. A raczej, nie pamiętam, że to był sen. Mam tylko poczucie nieodwracalnej straty, niezbywalne przeświadczenie, że coś jest nie tak. Niepokój wskakuje mi na plecy niczym ciężki, złośliwy troll. Nie potrafię go z siebie strząsnąć, taszczę go ze sobą jak winę.

pickupowe stany mityczne

sobota, 19 lipca 2014

Mężczyzna kupił mi pickupa. Stwierdził, że dla swojego komfortu psychicznego musi wiedzieć, iż jestem bezpieczna na drodze i nie zagrożą mi „szaleni amerykańscy kierowcy” (cytat). Jak dotąd, nie natknęłam się na przedstawiciela tego gatunku; jeżdżę od kilku miesięcy i nikt nawet na mnie pipnął. Nie wiem, czy to kwestia moich niesamowitych umiejętności drogowych, czy też po prostu kurtuazja tutejszych kierowców. Szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy ostatnio słyszałam tu klakson.


Nikt nawet nie pisnął, kiedy, włączając się do ruchu (całkiem ożywionego) na wstecznym, pomyliłam następnie biegi i z wielkim rykiem silnika próbowałam ruszyć na luzie (nie da się). Tyle jeśli chodzi o moje niesamowite umiejętności jako kierowcy.

te di la vida entera

czwartek, 17 lipca 2014

Pierwszego dnia po podpisaniu umowy o wynajem przychodzę do mieszkania z częścią rzeczy i dosłownie grzęznę w mule. Poprzedniego dnia padało, a ja, objuczona jak wielbłądzica w japonkach, próbuję skrócić sobie drogę od parkingu do chodnika. Ziemia jednak jest jeszcze mokra i jeden z moich sandałków zostaje w trawiastym błocku. Błocko cmoka z dezaprobatą, gdy wydzieram mu zdobycz. Gdy wreszcie wchodzę na schody, moje japonki zostawiają wielkie błotniste placki na cementowych stopniach.

Drzwi są otwarte na oścież. W łazience mechanik Carlos naprawia klimatyzację. Mój widok trochę go peszy, bo nie umie za bardzo mówić po angielsku. Informuję go, że może mówić po hiszpańsku, ale moja cara de gringa zbija go z tropu, bo jednak co i rusz próbuje swoich sił po angielsku. A może po prostu chce się popisać, kto wie. Wyjaśnia mi szczegółowo, co było nie tak z klimatyzatorem. (Nie zna wszystkich odpowiednich słówek angielskich, ale to mu nie przeszkadza: nie zwalniając tempa, wrzuca ekwiwalenty hiszpańskie, więc w pewnym momencie trudno nawet stwierdzić, w jakim języku właściwie rozmawiamy). Następnie wychodzi po pistolet silikonowy, żeby załatać dziurę w suficie nad wanną.

chlustam!

środa, 16 lipca 2014

Howard uważa, że nasze osiedle jest wspaniałe. Wspaniałe. Powtarza mi to kilkakrotnie, bo jest trochę wstawiony. Właśnie urodziła mu się wnuczka, więc cały piątek świętował nowe życie. Wraz z nim świętowało mimowolnie całe osiedle, a przynajmniej cały blok, bo Howard ma głośnik stereo wielkości małego słonia, nie żartuję. Gdy jest szczęśliwy, otwiera drzwi na oścież i chlusta swoją muzyką na cały świat. Jest to na swój sposób piękne, przyznaję. Ale moje okna wychodzą na jego blok. Samo mieszkanie jest wyciszone, więc melodii jako takiej nie słyszę, ale szkielet budynku cały wibruje od tłustego beatu. Nie ułatwia mi to pracy.

Howard koniecznie chce, żebym poznała jego żonę. Siedzi z nią na chodniku przed domem, w parcianych piknikowych krzesłach. (Muzyka nadal chlusta). Macha do mnie zawzięcie, gdy wychodzę na antresolę. Żona Howarda jest bardzo ładna, ale omija mnie wzrokiem. Wygląda na o wiele młodszą od niego. Ale Howard jest na pewno starszy, niż wskazuje na to jego sterany wygląd, więc mogą być plus minus rówieśnikami. Pochodzą z Nowego Orleanu. „Fajne miejsce, ale jak nie uważasz, to może się zamienić w tragedię...”. Nie wnikam. Howard jest rozanielony, oczywiście. „To jest wspaniałe osiedle. Moje osiedle. Zobacz, wszyscy tutaj są na luzie. Ja jestem na luzie, wszyscy są na luzie. Najlepsze miejsce, jakie mogłem wybrać. To żona je znalazła. Wspaniałe miejsce!”. Żona Howarda patrzy na niego i nie odzywa się. Siedzi sobie w swoim krzesełku z nogą założoną na nogę i macha zgrabną opaloną stópką. „Ja też znalazłam to osiedle dla mojego męża” - mówię do niej wprost, żeby na mnie spojrzała. Uśmiecha się, ale nadal nic nie mówi. Nie mówi mi także swojego imienia, a gdy wyciągam w jej stronę rękę, wyczuwam moment konsternacji. Zaraz jednak podaje mi swoją. Nadal nic nie mówi i ledwo na mnie patrzy. No cóż. Żegnam się i wracam do pracy. Mimo wszystko cieszę się, że dzieci nie rodzą się codziennie.

tymczasem

wtorek, 15 lipca 2014

Tak. Turkusowy odkurzacz nadal stoi, wyprostowany w pełnej gotowości, przy drzwiach mojego sąsiada. W półprzeźroczystym kanistrze widać nawet jakieś papierowe skrętki i drobny kurz, wciągnięte najpewniej podczas ostatniego porywu czystości. Rozbrajająca jest ta wiara w człowieka, bo jaką ma ten mój sąsiad gwarancję, że ja na przykład, w desperacji, której jestem bliska, nie zachachmęcę mu ukradkiem tego turkusowego cudeńka? Co prawda to Eureka, a więc półka raczej z tych niższych, ale zawsze to decyzja z głowy, a odkurzacz w kieszeni. W moim poszukiwaniu wciągacza idealnego dla moich potrzeb, doszłam bowiem do frustrującego impasu. Rozognione, acz sprzeczne dyskusje na Amazonie, idiosynkratyczne doświadczenia znajomych, a także przeżycia własne, stały się swego rodzaju hałasem w tle, szumem odległej autostrady. Tak bardzo mi zależało na znalezieniu ideału, że teraz jakoś już nie zależy. Tymczasem kurz osiada.

Zwłaszcza na wysokiej wykładzinie, jedynym minusie mojego nowego mieszkania. Ten fakt również staram się, zawzięcie wdychając roztocza, zignorować.

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Nie przegap nowego posta!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo